Śmierć głośna, śmierć cicha (103)

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Ciąg dalszy nastąpi Rys. Mirosław Stankiewicz

Streszczenie odcinka 102. Michał Burski oddał klucze od komendy Niemcom i zaczął szukać pracy. Próbował na kolei, gdzie jego ojciec pracował jako maszynista, ale póki co, nic z tego nie wyszło. Niespodziewanie odwiedził go komendant Frost, który jeszcze jako dyrektor Urzędu Celnego był pod wrażeniem jego zawodowstwa. Rozmawiali o Jakubie Badku, któremu udało się uciec ze szpitala psychiatrycznego. Frost poprosił Michała, by popytał o niego swoich informatorów, i na koniec, jakby od niechcenia, zapytał o Sonię Millar.

–––––––––––––––––––––––––––––––––––––– – A przy okazji, ta urocza Niemka, panna Millar, pisała coś, zdaje się, do gazety o tym zbrodniarzu. Co pan może mi o tym powiedzieć? Zna ją pan dobrze?

– Dzięki niej go złapaliśmy. Gdyby nie wyłupiła mu oka, zabiłby ją i dalej pozostawał nieuchwytny. – Dzielna kobieta. Niemiecka krew. Pytałem, czy pan zna ją dobrze. – Znamy się i lubimy. – Nas, Niemców, można wszystkich polubić, byleby dobrze wypełniać swoje obowiązki. Powiem więcej – Frost zatrzymał się i przyjrzał Michałowi. – Jeśli złapie pan Badka, i ja wydam się sympatyczny.

– Popytam na mieście. Jego dom był sprawdzany?

– Jest pod stałą kontrolą. Zresztą za tydzień wyprowadzimy stamtąd wszystkich Polaków. To będzie dzielnica dla Żydów... Wie pan o tym jako pierwszy i niech to będzie dowód mojego zaufania.

– Doceniam. Będę szukał Badka.

– Proszę działać, magazyn mundurów czeka na pana. Wracajmy, bo piesek zdaje się niespokojny... – Frost zawrócił w stronę samochodu.

Szli uliczką, na której Michał znał wszystkich, i widział teraz poruszające się firanki. Frost także był człowiekiem bystrym:

– Widzę, że nas obserwują. Rozczarowani pewnie, bo spodziewają się ładnego aresztowania. A właśnie, w aktach Badka nie znalazłem zeznania pani Millar. Jeśli miał ją zabić za to, co wypisywała w gazecie, to na pewno mówił coś o sobie.

– Była w szoku, więc nie mogliśmy przesłuchać. Najlepsi lekarze zabraniali jej wychodzić z domu... A potem już wojna...

– Rozumiem. Sam się wszystkiego dowiem. Za godzinę osobiście ją przesłucham, to zresztą złe słowo... z przyjemnością pogawędzę z Frau Millar.

Kiedy znaleźli się pod domem Michała, mężczyzna w garniturze otworzył przed Frostem drzwi samochodu. Nie był już bardzo młody, jak to wyglądało z daleka. Robił takie wrażenie dzięki szczupłej, wysportowanej sylwetce.

– Czekam na pana na Anstadta. A teraz czas na małą niespodziankę. Proszę pamiętać, że to przysługa. Będzie pan bohaterem wśród sąsiadów... – Frost bez uśmiechu skinął mu głową na pożegnanie.

Mężczyzna w garniturze, który nie wiadomo kiedy zaszedł Michała od tyłu, uderzył go w głowę krótką pałką. Kiedy upadł, zaczął go kopać, jednak bez szczególnej zajadłości. Pies nie mógł o tym wiedzieć i wbił zęby w łydkę napastnika, który krzyknął z bólu i wyciągnął pistolet z kieszeni marynarki. Michał, nie myśląc o tym, co robi, złapał go pod kolana i przewrócił. Policjanci w motocyklu natychmiast wycelowali w jego stronę pistolety maszynowe.

– Ruhig! – powiedział Frost. – Do samochodu! Mężczyzna wstał. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Michał wiedział już, że ma śmiertelnego wroga, i w magazynie mundurów, do którego zresztą się nie wybierał, mógłby przeżyć zaledwie godzinę. Nie wiedział jednak, bo wiedzieć nie mógł, że stoi przed nim człowiek, który z najbliższej odległości strzelił Pawłowi Zdunkowi w głowę.

Kiedy samochód i motocykl zniknęły za rogiem, we wszystkich domkach otworzyły się okna. „Panie komendancie, mam pyszny kompot, zaraz przyniosę”. „Ładnieś go, Michałku, rzucił o ziemię!”. Największą bohaterką była jednak Mania, którą synek sąsiadów wycałował, a potem wetknął w zęby kość dużego zwierzęcia. – Czego chcieli? – spytała krótko mama. – Drobiazg, stare policyjne sprawy – ucałował ją w policzek i doszedł do telefonu. Nie było chwili do stracenia. Wykręcił numer Soni i długo czekał, aż ktoś podniesie słuchawkę. Wreszcie odebrała jej mama. – Nazywam się Michał Burski. Jestem kolegą Soni. Czy ją zastałem? – Wyszła przed kwadransem. Wezwana przez policję. Ojciec chciał z nią iść, ale nie pozwoliła... Nie domyśla się pan, o co im może chodzić? – w głosie pani Millar był niepokój.

*** Jakub Badek stwierdził filozoficznie, że wojna jednych wzbogaca, a innych zubaża. W kieszeniach pielęgniarzy i lekarza znalazł w sumie tylko dziewięć złotych. Na szczęście w otwartej portierni szpitala było jeszcze dziesięć, ale też dowód osobisty, palto i czapka. Palta nie wkładał, przełożył je tylko przez rękę. W białym fartuchu, ze stetoskopem na szyi zatrzymał pierwszy przejeżdżający samochód.

– Ratuj, panie szanowny, bo wszystkie karetki w drodze, a dostałem telefon, że mi żona rodzi. Jest przy niej akuszerka, ale nie będę spokojny, jeśli sam wszystkiego nie dopatrzę.

– Gdzie podwieźć pana doktora, bo na Kołłątaja jadę?

– Wysiądę przy Brzezińskiej i dalej dojdę...

– Nie może tak być, panie doktorze, pod sam dom podjedziemy. Żona rodzi, to żartów nie ma, musimy być na czas...

Wybrał najbardziej okazały dom na rogu Zgierskiej i podziękował za podwiezienie.

– Jak pan da na imię, jak będzie synek akurat? – spytał jeszcze siwy szofer, który, jak się zwierzył, w zawodzie był od niedawna, bo wielu kierowców na wojnę poszło i nie wszyscy wrócili.

– Jakub. To od Świętego Jakuba, który wiele cudów uczynił...

– Mądrze, bo cud zawsze się przydaje...

W bramie zdjął fartuch i chciał już wyrzucić razem ze stetoskopem, lecz coś go nagle olśniło. Słyszeć czyjeś serce! Na pewno trzepot na początek, ale przecież w miarę upływu krwi bicie musi spowolnieć. Skarcił się w myślach, że mu to wcześniej nie przyszło do głowy.

„Bez kapelusza i teczki, z podniesionym kołnierzem palta i czapką nasuniętą na oczy wyglądam pewnie jak robotnik, jednak czego się nie robi dla uczestnictwa w nowym życiu”.

Wsiadł w tramwaj przy Zgierskiej i dojechał do Admiralskiej. Wyczekał zmierzchu, chodząc po ulicach, by wreszcie podejść pod swój dom. Z daleka zobaczył zaparkowany samochód, który mógł mieć tylko jedno przeznaczenie. „ Za głupi są, aby mnie, Jakuba Badka, przechytrzyć”. Zaszedł dom od tyłu i przez ogród sąsiada doszedł do bocznej ściany. Wejście na strych przez małe okienko miał opanowane od dziecka. „Masz dużo z dzikiego kota, łobuzie”. Pamiętał te słowa ojca wypowiadane w dobrym humorze.

Na stryszku zdjął płaszcz i czapkę, gdyż, jak uznał, nie wypadało źle wyglądać we własnym domu i powoli, jak kot właśnie, zszedł po schodach, które bardziej drabinę przypominały. W ciemności dostrzegł biel pasków papieru, którymi oklejono drzwi jego pokoju. Bezszelestnie zajrzał do sypialni matki. Spała, miarowo pochrapując. W świetle ulicznej latarni wyglądała dostojnie jak królowa jakaś. Zupełnie jak Anna Jagiellonka po dobrze spędzonym życiu, pomyślał, i wszedł do kuchni. Garnek z zupą stojącą na piecu był jeszcze ciepły. Uniósł pokrywkę i poczuł zapach grochówki. Nie zapalając światła, znalazł talerz. Zupa nie była ciepła, zaledwie letnia, jednak z każdą zjedzoną łyżką odczuwał coraz większą błogość. Przez głowę przechodziły mu wspomnienia i, co dziwne, tylko te dobre. Nawet pochwała nauczycielki za szybkie rozwiązanie zadania z matematyki, po której chodził dumny jak paw, bo franca nie lubiła nikogo pochwalić...

Odsunął pusty talerz i oparł głowę na rękach. Jak przystało na geniusza, nigdy nie potrzebował dużo snu. Wystarczały trzy, cztery godziny i budził się gotów do działania. Zamknął oczy.

– Wróciłeś, synku, i bardzo dobrze. Wiedziałam, że nie zostawisz tak starej matki... – matczysko stało w drzwiach w nocnej koszuli i uśmiechało się do niego.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.