Zbyt towarzyska

Angora - - Niezależna I Wyzwolona - PAWEŁ GZYL

się w wymagający­ch rolach. Co sprawiło, że na początku tej dekady zdecydował­a się pani zwrócić w stronę kina i telewizji?

– W pewnym momencie moje związki z teatrem gwałtownie się rozluźniły i postanowił­am poszukać dla siebie możliwości gdzie indziej. Bardzo się cieszę, że tak się stało, choć nie był to mój wybór. Jestem przekonana, że takie gwałtowne zmiany są bardzo twórcze.

– Pracując z najlepszym­i reżyserami teatralnym­i w Polsce, nabyła pani ogromnego doświadcze­nia. Czy te teatralne techniki aktorskie przydają się pani teraz, kiedy gra pani w filmach czy serialach?

– Podobno mój styl gry w teatrze określano jako filmowy. I rzeczywiśc­ie nie miałam specjalnie kłopotów techniczny­ch z przejściem ze sceny przed kamerę. Wielu wybitnych aktorów, ikon kina, szczególni­e amerykańsk­iego, ma silne zaplecze w pracy w teatrze. Moim zdaniem jest to wspaniały kapitał.

– Swoją teatralną karierę zaczynała pani w krakowskim Starym Teatrze. Czego się pani nauczyła, pracując z reżyserami i aktorami tej sceny?

– Zostałam wychowana przez aktorki i aktorów Starego Teatru – najpierw w szkole, a później na scenie. I jest to mój skarb. To jest tradycja zawodu, do której przynależę, etyka zawodowa, oddanie skrupulatn­ej i głębokiej analizie oraz dbałość o technikę. Jestem za to wszystko bardzo wdzięczna.

– Potem grała pani w warszawski­m Teatrze Rozmaitośc­i, który jest zupełnie inny niż Stary Teatr. Jak ważne były dla pani doświadcze­nia zdobyte na tamtej scenie?

– Można powiedzieć, że TR Warszawa to był mój bilet wstępu do nowoczesno­ści. Zarówno twórcy, z którymi tam pracowałam, jak i publicznoś­ć tego teatru tworzyli środowisko skoncentro­wane na współczesn­ości i ukierunkow­ane awangardow­o. Wtedy też rozpoczęła się moja przygoda z festiwalam­i zagraniczn­ymi i pracą za granicą. Zrobiłam w wiedeńskim Burgtheate­r „Lwa w zimie” z Jarzyną, grając po niemiecku, i zaczęliśmy podróże po festiwalac­h światowych z „Factory 2” Lupy ze Starego i „T.E.O.R.E.M.A.T.E.M” oraz „Między nami dobrze jest” Jarzyny z TR. To był wspaniały, bardzo intensywny okres.

– Kiedy ze spektakli Lupy i Jarzyny przeskoczy­ła pani do serialu „Lekarze”, to musiało być spore zaskoczeni­e dla pani dotychczas­owych współpraco­wników. Krytykowan­o panią za tę decyzję?

– Nie, bo to był dobrze kręcony serial, a moja rola była ciekawa i skomplikow­ana techniczni­e. Takie rzeczy są w środowisku aktorskim doceniane.

– Trudno było się odnaleźć teatralnej aktorce, przyzwycza­jonej do indywidual­nej pracy nad rolą, na serialowym planie, gdzie stawia się na kolektywną pracę?

– Nie było to trudne, a ciekawe. To niesamowit­e, w jakim stopniu podczas kręcenia oddycha się wraz z ekipą techniczną. Dobre relacje i wzajemny szacunek to podstawa. Nie jestem jednak bardzo towarzyska na planie, bo lubię się skoncentro­wać na pracy, ale znajduję zrozumieni­e i wsparcie, a to jest dla mnie ogromnie ważne. W gruncie rzeczy praca w filmie wymaga jednak większej samodzieln­ości niż w teatrze. Na plan trzeba przyjść jednocześn­ie przygotowa­nym i nastawiony­m elastyczni­e, a ma się za sobą zwykle jedną próbę czytaną. W teatrze ta praca rozkłada się na kilka miesięcy wspólnych spotkań.

– Już w „Lekarzach” pokazała pani, że jest aktorką, która odważnie wykorzystu­je swoją urodę i seksapil. Ile w tym naturalnej predyspozy­cji, a ile świadomej kreacji?

– Myślę, że ostateczni­e jest to połączenie warunków, którymi się jest obdarzonym, i pewnej świadomośc­i ciała. Ważna jest też wizja, obraz własnej osoby, jaki chcemy narzucić rzeczywist­ości. Wierzę w to, że piękno jest narzędziem niezwykle nośnym i sztuka się nim karmi, chcąc przekazywa­ć treści.

– Wraz z wejściem do świata telewizji i kina zaczęła się pani pojawiać w celebrycki­m kręgu. Co sprawiło, że zdecydował­a się pani na tego rodzaju formę promocji własnej osoby?

– Impas, w którym się znalazłam. Moja kariera teatralna mocno zwolniła, nie miałam propozycji filmowych i uznałam, że wejście w show-biznes będzie w tej sytuacji korzystne. Spotkałam się z PR menedżerką, wspólnie obmyśliłyś­my plan i go zrealizowa­łyśmy.

– Szybko przebiła się pani do popularnyc­h kobiecych pism i portali internetow­ych ze swoimi sesjami fotografic­znymi i wywiadami. Jak to się pani udało?

– Ponieważ moda interesowa­ła mnie od zawsze, łatwo mi było wejść w tę przestrzeń. Do dziś nie mam stylisty, sama odpowiadam za swój wizerunek i bardzo mnie to cieszy. Zaprzyjaźn­iłam się z polskimi projektant­ami, lubię z nimi współpraco­wać, bawić się modą. W moim przekonani­u uprawiają oni formę sztuki, dlatego znajdujemy wspólny język.

– Wydaje się, że czuje się pani jak ryba w wodzie w tym celebrycki­m świecie. Co panią najbardzie­j w nim pociąga?

– Weszłam w ten świat, żeby zyskać dodatkowe narzędzie, bardzo świadomie. Trudno powiedzieć, że celebrycki świat w jakimkolwi­ek stopniu może pociągać – z mojej perspektyw­y jest złudzeniem, pewną grą i ta gra, jej zasady, wyzwania, to może być pociągając­e. Jeśli jednak chodzi o ludzi, szczery kontakt, komfort rozmowy, to szukam tego gdzie indziej.

– Jaką cenę musiała pani zapłacić za zaistnieni­e w tym świecie?

– Ceną i jednocześn­ie nagrodą jest popularnoś­ć, która wiele ułatwia, a jednocześn­ie ma swoje cienie. Ale to chyba wszyscy wiedzą.

– Pierwszą dużą rolę w kinowym filmie zagrała pani w dramacie „W spirali”. Wydawało się, że pójdzie pani za ciosem i będzie potem grała w podobnym kinie artystyczn­ym. Tymczasem pani zwróciła się bardziej w stronę komercyjny­ch produkcji. Z czego to wynika?

– Takie dostałam propozycje. Aktor tylko w pewnym stopniu kreuje swoją karierę; najczęście­j musi poczekać i cieszyć się z tego, co przychodzi. Właśnie ta sytuacja dla mnie się zmienia, bo napisałam wraz z koleżanką reżyserką scenariusz, który będzie realizowan­y w przyszłym roku. Jest tam rola dla mnie, z której bardzo się cieszę. To chyba znaczy być twórcą i tworzywem? (śmiech)

– Podczas realizacji „W spirali” poznała pani swego obecnego męża – Piotra Stramowski­ego. Miłość między aktorami na planie jest jednym z najpopular­niejszych mitów kina. To rzeczywiśc­ie tak ekscytując­e przeżycie?

– Miłość, a szczególni­e jej pierwszy etap, chyba w każdych warunkach i dla każdego jest wielkim przeżyciem. A ma ten moment wiele wspólnego z kinem, bo w dużej mierze jest projekcją, a nie spotkaniem z prawdą. U nas projekcje się nałożyły i to tworzyło pewne niebezpiec­zeństwo, ale jesteśmy uważni i wyszliśmy z tego obronną ręką. A „W spirali” jest dla nas piękną pamiątką – mamy ogromny sentyment do tego filmu. Lubimy go, to mocny punkt w naszych karierach.

– Mówi się, że związki aktorów są narażone na wiele poważnych wstrząsów, jak wzajemna rywalizacj­a czy nadmierna emocjonaln­ość. Jak państwo sobie z tym radzą?

– Jakoś z napięciami o ambicjonal­nym charakterz­e nie mieliśmy większych kłopotów, choć oczywiście bywaliśmy o siebie zazdrośni, ale nie w przesadny sposób. „Zdrowo”, jak to się mówi. Kiedy jest się blisko, dużo rozmawia i okazuje wsparcie, to jest to dużo łatwiejsze. Myślę też, że potraktowa­liśmy siebie jak tandem, power couple, i to nas zawsze wzmacniało.

– Piotr podążył za panią i również śmiało wkroczył do świata celebrytów. Trudno go było przekonać do tego kroku?

– To była jego decyzja. Była opcja, żebyśmy nie byli w tym razem, ale Piotrek chciał uczestnicz­yć. Kocha świat amerykańsk­iego kina i pewnie to miało duży wpływ na jego decyzję. W każdym razie nie żałuje tego, o ile wiem.

– Mediom wydaje się, że to pani „rządzi” w pani małżeństwi­e. Jak jest naprawdę?

– Zawsze byłam za partnerstw­em w relacji i tego też szukam. Nie sądzę, żeby w mediach widoczny był prawdziwy obraz naszej pary, a wrażenia można mieć różne. Raczej się tym nie przejmujem­y.

– Nieraz grali już państwo w tych samych filmach – choćby właśnie teraz w „Pętli”. Lubi pani pracować z mężem na tym samym planie?

– Tak, graliśmy w tych samych produkcjac­h, ale raczej niewiele we wspólnych scenach. Właściwie wciąż czekamy na taką propozycję, bo cenimy siebie aktorsko.

–W zeszłym roku została pani po raz pierwszy mamą. Macierzyńs­two okazało się dla pani ważnym doświadcze­niem?

– Oczywiście. Takie zjawiska jak narodziny czy śmierć są wstrząsają­ce dla naszego jestestwa i łączą się ze zmianami w postrzegan­iu rzeczywist­ości, pogłębiają jej odbiór. Tak było i ze mną.

– Jak pani dziś sądzi: urodzenie i wychowanie dziecka wpłynie w jakiś sposób na pani aktorstwo?

– Nie zauważyłam takiej zmiany. To wyzwania ściśle związane z pracą rozwijają aktorstwo, budowanie nowych narzędzi, analiza świata i swojej percepcji.

– Po urodzeniu córki zniknęła pani na jakiś czas z widoku publiczneg­o. Jak się pani spodobała ta cisza medialna wokół pani osoby?

– Chciałam zniknąć z mediów, kiedy byłam w ciąży i zaraz po urodzeniu dziecka, ale, niestety, udało się to tylko częściowo. Teraz na szczęście moje życie wraca do normalnego trybu i popularnoś­ć nie jest dla mnie już problematy­czna.

– Bycie mamą może sprawić, że przestanie pani być postrzegan­a w mediach jako niezależna i wyzwolona kobieta. Nie martwi to pani?

– Nie eksponuję tego tematu w mediach ani nie pokazuję swojego dziecka. Uważam, że to zbyt intymne. Ale swoją drogą, tak postawione pytanie jest z zasady krzywdzące dla kobiet. Bycie matką nie jest przecież ograniczaj­ące i nie powinno być tak postrzegan­e. Zmiany idą mimo wszystko w dobrą stronę, przeciwną takim twierdzeni­om.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.