Rozmowa z ŁUKASZEM CZAPLĄ, wielokrotnym mistrzem świata w strzelectwie

Angora - - Z Czarną Panterą - NIE TYLKO O SPORCIE Tomasz Zimoch TOMASZ ZIMOCH

– Na pana lewej ręce widzę kolorowy tatuaż czapli.

– Jestem przywiązany do tego rodu. Wierzę, że taki tatuaż będzie przynosić mi szczęście. Czapla potrafi stać na jednej nodze i zachować długo równowagę. Taka umiejętność w mojej konkurencji jest bardzo potrzebna. – Tatuaże ma pan i na drugiej ręce. – Na prawej ręce są imiona moich dwóch córek – Mai i Julii. Wytatuowałem sobie niezwykle ważne dla mnie zdanie, moje życiowe motto. To słowa mojego nieżyjącego już, niestety, ukochanego dziadka: „Wciąż trzeba w górę iść, choć męczy życie, a kiedy przyjdzie paść, to paść, lecz na szczycie”.Te słowa dziadek wpisał do mojego pamiętnika, który mam do dzisiaj. Słowa pisane jego charakterem wytatuowałem na ręce i mam je zawsze przy sobie. Obok na ręce znajduje się rysunek rewolweru. Pistolet jest symbolem tego, co robię przez całe życie.

– A zwisający na pana ciele bardzo duży różaniec?

– Dużo dla mnie znaczy, dlatego zawsze mam go przy sobie. Kiedyś nosiłem zwykły, a ten, który widać na moim tułowiu, zrobił specjalnie kolega. Jestem wierzący, ale uważam, że bytność w kościele nie jest wyznacznikiem wiary. Zawsze chciałem Boga mieć przy sobie, dlatego ten jedyny w swoim rodzaju różaniec mam na swoim ciele. Nie wstydzę się mówić o tym, że codziennie modlę się wieczorem, ale nie muszę tego pokazywać ludziom. Mam to w swoim sercu.

– Na małym palcu lewej ręki nosi pan zielony, plastikowy pierścionek.

– Mówią o mnie często człowiek gadżet. To pierścień mocy podarowany przez moje ukochane córki. – Strzelectwo uprawia pan od... – ...prawie dwudziestu jeden lat. Mama zaprowadziła mnie na strzelnicę i sama trenowała przez siedem lat. Zakochałem się w tej dyscyplinie, choć od dziecka uwielbiałem każdy sport. Rywalizacja mnie napędza. Właściwie od pierwszych treningów strzeleckich postanowiłem sobie, że najpierw będę najlepszy w klubie, potem w Polsce, ale marzenia sięgały i tytułów mistrza świata. Lubiłem westerny, widziałem na nich pojedynki słynnych rewolwerowców. Lubiłem także filmy akcji, ale przygodę ze strzelectwem zawdzięczam głównie mamie. Gdyby nie ona, nawet nie przeszłoby mi przez myśl, by zostać strzelcem. Pewnie byłbym, jak niemal wszyscy moi koledzy na podwórku, piłkarzem. – Szybko pojawiły się sukcesy? – Pierwszy medal zdobyłem na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży. Początkowo strzelałem – tak jak słynna Renata Mauer – z karabinu. Nie dorównywałem oczywiście wielkiej mistrzyni, dlatego trenerzy zaproponowali strzelanie do ruchomej tarczy. Uważali, że łatwo można odnosić sukcesy i zdobywać laury dla klubu.

– Ruchoma tarcza albo konkurencja inaczej zwana – strzelanie do sylwetki biegnącego dzika.

– Przez pewien czas była to olimpijska konkurencja. Jerzy Greszkiewicz zdobył brązowy medal na igrzyskach w Montrealu. Miałem to szczęście, że z legendarnym polskim strzelcem rywalizowałem na zawodach. Jeszcze bardziej starałem się spełniać marzenia, by być coraz lepszym.

– Obecnie w programie olimpijskim „strzelania do dzika” już nie ma.

– Oczywiście żałuję, ale zacząłem trenować strzelanie z pistoletu. Mam nadzieję na występ w tej konkurencji na igrzyskach olimpijskich. W tym roku startowałem już na mistrzostwach świata w strzelaniu z pistoletu, ale ruchoma tarcza jest najważniejsza.

– Ruchoma tarcza czy strzelanie do sylwetki biegnącego dzika?

– Jedno i drugie określenie jest prawidłowe. Do ruchomej tarczy strzelamy z dziesięciu metrów, a do sylwetki biegnącego dzika z pięćdziesięciu. Na tarczy rzeczywiście namalowany jest dzik. Trzeba w niego trafić. – A poluje pan na dziki? – W lesie nigdy chyba nie potrafiłbym skierować broni w kierunku zwierzęcia. Nigdy nie byłem na polowaniu, ale przyznaję – uczyłem myśliwych, choć nigdy nie byłem z nimi w lesie. – A czego ich pan uczy? – Spokoju, ale przede wszystkim techniki. Wszystko po to, by nie zrobili sobie i komuś krzywdy. Jeżeli już jest odstrzał, to niech odbywa się zgodnie z zasadami, tak by niewiedza i brak umiejętności nie doprowadziły do żadnej tragedii.

– Spokój w strzelectwie odgrywa najważniejszą rolę?

– Strzelanie to oczywiście również przygotowanie fizyczne, siła, wydolność, ale wszystko głównie zależy od głowy zawodnika. W profesjonalnym strzelectwie to ona decyduje o wygranej. Niezwykle istotne jest właściwe przygotowanie mentalne. Wszystko po to, by każdy z sześćdziesięciu strzałów był idealny. W ruchomej tarczy wykonujemy dwa razy po trzydzieści strzałów. Tarcza przejeżdża najpierw od lewej do prawej, a później w odwrotnym kierunku. Dziesiątka na tarczy ma średnicę czterech i pół milimetra. – To chyba trudno dostrzec? – Strzelec nie widzi dziesiątki na tarczy. Mamy na niej tylko punkt odniesienia, ponieważ cały czas się ona przesuwa. Przed nią umieszczone jest kółko, w które trzeba mierzyć z karabinu. Gdybym celował w środek tarczy, to trafiałbym za nią, bo jest cały czas ruchoma. Potrzebne jest tak zwa- ne wyprzedzenie. Trzydzieści strzałów odbywa się w tak zwanych wolnych przebiegach. Tarcza przebiega dziesięć metrów przed nami w ciągu pięciu sekund. Kolejne trzydzieści strzałów trzeba wykonać już do tarczy, która pojawia się tylko na dwie i pół sekundy. – To wystarczająco dużo? – Zawsze oddawałem strzał, ale zdarzało mi się nie trafić w tarczę. Jeżeli nic nie zepsuję, czyli nie przyspieszę pociągnięcia, nie puszczę karabinu, nie podrzucę go czy nie wykonam tak zwanego przyruchu mięśniami, a wprowadzę idealnie celownik w punkt, to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent trafię w punkt. To nie jest trudne, nie nazwałbym tego jednak nawykiem. To nawet jest łatwe, jeśli nie ma nadmiernej kontroli i tysiąca myśli w głowie. Dopóki mam ustalony plan działania i go realizuję i nie pomyślę albo – jak mówi jeden z trenerów – nie wpuszczę sobie wirusa w głowę, czyli nie przekażę sobie informacji: „o, jeszcze nie strzeliłem dzisiaj dziewiątki”, to wszystko przebiega zgodnie z założeniem.

– A jeśli człowiek zostanie zainfekowany takim wirusem?

– To pojawia się duży problem. Żeby zajmować czołowe miejsca, trzeba trafiać, oczywiście, głównie w dziesiątki. Człowiek nie jest jednak robotem, więc „zainfekowanie” myśli przeszkadza. Po sześćdziesięciu strzałach czterech zawodników rozgrywa się decydujące starcie. Mamy rywala obok siebie. Kto pierwszy zdobędzie sześć punktów, przechodzi do decydującej batalii. W finale obowiązuje ta sama zasada. Zwycięzca wyłaniany jest po niezwykle emocjonującej i widowiskowej walce.

– A w strzelaniu na pięćdziesiąt metrów?

– Tarczą jest sylwetka dzika. Strzelamy z ostrej amunicji. Dziesiątka ma średnicę pięciu centymetrów. Na tarczy też jest punkt odniesienia. Mówi się, że należy mierzyć w gwizd, czyli nos dzika. Niektórzy wybierają kieł jako cel. W odróżnieniu od ruchomej tarczy sylwetka dzika przemieszcza się szybciej, dziesięć metrów pokonuje przy trzydziestu strzelaniach w pięć sekund, a w kolejnej rundzie – w dwie i pół sekundy.

– Strzelcy często opowiadają, że rozmawiają ze swoją bronią.

– To prawda, ja pogaduję sobie z moją „czarną panterą”. To świetny karabin firmy Steyr. Waży niespełna pięć kilogramów.

– Daje panu kolejne medale z wielkich imprez?

– Mam już w kolekcji 12 medali, w tym 8 złotych z najważniejszych imprez. Kilka tygodni temu w Korei wywalczyłem 2 srebrne medale mistrzostw świata. – Strzelectwo to całe życie? – Poświęciłem się mu bez reszty, ale rozwożę też leki do krakowskich aptek, a w wolnej chwili wyrabiam ozdobne świece. Całkowicie ręczna robota. Sprawia mi ogromną frajdę. Pojawiam się często na różnych jarmarkach i pokazuję swoje prace. Świeca jest symbolem życia, a także światła. Daje ludziom poczucie ciepła i spokoju. Spokój jest potrzebny nam wszystkim, nie tylko strzelcom. Fot. Agnieszka Zimoch

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.