Zanzibar

WYSPA WIATRU To wiatr przygnał łodzie na wschodnie wybrzeże Afryki. To łodzie przywiozły tu ludzi Orientu. Wymieszały się języki i wierzenia, zwyczaje i stroje, muzyka i potrawy – tak powstała kultura Suahili. Jej serce bije na Zanzibarze

Podróże - -  Zaklęte Rewiry - TEKST I ZDJĘCIA BEATA LEWANDOWSKA-KAFTAN

Pierwsze trójkątne żagle pojawiały się na widnokręgu w połowie grudnia. Śmiało cięły linię horyzontu, niesione północno-wschodnim monsunem kaskazi. Płynęły z pustynnej Arabii, z górzystej Persji, z dalekich Indii, Sri Lanki, Wysp Korzennych, a nawet z Chin. Ładownie drewnianych łodzi dhow wypełnione były towarami pożądliwie wyczekiwanymi przez kupców we wschodnioafrykańskich miastach. Korzenie i przyprawy, bawełna i jedwabie, chińska porcelana i wyroby z laki, sarongi, szale, bogato zdobione tuniki, daktyle i sól, pszenica i ryż. Zwinne dhow cumowały w portach Mogadiszu, Lamu, Mombasy, Malindi, Zanzibaru, Kilwy, Sofali. Arabowie nazywali tę część wybrzeża Afryki krajem Zandż, czyli „ziemią czarnych ludzi”. Grecy i Rzymianie – Azanią. Tam kupcy wypełniali łodzie kością słoniową, złotem, drewnem, szylkretem, bydłem, olejami. I – gdy wiatr się odwrócił – płynęli z monsunem kusi na północ i wschód. Europejczycy dowiedzieli się o Azanii z „Periplusa Morza Erytrejskiego” (jak nazywano wtedy Ocean Indyjski), dziennika nawigacyjnego z I w., spisanego przez Greka z Aleksandrii. Płynął z arabskiego miasta Muza nad Morzem Czerwonym na południe, zawijając do wschodnioafrykańskich portów. Napotkał tam „wiele dużych okrętów z arabskimi kapitanami i agentami, którzy byli w dobrych stosunkach z tubylcami, brali spośród nich żony, a także znali całe wybrzeże i tamtejszy język”. Przez wieki żeglarze z krain leżących nad Oceanem Indyjskim utkali misterną sieć kupieckich szlaków. A że handel nie może się obyć bez języka, wpletli w afrykańską mowę bantu słowa arabskie, hinduskie, perskie i stworzyli

nowy język suahili, co po arabsku znaczy „z wybrzeża”. Dobrze im służył, najpierw do handlu, a potem do pisania poematów i pieśni. Dziś mówią nim w całej Afryce Wschodniej. Żeglarze i kupcy wymieniali nie tylko towary. Afrykanie i Arabowie, Persowie i Hindusi – ciekawi siebie nawzajem, gotowi na przygodę – zaczynali nowe życie na wschodnioafrykańskim wybrzeżu. Zakładali rodziny, mieszali krew, budowali domy, otwierali warsztaty i sklepy. Krok po kroku, stulecie po stuleciu two- rzyli nową kulturę Suahili, kosmopolityczną i otwartą. Wszystko, co budowano, w co się ubierano, co jedzono, było nowe i inne – powstało z połączenia tradycji Afryki oraz Wschodu. Niezmienny był tylko rytm monsunów, które przyniosły tu drewniane łodzie dhow. One same też niewiele zmieniły się przez wieki. Haji Omar z niedowierzaniem kręci głową, gdy mówię, że buduje prawie takie same dhow jak półtora tysiąca lat temu. Jego warsztat Nuru leży w cieniu palm we wsi Nungwi na północnym krańcu Zanzibaru. Najlepsi fundi ya boti (szkutnicy) na białych plażach budują łodzie dla klientów z całej wyspy, z wybrzeża Tanzanii, a nawet Kenii. Nie kończą szkół, nie mają podręczników. Wszystkiego uczą się, terminując u musy (mistrza). To on przydziela stopniowo coraz trudniejsze zadania, radzi, poprawia, pokazuje. Aż pewnego dnia wręcza uczniowi worek z narzędziami na znak, że stał się samodzielnym szkutnikiem. Gdy Haji Omar przyjmuje zamówienie na nową łódź, dopytuje, do czego dhow

ma służyć, po jakich wodach będzie pływać. – Nie robimy rysunków. Określamy wymiary i dobieramy drewno. I wtedy już widzimy dhow, mamy ją w głowie – mówi, jak gdyby to było coś oczywistego. Haji zawsze sam wybiera drewno: inne na kil, inne na wręgi, jeszcze inne na burty, maszt, ster. Jedzie po nie do Tanzanii albo na sąsiednią wyspę Pemba. Część znajduje na Zanzibarze, w tutejszych lasach namorzynowych. – Dobry fundi potrafi na wręgi wybrać drzewa o odpowiednio wygiętych pniach i konarach.

To ważne, by były zrobione z jednego kawałka – opowiada. W ruch idą siekiery i maczety, specjalne gwoździe od kowali z Kilimani i włókno kalafati do uszczelniania burt. – Potem nadajemy łodzi imię i szykujemy do wodowania – ciągnie Haji. – Stukam młotkiem w rufę i mówię: nazywasz się tak i tak. Płyń bezpiecznie po falach, niech wiatr będzie ci bratem. Patrzę na jego nową dhow uśpioną w cieniu palm. I dziesiątki innych, gdy odpoczywają po rejsach na brzegu podczas odpływu. Ile z nich wyszło spod jego ręki? Ilu chłopców nauczy, jak wybierać odpowiednie drzewa na kile i wręgi?

Ngalawy kochają wiatr. Smukłe łodzie z buńczucznie zadartymi dziobami spokojnie kołyszą się przy brzegu, bezpiecznie wsparte na szeroko rozstawionych pływakach. Rybacy jak na komendę wychodzą spośród domów z szarego, kostropatego kamienia rafowego. Niosą ciężkie stery, zwinięte żagle i maszty. Wychowani w rytmie przypływów i odpływów bezbłędnie rozpoznają właściwy czas, by znów wypłynąć na połów. Obywają się bez wyliczeń naukowców. Zamiast nich czytają ocean i wiatr. Dobra załoga w parę minut szykuje ngalawę. Trójkątny żagiel rozpięty na drewnianej rei i przywiązany do krótkiego masztu momentalnie wypełnia się wiatrem. Zanzibarscy fundi ya tanga (żaglomistrze) precyzyjnie dobierają je do wielkości łodzi. Największe żagle noszą ngalawy wyścigowe. To wielka namiętność tutejszych mężczyzn, którzy w dniu wyścigów z rozważnych rybaków przeistaczają się w brawurowo prowadzących łodzie sterników. Ngalawy potrafią ślizgać się po tafli, dosłownie fruną nad wodą. Tutejsi mówią, że „wwiercają się w wiatr”. Doświadczyłam tego niezwykłego uczucia kilka razy, sunąc po turkusowym bezmiarze z rybakami z Jambiani. Ngalawy od stuleci nie zmieniły się ani na jotę, w ich konstrukcji nie ma nic do udoskonalenia. Suahilijscy mistrzowie – inni niż ci, którzy budują łodzie dhow – nadal drążą kadłuby w potężnych pniach mangowców, używając prostych narzędzi: shoka (siekiery) i panga (maczety). Oraz swoich doświadczonych oczu i rąk. Potem do ciężkiego kadłuba mocują na długich drągach lekkie pływaki mabao. To one dodają ngalawom szybkości i wdzięku. Rybacy pływają głównie po przybrzeżnych wodach. Za wielką rafę ciągnącą się wzdłuż wybrzeży Zanzibaru wypuszczają się tylko przy spokojniejszych wiatrach. Wtedy oprócz sieci na mniejsze ryby i koszy-pułapek na kraby zabierają na pokład harpuny i dzidy o ostrzach cienkich jak igły. W głębokich wodach polują na wielkie barrakudy, cole cole, kobosy, rekiny, tuńczyki oraz na skrzydlate raje, których długie ogony zakończone są kolcem z silnie trującym jadem. Na rafie tropią pweza (ośmiornice) – wielki tutejszy przysmak. Gdy na horyzoncie pojawiają się ngalawy płynące do brzegu, to znak, że nadchodzi odpływ. Rybacy spieszą się, by przed

nim zdążyć i już na plaży sprzedać połów czekającym na nich kobietom. Duże ryby ćwiartują wprost na piasku. Małe, kolorowe rybki powiązane za ogonki sprzedają na pęczki, a najmniejsze, srebrzyste – na wiaderka. Będzie z nich wspaniały sos pachnący zanzibarskimi przyprawami, które wraz z kupcami przybyły tu przed wiekami hen z Wysp Korzennych. Nie zabraknie w nim kardamonu, pieprzu, cynamonu, kurkumy i oczywiście goździków. A gdy ryb nie dość, kobiety i dzieci wyruszą z łyżkami na plażę, by z piasku wykopywać małe mięczaki chago.

Podwodne poletka. Gdy błękitne wody zbledną, a potem cofną się daleko aż pod linię horyzontu, ocean przechodzi pod władanie kobiet. Ich długie, koloro- we suknie falują w wodzie po pas, chusty na głowach rozwiewa wiatr. Zbieraczki uważnie wpatrują się w taflę i zręcznie wyławiają wiązki alg, które fala zerwała ze sznurów na podwodnych plantacjach. Gdy woda opadnie jeszcze niżej, kolorowe węże kobiet wędrują na shamba ya mwani, podwodne pola alg. Prawie każda kobieta w Jambiani ma liczący kilkadziesiąt metrów kwadratowych fragment dna z wbitymi w piasek kijkami i przytwierdzonymi do nich sznurkami. Do nich wiąże maleńkie kępki alg, które przez kolejne cztery-pięć tygodni rosną, aż staną się duże jak piłki. By sprężyste krzaczki mogły wzrastać, potrzebują przejrzystej, falującej wody, słońca i dużych regularnych pływów. Na Zanzibarze, a szczególnie na wschodnim wybrzeżu, mają idealne warunki.

Na shamba ya mwani zawsze jest coś do zrobienia. Trzeba uzupełnić zerwane wiązki alg, przywiązać nowe sznurki, wymienić słabsze kijki. Prawdziwy tłok panuje na polach podczas nowiu lub pełni księżyca, gdy pływy są największe, więc i czas na robotę podczas odpływu najdłuższy. Kobiety pracują w równikowym słońcu, schylając się lub siedząc w słonej wodzie. Parzące meduzy i jeżowce często ranią ich ręce i stopy. Oczy chorują od nieustannego blasku. Plecy bolą od dźwigania ciężkich worków z mokrymi algami. Nie raz towarzyszyłam im w tej pracy, zwykle miałam dość po godzinie lub dwóch. A one zostawały jeszcze na kilka godzin, wciąż skore do pogaduszek i żartów. Ich mężowie, rybacy, pomagają tylko przy zbiorach – wór pełen mokrych alg waży 25-30 kilogramów. Na co dzień podczas

Ich długie, kolorowe suknie falują w wodzie po pas, chusty na głowach rozwiewa wiatr

odpływów wolą swoje zajęcia. Naprawiają zerwane sieci, zszywają poprute żagle. Nie do wiary, jak sprawnie radzą sobie z tą precyzyjną robotą ich grube, twarde palce. Silne ręce kobiet rozwieszają tymczasem zebrane z poletek algi na stojakach, by wysuszyły je słońce i niezawodnie wiejący tu wiatr.

Flagi Zanzibaru. Ten sam wiatr, na którym łopoczą kangi suszące się na sznurach przed każdym domem. Na pozór nic wielkiego – prostokątne kawałki bawełny w kolorowe wzory. Dlaczego mówią o nich „duma suahilijskich kobiet”? Skąd się wzięły? Ponoć pewna modnisia z Zanzibaru lub Mombasy – o co wciąż toczy się spór – zapragnęła mieć nowy, oryginalny strój. Pozszywała małe kolorowe chusteczki w większą i zawiązała jak szal. Spodobało się to innym kobietom, a skoro im, to i kupcom. Ruszyła produkcja, wkrótce zaczęto je nosić po dwa: jeden jako chustę na głowie, drugi jako spódnicę na biodrach. Afryka dała im soczyste barwy oraz owocowe i zwierzęce wzory. Persja – motyw orzecha nerkowca, symbolu dostatku. Oman – czerwone i złote pasy. Turcja – wzory ze swoich barwnych kobierców. Indie – czerwono-czarne kropkowane desenie. I właśnie od tych kropek wzięła się nazwa. Skojarzyły się ludziom z tutejszymi nakrapianymi perliczkami khanga. Nazwa przylgnęła i została. Jednak to, co najważniejsze, wymyślił na początku XX w. Abdulla, kupiec z Mombasy. Kazał drukować na kangach aforyzmy i przysłowia, których mnóstwo w poetyckim języku suahili. Dobierał je stosownie do wzoru. I tak kangi zyskały mowę. Zwyczaj szybko rozpowszechnił się na całym wybrzeżu Suahili, a szczególnie upodobali go sobie Zanzibarczycy. Kangi darowane w prezencie z okazji ślubu, narodzin dziecka czy pogrzebu są niczym kartka z życzeniami. Noszone jako ubranie są przesłaniem, manifestacją poglądów, czasem także politycznych. Wkładając odpowiednią kombinację chust, kobieta może przekazać sąsiadce czy znajomej niepomyślną wiadomość lub zwrócić jej uwagę. Bywa, że adresatka odpowie, stosownie się ubierając. Gdyby wypowiedziały to na głos, nie obeszłoby się bez awantury. Suahilijski dom, strój, życie nie istnieje bez kang. Czułym kokonem otulają nowo narodzone dzieci. Całunem okrywają ciała zmarłych na ostatnią drogę. Służą bogaczom i biedakom. Towarzyszą w chwilach wyjątkowych i każdego dnia przy pracy, podczas snu. Łopoczą na wietrze niczym flagi Zanzibaru. r

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.