Pieniądz bez adresu

Polityka - - Rynek -

Im gorzej w gospodarce, tym lepiej dla bitcoina. Najsłynniejsza wirtualna waluta to obiekt pożądania zwłaszcza w krajach pogrążonych w kryzysie. Trzeba tylko uważać na internetowych złodziei.

o... kradzież prądu. To poważne przestępstwo w kraju, gdzie energia może i niewiele kosztuje, ale jej przestarzałą i niewydolną sieć dystrybucji trapią nieustanne awarie.

Fenomen bitcoina w Wenezueli pokazuje, czym się dzisiaj stał – awaryjnym wyjściem z wszelkiego rodzaju kryzysów, obostrzeń finansowych i oficjalnych blokad. Stworzono go w 2008 r. jako alternatywę dla walut narodowych. Do dzisiaj nie wiadomo, kim był autor (a może autorzy?) projektu, ukrywający się pod pseudonimem Satoszi Nakamoto. Szczególnie wdzięczni powinni być mu mieszkańcy tych krajów, gdzie normalny system bankowy i finansowy nie funkcjonuje prawidłowo.

– Bitcoin jest popularny zwłaszcza w państwach niestabilnych lub takich, gdzie dochodzi do zawirowań walutowych. Na przykład w Nigerii, gdzie z powodu załamania kursu lokalnej waluty ludzie wymieniają swoje oszczędności na bitcoiny. Albo w Indiach, gdzie niedawno wycofano niespodziewanie z obiegu popularne banknoty o najwyższych nominałach 500 i 1000 rupii. Wówczas od razu wzrosło zainteresowanie bitcoinem jako alternatywą dla miejscowego pieniądza – mówi Mi­ chał Dziedzic z polskiej giełdy bitcoinowej Bitmarket.pl. Gdy dwa lata temu ważyły się losy Grecji w strefie euro, a z miejscowych bankomatów można było wypłacać tylko niewielkie kwoty, część Greków nadzieję na ochronę oszczędności także upatrywała w modnej kryptowalucie.

Nieprzypadkowo bitcoin zyskuje na znaczeniu, gdy ludzie tracą zaufanie do skorumpowanych, lokalnych władz. Bitcoin nie ma bowiem żadnego banku centralnego ani jakiegokolwiek politycznego nadzoru. Nikomu nie podlega, funkcjonuje tylko w internecie. Nazywa się go walutą wirtualną lub kryptowalutą, bo dla bezpieczeństwa wszystkie transakcje są oczywiście szyfrowane. Nikt nie drukuje banknotów bitcoina ani nie bije monet o takiej nazwie. Ale chyba najważniejszy jest fakt, że nikt bitcoina nie będzie potrafił w pełni kontrolować, bo transakcje obsługują miliony komputerów rozsianych po całym świecie. Żaden, nawet najpotężniejszy, rząd nie może zatem po prostu zakazać handlu bitcoinami, bo w tym celu musiałby zamknąć cały internet. A to nawet dla Amerykanów byłoby technicznie trudne, nie mówiąc już o tym, że dla świata totalnie destrukcyjne.

Nie znaczy to jednak, że wszyscy bitcoinowi tylko się obojętnie przyglądają. Ważna próba sił ma miejsce w Chinach. Tam bitcoin również stał się popularny, a za jego sukcesem też stały ustawowe ograniczenia w chińskiej gospodarce. Chińczycy wciąż nie mogą swobodnie handlować z zagranicą, a przelewy z Chin do innych krajów są pod ścisłym nadzorem. Chińskie władze mocno obawiają się bowiem niekontrolowanej ucieczki kapitału. Jednak sprytni Chińczycy znaleźli sposób na obejście tych barier. Zaczęli kupować bitcoiny i w nich trzymać oszczędności albo też wymieniać je na inne waluty. Niedawno chiński rząd przystąpił więc do kontrataku. Próbuje kontrolować lokalne giełdy, na których za juany kupuje się bitcoiny. Ma nadzieję, że w ten sposób zniechęci zwłaszcza chińskich przedsiębiorców do wyprowadzania pieniędzy z kraju.

Chińska kariera bitcoina, dla którego ten kraj jest dziś dużo ważniejszy niż Europa czy Stany Zjednoczone, ma konsekwencje także dla polskich firm. – Nasi przedsiębiorcy często używają bitcoinów, handlując z chińskimi partnerami – wskazuje dr Krzysztof Piech, założyciel Centrum Technologii Blockchain na warszawskiej

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.