Ojciec miał nadzieję, że to, co złe, musi zniknąć (Głos Wielkopolski)

Wojciech Mann opowiada o swojej nowej książce.

Angora - - Kto Czyta, Nie Błądzi - Rozmowa z WOJCIECHEM MANNEM

– „Artysta. Opowieść o moim ojcu”. Piękna, wzruszająca i mądra książka.

– Przede wszystkim obrazki są bardzo piękne.

– Obrazki, grafiki, plakaty, pocztówki, szkice, mozaiki. Pański ojciec, Kazimierz Mann, był artystą wszechstronnym, o niezwykłej wyobraźni. Wstyd się przyznać, że wcześniej go nie znałam. Ma pan poczucie, że tą książką naprawił przynajmniej jedną niesprawiedliwość świata?

– Taka była intencja. Żeby przynajmniej tę jedną niesprawiedliwość złagodzić. Zawsze uważałem, że ojciec zasługiwał na większe uznanie, niż go spotkało.

– Czym właściwie jest ta książka? Na pierwszy rzut oka – albumem. Ale przecież nie tylko, bo również skrzącą humorem opowieścią o nietuzinkowym człowieku, o jego pracach i talencie.

– Na początku był taki pomysł, żeby pokazać szerszej publiczności, nie tylko najbliższym, co ojciec potrafił zrobić. Potem, w rozmowach i dyskusjach z wydawnictwem, ze znajomymi, doszliśmy do wniosku, że pokażemy jego obrazy czy grafiki, ale niech ten, kto będzie to oglądał, dowie się więcej o autorze tych prac. I tak zacząłem pisać różne kawałki. Składałem, zamieniałem, poprawiałem, przerabiałem, aż wyszło to, co wyszło.

– W książce znalazły się prace Kazimierza Manna, o których on sam, jak pan pisze, wiele nie mówił. Kiedy docenił pan jego dorobek artystyczny?

– Oczywiście po czasie. Cóż, ja z tym rosłem. Wobec tego nie było to dla mnie, wówczas chłopca, potem nastolatka, w końcu dorastającego młodzieńca, niczym nadzwyczajnym. To, co ojciec robił, było jego pracą. Często tak jest, że traci się perspektywę, dystans, ocenę, bo to, co robił, było czymś normalnym – ojciec po to malował, tworzył, żeby utrzymać rodzinę i to akurat potrafił. Doceniłem to dopiero później. Tym bardziej że nie miałem nigdy odziedziczonych po nim talentów rysunkowych czy malarskich, więc zajmowałem się swoją muzyką. Ale, w którymś momencie, powoli, zacząłem nabierać nie tylko szacunku, ale i świadomości, jaka skala talentu była prezentowana przez ojca.

– Ta książka jest też swoistym opisem śledztwa, czy też poszukiwań jego prac, bo okazało się, że niewiele ich zostało w rodzinie. I cała rodzina się w to śledztwo zaangażowała.

– Tak było, choć wielokrotnie to śledztwo kończyło się w ślepej uliczce. Niestety, ojciec, przy wszystkich swoich zaletach, nie miał cech chomika ani nawyków osoby, która segreguje, układa i zostawia sobie. On albo rozdawał te rzeczy, albo one gdzieś ginęły, albo przepadały u klienta i nawet nie próbował tego odzyskać. Część zniknęła na zawsze.

– Jest też taka wspaniała historia, kiedy w tym dochodzeniu i poszuki- waniu prac ojca musiał się pan określić, czy jest człowiekiem honoru.

–W książce dokładnie to opisałem. To była jedna z tych zaskakujących sytuacji, której nie byłbym w stanie sam wymyślić. Zadzwonił do mnie pan Edward Dziewoński, słynny artysta, reżyser i aktor, i rozmowę zaczął trochę prowokacyjnie, pytając, czy jestem człowiekiem honoru. Odpowiedziałem, że bardzo się staram. Wyłuszczył więc sprawę, mówiąc, że ma świadomość, że w którymś momencie odejdzie z tego świata, a ma obraz mojego ojca. Usłyszałem: „Nie dam go panu, ale mam taką propozycję: zgłosi się pan do wdowy po mnie i odkupi ten obraz za godziwą sumę. To będzie z mojej strony dowód zadbania o jej dobrobyt”. Zgodzi się pani, że to było z jednej strony urocze, niecodzienne, zaskakujące, a z drugiej – wiążące ręce. No bo kiedy już pan Edward umarł, a stało się to dwa albo trzy lata po tej rozmowie, nie dawałem sobie prawa, żeby nagle pojawić się na progu jego domu i powiedzieć, że przyszedłem załatwić sprawę z obrazem. To mi się wydawało niewyobrażalne. – Odczekał pan chyba pół roku. – Odczekałem, odczekałem. Więcej niż pół roku. Ogródkami, przez znajomych, dotarłem do wdowy po panu Edwardzie i zostałem bardzo miło przyjęty. Być może ona już wcześniej się zorientowała, a być może wiedziała. Nie wiem, nie wypytywałem. Zobaczyłem obraz, wiedziałem, że to ojca, bo rozpoznaję natychmiast jego obrazy, i byłem bardzo szczęśliwy, kiedy udało się zrealizować ten pomysł. I chyba nawet nie straciłem przy tym honoru.

– Dla mnie ta historia ma taką oto pointę, że jak się jest człowiekiem honoru, to spotyka się szczodrych ludzi. Ale trzeba też przyznać, że nie zawsze ludzie, którzy mają prace pana ojca, okazywali się szczodrzy.

– Różnie było. Byli tacy, którzy po prostu nie zareagowali na moje pytanie i to było głupie, bo człowiek pozostaje w zawieszeniu. Gdyby napisali: „To pomyłka, nic takiego nie mam”, to sprawa byłaby zamknięta. Albo: „Mam, ale nie mam ochoty tego pokazywać” – też byłoby to pewnego rodzaju zamknięcie. A kiedy brak jakiejkolwiek odpowiedzi, no to ciągle z moim synem Marcinem zastanawiamy się, czy ten gość, do którego pisaliśmy, ma te obrazy, o których słyszałem, czy ich nie ma.

– Brak odpowiedzi też jest jakąś odpowiedzią.

– Czasem jest odpowiedzią o treści: „Lekceważę pana, panie Mann”. A to niewiele rozwiązuje.

– Racja. Ma pan ulubiony obraz swojego ojca?

– Jednego takiego nie mam. Wie pani, to jest jak z muzyką u mnie. Są dni, kiedy bardzo lubię jedną płytę, a innym razem inną. Ale jeśli już musiałbym odpowiedzieć na pani pytanie, to chyba – może dlatego, że są rzadsze – lubię jego malarskie prace, nie graficzne. A z drugiej strony byłoby to niesprawiedliwe, bo ja bardzo lubię jego grafikę. Tylko że te malarskie są specjalnym działem. To bardzo nieliczne obrazki.

– Kiedy człowiek uświadomi sobie, że powstawały one w strasznych, szaroburych czasach komuny, to pierwsze, co rzuca się w oczy, to ich zachwycające kolory.

– Pamiętam to jeszcze z młodości – nie tylko koledzy artyści, ale i wszyscy ci, którzy stykali się z tym, co ojciec robił, nawet jeśli niespecjalnie oceniali motyw grafiki czy obrazu, od razu podkreślali tę śmiałość kolorów. Dzisiaj to chyba inaczej się odbiera, ale wtedy, kiedy było tyle brudnej szmaty dookoła, to ten rozkwit kolorów był tym bardziej wyrazisty. To na każdym robiło wrażenie.

– To, co też uderza w tych obrazach, to wizerunki pięknych kobiet. Zastanawiałam się, czy to były kobiety, które znał? On tylko raz powiedział coś na ten temat: „Kobiety kłamią”.

– Nigdy nie wiedziałem, czy powiedział to w odniesieniu do kobiet w ogóle, czy do tych, które były na obrazkach. Myślę, że odpowiedzi nigdy już nie poznamy. Jest pewne ponad wszelką wątpliwość, że kobiety go fascynowały jako zjawisko i w sensie artystycznym, i prawdopodobnie emocjonalnym czy psychicznym, bo są one rzeczywiście dominującymi postaciami w jego różnych okresach twórczych. Nawet nie próbuję myśleć, czy niektóre z nich miały pierwowzór w jego życiu, czy to wszystko było w jego niesamowitej wyobraźni. Tyle jest przekształconych, przetworzonych prac, w których kobiety niby są, ale jedne są groźne, inne tajemnicze, jeszcze inne świadome swojej urody.

– Jak kobieta z parasolką. Próbował się pan dowiedzieć, kim była ta pani?

– Nigdy mi się to nie udało, z wyjątkiem tego, co jest pewne. Mam tu na myśli jeden portret – siostry mojej mamy; tu było wiadome, kto to jest. Cała reszta to jakieś tajemne źródła i nie wiem, czy istniały, czy to zbiór cech iluś pań, które ojciec poznał, czy w ogóle sobie wymyślił.

– Na mnie wielkie wrażenie zrobił obraz Don Kichota w szarży na wiatraki. Nie powiem tu pewnie nic specjalnie odkrywczego, ale patrząc na świat, jaki kreował w swoich obrazach Kazimierz Mann, można

pomyśleć, że był on lustrem jego osobowości. Jak pana ojciec widział świat?

– Niełatwo na to pytanie odpowiedzieć, dlatego że można by wyciągnąć mylny wniosek, że on nie akceptował tego, co było bure, szare i nieprzyjemne, i może był jakimś oszołomem, który się zamknął mentalnie i fizycznie w jakimś zakątku świata. Nie! On normalnie funkcjonował, on robił całą masę tych wszystkich rzeczy, jakie robił wtedy każdy ojciec. Chodził z siatką po zakupy do sklepu na rogu...

– ...której to siatki szczerze nienawidził.

– Oczywiście, oczywiście. Ale chodził. Wyprowadzał psa na spacer. Zabierał mnie na kukiełki do teatru.

– Chodził z panem do cyrku, do zoo.

– Tak, tak. On używał tego świata w tych, nazwijmy to sekcjach, które były mu albo potrzebne, albo je akceptował, a to, co było niechętnie przez niego akceptowane, to – tłumaczył mi – to jest dziadostwo, tym się nie zajmuj, to mi nie pasuje. Nie był więc zgorzkniałym introwertykiem. To jest ważne, że on nie miał w sobie rezygnacji i goryczy. Cały czas miał nadzieję, że to, co złe, musi zniknąć.

– Przypomniał mi pan zdanie, jakie napisał w książce: „Słuchając mimochodem tego, co ojciec mówił o różnych wydarzeniach czy faktach artystycznych, zacząłem orientować się, jak ważne jest rozróżnianie tego, co brzydkie, a co ładne”.

– On to robił mimochodem, ale jednak nie był w stanie się powstrzymać. Wystarczyło, że popatrzył na ulicę albo fragment programu telewizyjnego i to komentował. Niechcący to wszystko we mnie wsiąkało.

– Czy ojciec nauczył pana, aby odróżniać to, co dobre, od tego, co złe, i mówił, jak żyć?

– Myślę, że cały czas obcowania z nim i mamą to była dla mnie szkoła bez szkoły. Nikt mi nie dawał instruktażu. Oni po prostu oboje funkcjonowali w świecie własnej estetyki, własnego pojmowania tego świata. A ja w którymś momencie to po prostu przyjąłem. Mogę tylko powiedzieć, że miałem szczęście, że oboje działali w świecie zdecydowanie ładniejszym niż to, co w tamtych latach było dookoła.

– Ale miał żelazne zasady. To się wiązało na przykład z tym, że nie lubił wyjeżdżać za granicę, nie chciał mieć wystaw, jeździć w zagraniczne delegacje. Dlaczego świadomie z tego rezygnował?

– Przypuszczam, że dlatego, iż każdy taki wyjazd był na pograniczu dziadostwa. To były jakieś diety, z których można było sobie kupić śniadanie i to niepełne. To były te kombinacje wszystkich kolegów technicznych i artystów, którzy zabierali różne rzeczy na handel, zupy w proszku, słoiki, konserwy. On tego nienawidził. To było mu obce. Nie chciał jechać za granicę po to, żeby kombinować, handlować i kupić rajstopy żonie. Chciał pojechać po to, żeby popatrzeć, a jak coś go zaciekawi, to skorzystać. Miał zupełnie inne podejście. – I było jasne, po której był stronie. – Nie było wątpliwości. – Nie lubił sąsiada, który czytał „Trybunę Ludu”.

– To go przekreśliło, nawet jeśli był sympatycznym gościem. Nie pamiętam, żeby ojciec się z nim kumplował.

– Zachwyca w pana opowieści o ojcu jego styl, sposób życia, tak bardzo niekonwencjonalny. Nie wychowywał się pan w tradycyjnej rodzinie.

– No tak. Ale dla mnie to była norma. Jestem szczęśliwy, że nie trafiłem do innego „zestawu rodziców”. To się przełożyło, myślę, na wszystko w moim życiu.

– Na stosunek do pieniędzy również?

– Tu musiałbym rozróżnić podejście i mamy, i ojca. Ojciec, jak pisałem, był faktycznie bardzo nonszalancki w tych sprawach. Mama miała jednak poczucie odpowiedzialności za rodzinę i nieobce jej były takie patenty, jak schowanie gdzieś w bieliźniarce zaskórniaków, żebyśmy, z przyjemnością akceptujący pomysły ojca, nie roztrwonili wszystkiego, bo trzeba było dociągnąć do następnej wypłaty.

– Pana mama też ulegała pomysłom ojca, że przypomnę obiady czy kolacje w „Bristolu” albo w „Kameralnej” na Foksal.

– Owszem, ale proszę wziąć pod uwagę to, że miała wpływ kontrolny na to, żeby to się nie odbywało co drugi dzień. Dawała się namówić, ale na horyzoncie widziała moment, kiedy trzeba będzie powiedzieć: „No, nie, panowie, tak nie będzie, a przynajmniej nie w tym tygodniu”.

– Nawiasem mówiąc, „Bristol”, którego obraz pan maluje w książce, to było zupełnie nieprawdopodobne miejsce w komunistycznej Polsce.

– On miał sznyt, bo tam pracowali jeszcze kelnerzy sprzed wojny. To był taki przyczółek, czy może resztka przemieszania rzeczywistości już nieistniejącej z tą, która była dookoła. To autentycznie było specjalne miejsce.

– Miejsce, w którym mama jadła kotleta de volaille i psikała masłem, a pan – consomme z pomidorów.

– Nauczyłem się tej nazwy i zacząłem to zamawiać.

– Zupełnie innym miejscem była restauracja „Kameralna” na Foksal, gdzie można było i zjeść, i skorzystać z tego, co miał do zaoferowania handel obwoźny.

– To były lata 50. i takie cuda się wtedy działy. Absolutną normą i w „Bristolu”, iw „Kameralnej”, i we wszystkich tych niby lepszych restauracjach było to, że w szatni można było kupić z tajemniczych źródeł amerykańskie papierosy, których normalnie w handlu nie było. Doskonale pamiętam, jak leżały tam te kolorowe paczki. Amerykańskie pal malle kosztowały chyba 30 złotych. To były namiastki luksusu.

– Ten niebanalny styl życia pana ojca wiązał się też z niespodziankami, jakie sprawiał bliskim. I mam tu na myśli kilka takich przypadków. Pierwszy, który zrobił na mnie mocne wrażenie, to prezent dla pana siostry, jaki wysłał za ocean.

– To rzeczywiście był niezły patent. Byłem pełen podziwu, że on się na coś takiego porwał. Mało, że wpadł na taki pomysł, ale że go zrealizował. Chciał jej wysłać coś takiego, żeby naprawdę zauważyła, że dostała coś od ojca. Myślałem: „Może to będzie jakiś obrazek albo coś takiego”. Nie. On sobie wymyślił, że jej umebluje pokój. Przypominam sobie oczy mamy, jak młyńskie koła, kiedy powiedział jej, co chce zrobić. To było tak niezwykłe, że nawet ci goście od cła i spedycji patrzyli z uznaniem i specjalnie nie utrudniali. Bo był to dziw nad dziwy.

– Ale też podejrzewali, że może się za tym kryć jakaś kontrabanda.

– A pewnie! Przetrzepali wszystko, czy nie ma jakichś mikrofilmów, bo może sfotografowaliśmy milicjanta.

– Ciekawa jestem, jak zareagowała pana siostra, kiedy do Ameryki przypłynął kontener z umeblowanym dla niej pokojem.

– Bardziej bym chciał zobaczyć minę jej męża, który nagle dostaje z tego dalekiego, biednego kraju kontener z meblami, a są one naprawdę przyzwoite, i to jest prezent. Dla praktycznego umysłu kogoś stamtąd musiało to być jeszcze większym szokiem niż dla siostry, która ojca znała.

– Kolejna niespodzianka, zabawna, to ta, jaką sprawił panu, wtedy gdy kupił pierwszy samochód, skodę octavię.

– Kupno samochodu wtedy dla kogoś, kto w tamtych latach nie żył, może wydawać się proste: trzeba mieć pieniądze. Ale to było dalekie od jakiejkolwiek prawdy. Można było mieć całą taczkę pieniędzy, a samochodu się nie kupiło. – Bo się nie miało talonu. – Nie miało się talonu, nie miało się zgody, nie miało się specjalnego zezwolenia, więc to wszystko było niezmiernie skomplikowane. Jasne, można było na prywatnym rynku kupić jakiegoś rzęcha i ryzykować, no ale mówimy o tym, co ojciec wreszcie zrobił. Nie mógł tego przedstawić normalnie, bo tak się cieszył, że ten cały ciąg wydarzeń sfinalizował się tym samochodem, że odegrał mi teatrzyk na dworcu. Wracałem z obozu harcerskiego, a ojciec razem z mamą odegrali scenę: „Ojej, nie ma ani jednej taksówki, a kolejka straszna. Jak my się do autobusu zabierzemy”. Ja, wymęczony po podróży, mając perspektywę pchania się z plecakiem, z bagażem w zatłoczone tramwaje czy autobusy, rzeczywiście osłabłem. A tu nagle ojciec mówi, że stoi jakiś samochód. Wołam, że przecież tam w środku nikogo nie ma, a ojciec równym krokiem podchodzi, chwyta za klamkę. Myślę, że zaraz zrobi się afera, zaraz nas zaaresztują! Tymczasem ojciec z miną króla całego świata wyciągnął kluczyk i powiedział: „Możemy jechać. Kupiłem samochód”, tak jakby to było kupienie kostki masła. Bardzo był szczęśliwy, że mu to wyszło.

– Te niespodzianki uświadamiały panu, jak w efekcie niewiele pan o ojcu wiedział. Jak na przykład to, że potrafi grać, że jest też pianistą.

– W ogólnym rozrachunku to było niezwykle pożyteczne. Ponieważ to nie miało nic wspólnego z taką oczywistą dydaktyką: „Chodź, synku, tatuś ci pokaże, jak gra na fortepianie”. Taka dydaktyka byłaby nudna. Okazywało się za to, że ten człowiek, którego widzę na co dzień, którego mam w domu, wyskakuje z czymś zaskakującym. Nie pamiętam, czy napisałem o tym, ale było raz tak, kiedy nagle usiadł i zaczął mi czytać książkę niemiecką, od razu tłumacząc na język polski. Wiedziałem, że zna niemiecki, ale co innego powiedzieć „Guten Morgen”, a co innego wziąć książkę, której się wcześniej nie widziało, i czytając, od razu tłumaczyć ją dzieciakowi. Potrafił różne takie sztuki i było to tym bardziej wartościowe, że zaskakiwało.

– Zaskakiwał pana wielokrotnie. Na przykład tym, że w swojej pracowni, która pierwotnie miała być suszarnią, ma lepsze radio niż to, z którego pan korzystał, że nauczył pana, jak regulować brzmienie i że w ogóle słuchał muzyki.

– Wiedziałem jedynie, że jeśli rysuje, to pewnie mu coś gra. Dopiero któregoś dnia zorientowałem się, że nie tylko mu coś gra, ale że świadomie wybiera stacje, że rozróżnia orkiestry. To był kolejny przyczynek do rozpoznawania tego, co siedzi u ojca w głowie.

– Z pana książki wyłania się więc obraz człowieka, który co prawda żył w komunie, ale proza życia jakoś go szczególnie nie dotykała.

– Jakimś cudem udało mu się nie dać zapakować do tego szarego pudła.

– Kolorami przezwyciężał strach? Taki miał sposób na tamtą rzeczywistość?

– Nie siedziałem nigdy w jego głowie, ale myślę, że z pewnością był to jego sposób. To tkwiło w nim, w środku, i udało mu się to zachować z czasów, kiedy cały świat w ogóle inaczej wyglądał. Przecież kataklizm wojny, szczególnie w tej części świata, wywracał życie do góry nogami. A on, jakimś szczęśliwym trafem, został z tą swoją wyobraźnią, jeśli nawet pokaleczoną, to na tyle funkcjonującą, że mógł tworzyć.

– W czasach, w których tworzył, jego prace znajdowały się w wielu miejscach, oglądało je wielu ludzi, bo to były przecież i mozaiki, i wielu posiadało pocztówki, które projektował, czy plakaty. A jednak okazało się, że Chruszczow się na talencie pana ojca nie poznał.

– Chruszczow przyjechał na dworzec Warszawa Gdańska, który był przez ojca ozdobiony malowidłami; nieświadomi być może gustu Chruszczowa towarzysze chcieli się pochwalić, że mają taki ładny, nowoczesny dworzec, a Chruszczow powiedział, że czerwone kotary i złocenia są ładne, a nie takie maziaje. Ale jaki ojciec był szczęśliwy, kiedy o tym opowiadał! (śmiech) Estetyka socjalistyczna była dokładnie tym, przed czym on uciekał i sprawdziło się, że miał rację. On nie tworzył dla tego rodzaju ludzi.

– Jakie pierwsze wspomnienie o ojcu nosi pan w sobie?

– Widzenie w więzieniu. Zamknęli go, gdy miałem trzy lata.

– Za to, że jego rysunki wykorzystały niemieckie gadzinówki.

– Prokurator żądał kary śmierci, ale dostał niższy wyrok, a potem była amnestia i zatarcie wyroku, więc w ostatecznym rozrachunku wszystko to zostało wyczyszczone, ale co dostał w prezencie od władzy ludowej, to dostał. – W więzieniu również był artystą. – Tak jest. To jest zadziwiające, że nawet tam próbował coś robić. Siedział z Alfredem Szklarskim. Szklarski, zdaje się, był za okupacji na etacie w jakiejś z tych polskojęzycznych gazet, więc dostał chyba cięższy zarzut, ale ich historie były podobne.

– Czego podczas pracy nad tą książką dowiedział się pan o swoim ojcu, o czym wcześniej nie wiedział?

– Pewnych rzeczy i tak nie miałem szans się dowiedzieć. Skąd brał pomysły na obrazy, skąd wzięła się u niego ta umiejętność przetrwania gorszych czasów – tego nie wiem. Może to było w nim głęboko zakopane, a nigdy mi o tym nie opowiadał. On bardzo oszczędnie mówił, jeśli w ogóle, o tym ciężkim okresie. Ale układając te wszystkie fragmenty wspomnień w coś, co przetworzyłem na tekst, odtworzyłem sobie jego postać i bardziej go sobie przypomniałem. Tak jakby jego śmierć była dużo bliżej. Nie tak dawno.

– Pisząc i wydając tę książkę, uporał się pan z odejściem ojca?

– Podejrzewam, że teraz jest jeszcze gorzej niż przedtem. Przedtem to wszystko było już trochę zamglone przez czas. A teraz, kiedy książka wyszła, wszystko wróciło. Szczególnie że dręczy mnie ciągle jedno pytanie, na które nigdy nie uzyskam odpowiedzi. Co on by powiedział, gdyby tę książkę przeczytał? No i się boję. – Byłby bardzo z pana dumny. – Może tak. Chciałbym, żeby tak było.

Fot. Ireneusz Sobieszczuk/PAP

ANITA CZUPRYN WOJCIECH MANN „ARTYSTA. OPOWIEŚĆ O MOIM OJCU”. Wydawnictwo ZNAK, 2018 r.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.