Tyłek na lodzie

Angora - - Łzy - NIE TYLKO O SPORCIE Tomasz Zimoch Rozmowa z ARTUREM NOGALEM, łyżwiarzem szybkim TOMASZ ZIMOCH

– Pozbierał się już pan po występie na zimowych igrzyskach?

– Nie miałem wyjścia, musiałem się pozbierać. Świat się nie skończył. Pierwsze dwa dni były bardzo ciężkie. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, dlaczego to wszystko się stało. Pewnie nigdy nie znajdę przyczyny.

– Najkrótszy występ w historii igrzysk – tak komentowano pana start w sprinterskim wyścigu na 500 metrów.

–W momencie upadku przeleciało mi w głowie jedno słowo – koniec! To właśnie sobie pomyślałem. Dotarło, że nie mam drugiej szansy, że wszystko na dobre się nie zaczęło, a już tak szybko się zakończyło. – Były łzy? – Ludzki odruch. Łzy pojawiły się już w drodze do szatni, tam polały się na całego. Szok, niedowierzanie. Najbardziej żałuję tego, że bardzo dobrze się czułem i liczyłem na dobre miejsce, wszystko podporządkowałem igrzyskom, zrezygnowałem z prowadzenia sklepu, sprzedałem go, by nie zawracać sobie głowy czymś innym. Cztery lata ciężkiej pracy po trzech krokach zostały przekreślone. Szybko z toru wróciłem do wioski. – Było piwo? – Było. Nawet niejedno, ale nie wchodźmy w szczegóły. Dostałem przyzwolenie od trenera, bym się rozluźnił. Byłem wyczerpany fizycznie i psychicznie, szybko poszedłem spać. Nie widziałem sensu dłuższego pobytu w Korei, dlatego szybciej, niż planowano, wróciłem do kraju. Nie wiem, czy byłbym w stanie motywować kolegów do ich startów. Nie chciałem ich rozpraszać. Chciałem być jak najszybciej z rodziną, narzeczoną. Powitanie miałem... królewskie. Z gronem najbliższych pojechaliśmy na tor Stegny. W udekorowanej sali zjedliśmy obiad. Nie byłem sam. Czułem ogromne wsparcie.

– Ile razy oglądał pan już nagranie swego olimpijskiego występu?

– Ani razu. Nie oglądałem i nie mam zamiaru. To negatywne przeżycie, którego już nie odwrócę. Takiego błędu nigdy nie popełniłem. Nigdy w życiu mi się nie przytrafił upadek na starcie wyścigu.

– Rozmawiał pan z psychologiem na ten temat?

– Nie byłem u psychologa po tym zdarzeniu. Być może głowa rzeczywiście nie wytrzymała. Kilka lat temu miałem rozmowy z psychologiem, ale stwierdził, że jestem mocny psychicznie i bym więcej już do niego nie przychodził. Ten upadek nastąpił w wyniku mojego błędu, chociaż dokładnie tego nie analizowałem.

– Spróbujemy to zrobić choć częściowo?

– Ustawiłem się na starcie, wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Te pierwsze kroki mam bardzo szybkie. Prawa noga z tyłu, lewa z przodu, jak zawsze od lat. Po strzale startera właściwie od razu znalazłem się na lodzie. Może przyjąłem za niską postawę, za nisko zszedłem całym ciałem? Coś złego musiałem zrobić. Chyba czubek łyżwy wbiłem w lód. Kiedy miałem nogę z tyłu i prowadziłem ją do przodu, to uderzyłem łyżwą, została w lodzie, a ja poleciałem na ręce i twarz. Dokładnie nawet nie pamiętam. Zapisu wideo nie oglądałem, ale widziałem zdjęcia mojego startu, a dokładnie jak tyłkiem leżałem na lodzie. – Niejeden by powiedział... – ...kurwa mać? Dokładnie to powiedziałem, wręcz krzyknąłem. Mocno bluzgałem. Padły męskie słowa. Automatycznie wstałem, dokończyłem rundę. Wsparli mnie kibice w hali, wstali i klaskali, gdy na stojąco przejechałem okrążenie i dotarłem na metę. Od całego środowiska łyżwiarzy, kolegów, zawodników innych reprezentacji, trenerów usłyszałem słowa otuchy od razu na lodzie. Nie takie tragedie dotykały ludzi. Nie takie sławy łyżwiarstwa szybkiego miały upadki. W 2002 roku Jeremy Wotherspoon był wielkim faworytem igrzysk, a bieg po medal zakończył w podobny sposób. Wygrywał zawody Pucharu Świata i wszyscy byli przekonani, że medal – i to złoty – na igrzyskach to tylko formalność dla słynnego Kanadyjczyka. Podjechał do mnie w Pjongczangu i w dobrych słowach poradził, bym szybko zapomniał o niepowodzeniu.

– Nie brakowało tych, co wyśmiewali się z pana startu.

– Hejt jest okrutny. Było go sporo, wiem, że pojawiły się „pseudokonta” tylko po to, by wykpić, wyszydzić. Starałem się nie wchodzić do internetu. Z drugiej strony napłynęła do mnie bardzo duża dawka pozytywnej energii, nie tylko od najbliższych. Gdybym był kibicem, to sam bym się uśmiechnął, widząc taki upadek. Początkowo by mnie to pewnie rozbawiło, ale szybko by dotarło, że to tragedia zawodnika, że przytrafiło mu się to na tak ważnych zawodach. Mam świadomość, że mój upadek będzie w najbliższym czasie zabawnym obrazkiem. Trzeba się z tym pogodzić. Muszę do tego nabrać dystansu. Nie mam zamiaru chodzić smutny, dokonać samobiczowania. Nie mogę ciągle obwiniać siebie za to, co wydarzyło się na igrzyskach. Jedyne, co mogę zrobić, to uczynić wszystko, by taka historia się więcej nie powtórzyła.

– Szczerze mówi pan o swoim błędzie.

– Nie będę przecież nikogo obwiniał. Nie będę zwalał niczego na lód, że był nierówny. Przecież inni zawodnicy startowali dokładnie z tego samego miejsca i nie kończyli jak ja – upadkiem. – Rzucił pan ze złości łyżwami? – Nie były winne, nie rzucałem, za bardzo mi ich szkoda. Płozy holenderskiej firmy wykonane są z aluminium, a buty wyprodukowano na odlew mojej stopy w Kanadzie. Sprzęt nigdy mnie nie zawiódł, teraz też, więc nie mogłem się na nim wyżywać. Bardziej zawodzi mnie samo łyżwiarstwo. – Dlaczego? – Bo wszystko mu poświęcam. Lubię ciężko pracować, ale po latach chciałoby się, żeby na zawodach poszło trochę łatwiej. Oczekiwałbym, aby łyżwiarstwo więcej mi oddało.

– Osiem lat temu był pan w sprincie mistrzem świata juniorów.

– Wtedy łyżwiarstwo szybkie było dla mnie bardziej zabawą. Nawet nie wiedziałem, że mogę być najlepszy na świecie. Mieliśmy zgraną paczkę, którą prowadził trener Andrzej Święcicki. To był doświadczony mężczyzna, z silnym charakterem. Był dla nas kolegą, ale jednocześnie autorytetem. Imponował nam. Nakręcał nas. Cieszyło, że fajnie spędzamy wspólnie czas. Dopiero po wywalczeniu tytułu mistrza świata juniorów przekonałem się, że jestem kimś więcej niż tylko amatorem łyżwiarstwa. W maju minie 20 lat od chwili, gdy zdobyłem pierwszy puchar w zawodach. – Łyżwiarzem szybkim został pan... – ...trochę przypadkowo. Pochodzę z okolic Warszawy, w szkole w Słomczynie była tylko sekcja łyżwiarstwa szybkiego. Wszyscy jeździli na łyżwach, a latem na wrotkach. – Nie ciągnęło bardziej do hokeja? – Od razu były długie łyżwy, przyjeżdżaliśmy na treningi do Warszawy na tor Stegny. Spodobało mi się. To piękne, że na cienkiej płozie szerokości 1,1 milimetra możemy osiągać prędkości do 60 km/godz. Występuje złożoność ruchów, odpychanie w bok, wychylanie się na łuku, konieczność korzystania z praw fizyki.

– Szczególnie spodobał się właśnie sprint?

– Sprint jest szczególnie wymagający, to bardzo techniczna konkurencja, chyba najcięższa ze wszystkich w łyżwiarstwie szybkim. Szczegół może zaważyć na wyniku. Potrzebna systematyczna, ciężka praca. Konieczna jest wytrzymałość. Miałem zastój, nie robiłem postępów, gdy trenowałem z długodystansowcami. To był bardzo ciężki okres dla mnie, nie rozwijałem się. Uważam, że straciłem wtedy trzy lata.

– Potrzebna jest bowiem specjalizacja?

– Jak najbardziej. Dobrze, że trafiłem w końcu do grupy sprinterów, którą prowadził Jeremy Wotherspoon. Odżyłem. Świetnie, że ostatnio reaktywowana została grupa sprinterska w naszej reprezentacji. Jest znakomita atmosfera, fantastycznie rozumiemy się z kolegami, praca z trenerem Tuomasem Nieminenem przynosi ogromną satysfakcję.

– Boleśnie przekonał się że sport to nie tylko sukcesy.

– Upadek na igrzyskach może stać się dla mnie jeszcze większą motywacją. Bardzo bym chciał, by nie przylgnęło do mnie określenie, że się do niczego nie nadaję. W kolejnych sezonach będę chciał coś sobie udowodnić. A jeśli za 30 lat po raz pierwszy sięgnę po zapis wideo mojej olimpijskiej wpadki, to powiem swoim dzieciom i wnukom, że nie tylko w sporcie, ale i w życiu ważne jest, by potrafić pozbierać się po upadkach. Porażka uczy często znacznie więcej niż wygrana. pan,

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.