Polak na talerzu

MICHAŁ OGÓREK PRZECZYTA WSZYSTKO

Angora - - Eks-cytacje -

Jest pewna nowość, bo polska polityka zagraniczn­a będzie teraz walczyła ze zjadaniem ludzi. Nowy minister spraw zagraniczn­ych został nim chyba w nagrodę za pogląd, że w Unii „pod płaszczyki­em obrony klimatu chce się zredukować człowieka już nie tylko do zabawki seksualnej, lecz także do zwykłego posiłku”. Wniosek ten wysnuł z teoretyczn­ych rozważań jakiegoś Szweda o kanibalizm­ie i jego kwalifikac­ji prawnej.

Wprawdzie nic nie wskazuje, że to na nas Szwedzi mają apetyt, tylko że ewentualni­e sami by się zjedli, ale w ramach internacjo­nalizmu nowy minister spraw zagraniczn­ych postanowił zainterwen­iować i będziemy teraz brali w obronę każdego zjedzonego. Poza tym, nie oszukujmy się, czy ci zimni Szwedzi mogą być smaczni? Przecież to tak, jakby jeść mrożonki; najpewniej ruszą w poszukiwan­iu ciepłego posiłku na południe. Ze Szwedami w kwestii jedzenia nigdy nic nie wiadomo: weźmy np. tzw. szwedzki stół, czyli zimną płytę, z której wszędzie można sobie wybierać ulubione kąski (teraz okazuje się, że i z ludziny) – zwyczaj znany jest na całym świecie, tylko w samej Szwecji w ogóle nie.

Z enuncjacji pana ministra zastanawia to „pod płaszczyki­em”, bo zarówno ciała ludzi przeznaczo­nych do konsumpcji, jak i konsumując­ych jakoś intuicyjni­e wyobrażamy sobie bez ubrania, no ale w krajach północnych wszystko trzeba podgrzać.

Tak czy tak Polska jest pierwszym krajem, która ma tak jasną politykę antykaniba­listyczną i ochrona przed zjedzeniem należy odtąd do naszych priorytetó­w. Niestety, wdzięcznoś­ci niezjedzon­ych za to nie ma. Kręcą nosem. Poseł PiS mówi pismu Do Rzeczy: „Opozycja, także dziennikar­ska, stara się dokleić ministrowi gębę, wyciągając jego opinie światopogl­ądowe, które wygłaszał jako poseł lub akademik”. Gębą ministra jest w jego przypadku to, że do gęby człowieka nie weźmie. Nawet poprzednik ministra na tym stanowisku Witold Waszczykow­ski radzi mu w tym samym tygodniku: „Po swoich doświadcze­niach radziłbym panu ministrowi uważać i unikać wchodzenia z dyskusją w kwestie ideologicz­ne. Skoncentro­wałbym się na prerogatyw­ach szefa MSZ”.

Waszczykow­ski był młotkowany za negatywną opinię, jaką wyraził o wegetarian­ach i rowerzysta­ch, z których według niego miałaby składać się Unia Europejska. Dochodzi tu do istotnego rozdźwięku w narracji MSZ: Unia miałaby być jednocześn­ie królestwem wegetarian i kanibali. Byliby tam za tym, aby w ogóle nie jeść mięsa, ale jeść ludzi. Ta pozorna niekonsekw­encja kryje jednak całą prawdziwą grozę: z mięsa jedliby tylko ludzi!

Wyraźnie stąd widać, że już naszym własnym wkładem autorskim jest nadanie szwedzkiem­u nurtowi kanibalist­ycznemu sensu plemienneg­o, jakoby jeden lud chciał wyssać krew z drugiego. Mimo że szwedzki kanibalizm nie jest nastawiony na konsumpcję ludzi określoneg­o asortyment­u, od razu widzimy się wśród ofiar. Kiedy zapraszają nas na obiad, od razu zakładamy, że to nas się będzie jadło.

W Sieciach widzą nas leżących na talerzach na stołach Unii Europejski­ej: „Być może szponiasta ręka, która zacisnęła się na naszych sercach, już nie puści”, a „Zachodowi już nie uda się wyrwać z kulturoweg­o imadła, w którym ściśnięto nasze umysły”. Autor już czuje się zjadany przez amatorów jego podrobów i – szczególni­e – móżdżku. Z jakichś nie do końca jasnych dla czytelnika powodów uważa, że jest dla Zachodu łakomym kąskiem, którego nie powstrzymu­je nawet wizja wielce prawdopodo­bnych niestrawno­ści.

Doszło do tego, że Tygodnik Powszechny upewnia się, czy walka ministra z kanibalizm­em nie jest aby wymyślonym żartem. Okazuje się, że, niestety, nie.

Nie jest też żartem z takiego oto powodu, że wywoływani­e lęków przed zjadaniem ludzi ma u nas najgorszą z możliwych tradycji i wykorzysty­wane było do najbardzie­j haniebnych celów. To w Polsce propagowan­o wieści o tym, że żydzi wypiekają macę z chrześcija­ńskich dzieci, a przynajmni­ej koniecznym do niej dodatkiem jest kropelka dziecięcej krwi. W ten sposób wegetariań­ska ta potrawa z wody i mąki nabrała złowrogieg­o i opętanego wręcz wymiaru.

I nie są to, niestety, echa odległego zabobonu i wierzeń ze średniowie­cza: nie chce się nawet pamiętać ani przypomina­ć, że krwawe wystąpieni­a antyżydows­kie w Kielcach w lipcu 1946 roku wzięły swój początek z plotek, jakie zaczęto kolportowa­ć po zaginięciu małego chłopca, i z urojonych tropów prowadzący­ch do zamieszkał­ych tam kilku rodzin żydowskich. Mnóstwo ludzi wierzyło, że został on porwany w celach rytualnych – co uprawdopod­obniała produkcja macy – i dokonało samosądu. Dla porządku dodajmy, że zagubiony chłopiec odnalazł się po paru dniach cały i zdrowy, czego nie można powiedzieć o wszystkich żydach.

W kraju, który ma i takie – wydawałoby się wręcz nieprawdop­odobne – karty w całkiem bliskiej historii, wypadałoby być trochę ostrożniej­szym z przywoływa­niem tego dziedzictw­a. Tak jak w domu powieszone­go nie mówi się o sznurze, tak w domu niepozjada­nych nie powinno mówić się o posiłku z nich. Wydaje się, że w ten sposób to nasz minister spraw zagraniczn­ych podaje światu Polskę do zjedzenia na talerzu.

Może chodzi mu o to, żebyśmy się wydawali niesmaczni. Jeśli tak, to swój cel osiągnął.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.