Tajwan

KONFUCJUSZ I KURZE ŁAPKI Pomimo trudnej historii azjatycki tygrys na dobre zadomowił się w nowoczesności. W ciągu dnia uczy się lub pracuje, wieczorami oddaje namiętności do jedzenia. Ale na miano „prawdziwych Chin” Tajwan zasłużył przede wszystkim wierno

Podróże - - Pierwsza Strona - TEKST I ZDJĘCIA JOANNA I PIOTR TYCZYŃSCY

Jak azjatycki tygrys dba o relacje

Chcecie skosztować koktajlu z węża? – pucułowaty Chińczyk sięga po butelkę z żółtawą cieczą. – Wystarczy szklaneczka, żeby przegonić choroby, a i potencja wzrasta – zachwala. To gaoliang, sorgówka zmieszana z krwią gada. Patrzymy niepewnie w oczy sprzedawcy, na jego przylizaną fryzurę i rozbiegane dłonie, a potem na słoje z utopionymi w zalewie wężami. Towarzyszący nam Jerry, młody przewodnik, najwyraźniej podziela naszą rezerwę. – Ohyda – mruczy pod nosem, choć wiemy, że sam nie pogardziłby ani śmierdzącym tofu, ani kurzą łapką, ani nawet galaretką ze ściętej krwi wieprzowej. – Tajwańczycy są ciekawi wszystkich smaków – zdążył wyjaśnić, gdy po raz pierwszy odwiedziliśmy nocny targ Shilin w Tajpej. Wraz z nami zawitała tu prawdopodobnie połowa mieszkańców stolicy. Kaczka, ośmiornica, świńskie jelita, ryż w liściach lotosu, pierożki, grzyby, a może kraby? Jedzmy! Ścisk, gwar, z głośników leci słodki tai-pop, ktoś poleca masaż stóp, ktoś inny zdrowotną chłostę bambusowymi witkami, zapach spalin, klaksony, dzieci łowią złote rybki z nadmuchiwanego baseniku, migoczą neony, pif-paf, mała Wei Wei wygrała pluszową pandę na strzelnicy, skwierczy tłuszcz, bucha para, pałeczki furkoczą w opróż- nianych na wyścigi miseczkach. Chaos. Myliłby się jednak ten, kto chciałby na tej podstawie wyciągać wnioski o charakterze miejscowych. Azjatycki żywioł? Tak, ale w ściśle określonych granicach. Na targu celebruje się wspólnotę, podobne upodobania, sąsiedzką bliskość. O ekscesach nie ma jednak mowy, bo jesteśmy w kraju, gdzie społeczna harmonia uchodzi za ideał. Przekonamy się o tym już podczas pierwszej kolacji z gospodarzami.

Guanxi, czyli znajomości. – Pisanka symbolizuje nowe życie, nadzieję i jest rekwizytem związanym z największym świętem w Polsce – tłumaczymy, wręczając współbiesiadnikom przywiezione z domu ozdobne wydmuszki. – To dobra wróżba, znak przyjaźni i pomyślności – popuszczamy wodze fantazji. Ale w ten sposób tworzymy relację. W kontaktach z Tajwańczykami podobne zabiegi są mile widziane. Za stołem siedzi z nami Patti reprezentująca rządową agencję turystyczną; pan Ho, kierowca, dzięki któremu dotrzemy w trudno dostępne zakątki wyspy oraz wspomniany Jerry, przejęty swoim zadaniem. Patti zachowuje się jak dobroduszna ciotka, która każdego przytuliłaby do serca i zaopatrzyła na drogę, lecz nie dajmy się zwieść – to jedna z tak zwa- nych silnych kobiet, odnajdujących się poza rolami żon czy matek i piastujących kierownicze stanowiska. Pan Ho milczy i obserwuje. Jerry zwraca się do niego „starszy bracie”, a kiedy kelnerzy przynoszą półmiski, sięga po najlepsze kąski i nakłada je do miseczek towarzyszy. My nalewamy im herbatę, oni nam. Wzajemność, uważność, szacunek. Oraz hierarchia. Tak rodzi się guanxi, sieć zależności, obejmująca stosunki zawodowe, wpływy, przyjaźnie. To nie tylko potocznie rozumiane znajomości, ale i spoiwo wiążące społeczeństwo. Biznesmena ze wspólnikiem, szefa z podwładnym, sklepikarza ze stałym klientem. Każdy Tajwańczyk dba o własny krąg bliskich osób; każdy dysponuje osobistym kontem, na którym zapisuje

zobowiązania i przysługi. Ja tobie, ty mnie. I tak do końca życia, a nawet dłużej, bo guanxi jest dziedziczne. Podobne reguły są na porządku dziennym w wielu krajach wschodniej Azji, ale przede wszystkim w Państwie Środka. Na Tajwanie obowiązują jednak w czystej formie. O dawnej Formozie – „pięknej wyspie” odkrytej w XVI w. przez portugalskich żeglarzy, a potem zasiedlanej przez najemnych robotników z kontynentu oraz stronników chylącej się ku upadkowi dynastii Ming – mówi się często jak o jedynych prawdziwych Chinach, nieskażonych piętnem totalitaryzmu ani dziedzictwem rewolucji kulturalnej. – Wiele tradycji przetrwało u nas w niezmienionym kształcie – lubią powtarzać tutejsi. Nawet jeżeli patrzą na swój kraj przez różowe okulary, łatwo ich zrozumieć. Od czasów, gdy w 1949 r. chiński prezydent i szef rządu, generał Chiang Kai-shek przegrał wojnę domową z komunistami Mao Zedonga i wraz ze stronnikami ratował się ucieczką przez cieśninę, wyspiarze skazani byli na rolę spadkobierców obalonej Republiki. Nie zmieniło tego ani uznanie pekińskich władz przez ONZ w 1971 r., ani trwająca do dziś izolacja Tajwanu na arenie międzynarodowej, ani modernizacja. Serce wyspy bije w chińskim rytmie, po chińsku myśli głowa, a skoro tak, to i całe społeczeństwo funkcjonuje według chińskich zasad. Kolacja powoli zbliża się do końca. Nasze pałeczki nie są już tak żwawe jak dwie godziny temu, cichnie zgiełk ulicy. Zostaliśmy obdarzeni zaufaniem. – Lubimy się socjalizować, a najmocniejsze więzy zawiązuje się podczas posiłku – mówi Patti, sięgając po tłustą krewetkę. – Kto jednak zaniedba relacje, straci wszystko. Wkrótce zrozumiemy, co ma na myśli.

Mianzi, czyli twarz. Natura nie poskąpiła Tajwanowi urody. Są tu tonące w chmurach trzytysięczniki i żyzne równiny, plantacje herbaty i uprawy ryżu, zalane słońcem plaże i mgliste lasy, jeziora i rzeźbione przez erozję morskie wybrzeże. Szczególną popularnością cieszy się wąwóz Taroko, który wgryza się blisko 20-kilometrową rozpadliną w górski masyw na wschodzie wyspy. Docieramy tam w południe. Wielobarwne urwiska wyglądają najpiękniej w słońcu, dlatego chcemy zobaczyć je, zanim cienie wypełzną ze skalnych zakamar- ków. Pan Ho i Jerry mają inny pomysł. W Bulowan, gdzie dawniej znajdowała się wioska ludu Atayal – jednego z 16 oficjalnie uznanych plemion zamieszkujących wyspę przed przybyciem Chińczyków – a dziś jest aborygeńskie centrum kulturalne, nasi towarzysze postanawiają spożyć pierwszy z dwóch obiadów. Jedzenie rzecz święta. – Ale słońce zajdzie – protestujemy. – O tej porze roku dzień jest długi – zauważa Jerry, chcąc powiedzieć, że owszem, wkrótce zrobi się ciemno, lecz taka jest kolej rzeczy, a my wykazujemy się typowym dla ludzi Zachodu brakiem opanowania. Negatywny komunikat nie przejdzie mu jednak przez usta. Ta banalna kwestia pokazuje, jak łatwo naruszyć równowagę grupy, a upierając się przy własnym zda- niu, ryzykujemy utratę twarzy. Rzecz jasna, ustępujemy. I dobrze, bo gotowany w bambusowej tykwie „aborygeński” ryż okazuje się wyjątkowo smaczny. Wąwóz poczeka. Pojęcie twarzy jest kolejnym tropem kulturowym, bez którego nie da się zrozumieć Tajwańczyków. „Mianzi" to reputacja, ale termin ten obejmuje nie tylko tożsamość danej osoby, jej prestiż i poczucie własnej wartości, lecz także wizerunek rodziny oraz współpracowników. Ktoś cieszący się szacunkiem otoczenia ma dużą twarz; może również dawać twarz innym, popierając ich starania. Ten zaś, kogo spotka upokorzenie, traci twarz, a wraz z nim tracą ją jego bliscy. Wstyd ciągnie się za człowiekiem, bo bez mianzi osłabieniu ulega także guanxi.

Li, czyli to, co właściwe. Pani Tseng odmierza miarę herbaty, przesypuje ją do czajniczka i zalewa wodą. Czekamy, aż będzie można skosztować. Wdychamy aromat naparu, podziwiamy barwę, wreszcie bierzemy łyczek. Od herbat oolong, zwłaszcza tych z plantacji Alishan, zdążyliśmy się już uzależnić. Kilka dni wcześniej, podczas przeprawy przez góry, widzieliśmy brodzących w mgle zbieraczy i poznawaliśmy metody obróbki liści. Bogatsi w wiedzę możemy teraz uczestniczyć w degustacji w centrum Naturalnej Drogi w Taizhongu na zachodzie wyspy. Ale w piciu herbaty nie chodzi o sam napój, lecz o więź rodzącą się między uczestnikami spotkania. – Oolong jest jak cień w dolinie, chmura lub rześki strumień – mówi pani Tseng. – To element yin; bierna, kobieca siła wnosząca uspokojenie w codzienne życie. W przeciwieństwie do męskiego yang, mocnego i aktywnego. Oba aspekty muszą się jednak uzupełniać, żadna siła nie powinna przeważyć. To esencja chińskiej kultury.

A więc raz jeszcze równowaga. Jak to możliwe, że nowoczesny Tajwan, ów rozpędzony azjatycki tygrys, który zagrożeniu ze strony sąsiada przeciwstawił demokratyzację i rozwój gospodarczy, tkwi tak głęboko w odwiecznej tradycji? Odpowiedź czeka na nas w Tainanie, kulturalnej stolicy wyspy. W 1665 r. zbudowano w mieście pierwszą tajwańską świątynię Konfucjusza. Dziś tłumy turystów mieszają się tu z miejscowymi, przychodzącymi złożyć wyrazy szacunku patronowi sanktuarium. Nie modlą się do niego, bo konfucjanizm nie jest religią, ale systemem etycznym, a jednak proszą o mądrość lub pomoc w egzaminach. – To jak zanurzenie się w świetle, mam nadzieję, że spłynie na mnie wiedza – tłumaczy spotkany student. Gdy patrzymy na dorosłych tłumaczących dzieciom wypisane na ścianach sentencje, staje się jasne, że nauki żyjącego na przełomie VI i V w. p.n.e. mędrca wciąż funkcjonują w świadomości Tajwańczyków. Konfucjanizm jest drogowskazem. Przeciętny mieszkaniec wyspy myśli o sobie jak o członku zbiorowości; jego sukces zależy od tego, czy sprosta oczekiwaniom otaczanych respektem rodziców, nauczycieli i przełożonych. Pochwała to powód do dumy. Nagana, nawet niesłuszna, to klęska. Każdy ma do odegrania własną rolę – nadrzędnym celem staje się harmonia, unikanie konfliktu. Osoba asertywna uważana jest za samolubną, bo „ja” nie ma znaczenia. Istnieje Pięć Stałych Relacji – władcy z poddanym, rodzica z dzieckiem, męża z żoną, starszego brata z młodszym i przyjaciela z przyjacielem. Tylko ta ostatnia zakłada równość. W pozostałych jedna strona jest zawsze górą, co oznacza nienaruszalność hierarchii. O wszystkim decyduje li – etykieta, rytuał, zasady, moralność – a zaufanie zyskuje się, wypełniając obowiązki. Podczas pożegnalnej kolacji w Tajpej śmielej rozmawiamy z gospodarzami. Polubiliśmy ich, a oni nas. Nawet milczący pan Ho się otworzył. Jerry dowcipkuje, ale pyta też, czy sprawdził się jako przewodnik. Gdy odejdzie od stołu,

„dajemy mu twarz” przed przełożoną. Patti prosi kelnera o zapakowanie pierożków. – To dla mojej mamy, trochę niedomaga – wyjaśnia. Wiemy, że pojedzie za chwilę na drugi koniec miasta, by zrobić, co należy. Wyjdziemy wraz z nią na ulicę, a potem zanurzymy się w neonowym zgiełku. Tajpej nie zasypia, jeszcze nie. Gna przed siebie jak Tokio czy Szanghaj, ale nie traci z oczu tego, co najważniejsze. Po kilkunastu spędzonych na wyspie dniach wydaje się nam, że odrobinę lepiej rozumiemy mijających nas ludzi. Tajwan jest w końcu miejscem spotkań. r

O poranku tajpejczycy tłumnie odwiedzają buddyjsko-taoistyczną świątynię Longshan z 1738 r.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.