Śmierć głośna, śmierć cicha (93)

Angora - - News - Andrzej Bart Ciąg dalszy nastąpi Rys. Mirosław Stankiewicz

Streszczenie odcinka 92. Wiktor Stern wysłuchał z rodzicami radiowego przemówienia prezydenta RP i odwiedził mieszkającego w tym samym domu znanego adwokata Aleksandra Fajtłowicza. Mecenas poinformował go, że stołeczna gazeta zaproponowała mu obronę Jakuba Badka, widząc w relacji z procesu temat, na którym można dużo zarobić... Wiktor odwiedził redakcję „Kuriera”, gdzie drukowano wojenne odezwy do mieszkańców Łodzi. Redaktor Rubin pokazał mu pistolet i oznajmił, że póki co będzie wydawał gazetę. Tak długo, jak tylko się da. A potem strzeli sobie w łeb.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––– Nigdy wcześniej Jakub nie miał tak dużo czasu, aby myśleć o tym, co w życiu jest najważniejsze. Ale ciągle nie przychodziło mu do głowy nic innego jak posłannictwo. Tak, właśnie posłannictwo. Trudne do zastąpienia słowo. Cóż jednak może zrobić człowiek wyjątkowy, jeśli spotyka się z niezrozumieniem? Ba, odrzuceniem nawet? Krzyczeć o niesprawiedliwości, która go spotkała? Krzyk byłby oznaką słabości. Tylko czyn straszny mógł przywołać ludzi do opamiętania. Ucinanie nóg głupim kobietom to nic innego jak bomba wrzucona między głuchych i ślepych. Tak właśnie miał powiedzieć przed sądem w obecności dziennikarzy i błyskającej magnezji.

– Czas na zmianę opatrunku! Nie ruszać mi głową... – starszy felczer Jan Pietrzak rozłożył swoje przybory na sąsiednim stołku.

Zdjął bandaż, odkleił gazę i przyjrzał się oczodołowi Badka. Pacjent nigdy więcej nic nim nie zobaczy, ale nie było już ropnej wydzieliny. Drugie oko patrzyło za to z taką nienawiścią, że Pietrzak po raz pierwszy w swojej zawodowej karierze poczuł ochotę zaszkodzenia czymś pacjentowi. Gdyby tak posypać mu zdrowe oko sproszkowanym rysikiem z kopiowego ołówka, ani razu nie spojrzałby już na nikogo źle. I można byłoby to podciągnąć pod symulację, a nawet próbę samobójczą. Postanowił jednak ukarać go inaczej. – Wiecie już, że wybuchła wojna? Słowo wojna sprawiło, że w głowie Badka wybuchł granat. Prawdziwy, wojskowy, i wcale nie ćwiczebny. Wszystkie dotychczasowe myśli oraz wyobrażenia skłębiły się i zaczęły wirować z upiorną szybkością. Na wszelki wypadek zamknął oko, bo wydawało mu się, że sufit zaraz na niego runie. Felczer odebrał to jako przestrach i poczuł satysfakcję. „Oni wszyscy tacy odważni, a jak przychodzi wojna, jednakowo srają w portki”. Miał prawo do tej myśli. Jako żołnierz armii carskiej jeszcze dużo się napatrzył w bitwie nad Bzurą.

– Jeśli wiesz, co to modlitwa, to do roboty! Módl się, aby Niemcy nie wygrali, bo jak tu przyjdą, to zaraz bez wyroku pod ścianę. To akuratny naród. Nie będą sobie zawracać głowy takimi jak ty.

Jan Pietrzak wyszedł, a Badek nadal nie otwierał zdrowego oka. Brał pod uwagę wybuch wojny, lecz nie postawiłby na nią dużo. Europa by tego nie udźwignęła po dwudziestu latach od poprzedniej. Świat jest głupi, ale przecież nie do tego stopnia. Owszem, słyszał wyjące co chwila syreny alarmowe. Brał to jednak za ćwiczenia mające trzymać ludzi w strachu. O tym akurat wiedział dużo.

– Zje coś czy wylać? Lepiej niech zje – głos, mimo że tubalny, by nie powiedzieć basowy, nie należał do mężczyzny.

Tylko dwie kobiety miały prawo przebywać w wydzielonej nie dla nich części więziennego szpitala. Jedna to pani doktor Wajs, którą lubił, bo nawet mrugnięciem oka nie dawała po sobie poznać, że wie, z kim ma do czynienia. Badany przez nią Jakub czuł się jak dziecko będące wciąż niezapisaną kartą. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz odczuwał coś podobnego.

Drugą kobietą mogła być tylko kalifaktorka z oddziału kobiecego, której pozwalano roznosić mężczyznom posiłki.

– Zjem z przyjemnością – powiedział szybko i otworzył oko. Leokadia Nowik stała przed nim w całej krasie swojego trudnego do zniesienia wyglądu.

Już pierwszego dnia, kiedy przywieziono go ambulansem wściekłego i upokorzonego, opowiedziała mu swoją historię. Nie zważała, że nawet na nią nie spojrzał ani nie otworzył ust. Była oczywiście niewinna, gdyż do pozbawienia życia dwóch mężczyzn zmusiły ją okoliczności. Panowie sami sobie zasłużyli na śmierć. Mąż, Franciszek, bo jej nie szanował i pięścią to okazywał. Kochanek, Zygmunt, sąsiad zresztą, którego nazywała Zygą, chciał sobie pozwolić na to samo, i do tego zaproponował zarobek uliczny. Obydwóch udusiła na śpiku, bez wzajemnego ich powiadamiania.

– Niech je, bo jak dobrze pójdzie, zaraz nas stąd wypuszczą i trzeba wtedy dużo siły do życia mieć.

Być może miał u niej szacunek, w końcu był winny bez dwóch zdań. Żadnych okoliczności łagodzących. Prawdziwy chłop, a nie szelki. Czego jak czego, lecz poważania brakowało mu od dziecka. Uniósł się na łóżku.

– Niech tylko siedzi. Nakarmię – Leokadia sama usiadła na brzegu łóżka i przybliżała mu łyżkę do ust.

Nie znał smaku cieczy, którą połykał. Zresztą nikt na świecie nie mógł go znać. Wyczuwał w niej wszystko, co znane matce ziemi, łącznie z nią samą. A jednak jadł z apetytem, którego nie czuł od dawna. – Chlebem niech przekąsi. Chleb dobrze trzyma... – Co z tą wojną? Była już jakaś bitwa? – O, mówić umie, i głos ma galanty. Nic dziwnego, że się od kobit opędzał... – Leokadia otarła mu usta. – O bitwie nic nie wiem, ale klawisz mówił, że szybko w naszą stronę postępują. Nasi złapali jednego, co podobno chciał z dachu znaki dawać. Latarkę miał przy sobie. Tu urodzony, ale Niemiec. – I co z nim? – Chcieli na ulicy powiesić, ale tylko rękę złamali i ogólny wpierdol dostał. Policja go do nas przywiozła. Jutro przesłuchiwany będzie.

– Gdzie go trzymają? Dlaczego nie ze mną?

– No coś ty? Ty największy ważniak jesteś. On w drugiej sali leży... Ledwo ręką rusza, ale drania za Chiny nie nakarmię...

Po wyjściu Leokadii Jakub wrócił do swoich myśli. To, że kiedyś wpadnie, miał wliczone w koszty, ale być złapanym przez kobietę? Suka pozbawiła go oka i mogła nawet zabić. A ten policjant? Drań zasłużył na piekło. Jednak wojna dawała nadzieję. Zemsta, którą może zgotuje tej parze, byłaby czymś, o czym nikt jeszcze nie słyszał. Rozmarzył się.

Leżał długo w smudze światła wpadającego od ulicy przez górną część zakratowanego okna. I dopiero o szarej godzinie zrozumiał, że powinien przestać myśleć tylko o sobie.

„Posłannictwo to jedno, lecz kiedy ojczyzna w potrzebie... Co z tego, że niewdzięczna i nic nierozumiejąca... Czas na inne słowo. Powinność, tak, powinność wobec kraju, w którym przyszło mi się urodzić. Nie jestem płochym Francuzem czy tępym Anglikiem, może nawet płynie we mnie krew hetmanów polskich”.

Dopił do końca słomkową ciecz z grubego kubka pozostawionego przez Leokadię. „Nazywanie tego herbatą zasługuje na surowy wyrok”. Chwila skupienia, zanim dłoń hetmana wzniesie w górę buławę i hufce ruszą w pole.

Wstał i zrobił kilka przysiadów. W pustym oczodole poczuł ból, jak gdyby oko wciąż w nim tkwiło. Zaprzestał zbędnych ruchów. Jedną ręką uniósł nogę łóżka i podłożył pod nią kubek. Nacisnął delikatnie, fajans pękł prawie bezgłośnie. Ze skorup wybrał najbardziej zaostrzony fragment i ruszył do drzwi. Na korytarzu świeciła jedna żarówka. W nieco lepiej oświetlonej dyżurce nie było nikogo. Strażnik albo złożył głowę na biurku, albo leżał na krzesłach. Badek nacisnął klamkę drzwi do sali obok.

Młody chłopak spoczywał na środkowym łóżku. Kiedy Jakub się zbliżył, leżący, jakby tknięty złym przeczuciem, otworzył oczy. Badek uśmiechnął się wypróbowanym w bojach uśmiechem domokrążcy. „Mam coś wyjątkowego do zaoferowania tylko dla szanownej pani”. Szpitalna koszula także nie powinna wzbudzać przestrachu. A jednak chłopak zrozumiał, że trzeba się bać. Otworzył usta, aby krzyknąć. Nie zdążył. Obca dłoń zatkała mu je, a ostrze szkliwa rozerwało tętnicę szyjną.

„ Jestem pierwszym bohaterem tej wojny!” – pomyślał Badek i zakrwawiony ruszył do dyżurki.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.