JAK ROZMAWIAĆ Z DZIEWCZYNAMI NA PRYWATKACH

Gazeta Wyborcza - CJG - - /TO JEST GRANE -

W serialu „Amerykańscy Bogowie” pojawia się postać Technochłopca. Pytano mnie kilkakrotnie, dlaczego w telewizji nie jest tym samym bohaterem, co w książce. Wie pani dlaczego? Bo postać z książki powstała w 1999 roku, a teraz mamy Technochłopca z 2017 r. Najtrudniej jest stworzyć coś sensownego z „teraz”. „Teraz” mknie do przodu i staje się „wtedy” tak szybko. Strasznie podoba mi się, że niektóre rzeczy w „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” jeszcze dwadzieścia lat temu uznane byłyby za dziwne i kontrowersyjne, a dla współczesnych piętnastolatków są oczywiste. Dzisiejsze dzieciaki myślą w sposób, który szesnastoletniemu mnie był obcy. I mnie fascynuje, że mogę usiąść i o tym pogadać.

To z kim konsultuje pan swoje wyobrażenie o tym, jak to jest być dzisiaj nastolatkiem?

Gadam na przykład z moimi sąsiadkami, trzynasto- i piętnastolatką. Jakiś czas temu byłem u nich na takim małym koncercie rockandrollowym, był naprawdę dobry. I mówię sąsiadce: „A ta dziewczyna, z którą byłaś, to twoja przyjaciółka?”. A ona na to: „Tak, ale w szkole wszyscy są biseksualni”. „Naprawdę, wszyscy?”. „Tak, każde jedno. To po prostu wagina albo penis, narządy nie mają znaczenia”. No to jest coś, co kiedyś byłoby nie do pomyślenia, a dziś „po prostu” i „wszyscy”. Inna sprawa to sposoby komunikacji. Wiozłem kiedyś moje córki i ich koleżanki. Dziewczyny zamiast rozmawiać, pisały do siebie. Dla mnie to było jak w filmie science fiction, kiedy wieziesz grupę telepatów. Najwyżej raz na jakiś czas któryś się roześmieje. A ty, rodzic, jesteś jakąś kreaturą typu dinozaur, nie jesteś częścią telepatycznej wymiany. Dzisiejsze nastolatki są znacznie twardsze, pyskate i „do przodu” niż te kiedyś. Ale jednocześnie wrażliwsze. Przecież na otaczających je zewsząd ekranach wciąż dzieją się rzeczy, które mogą je skrzywdzić. Jak doszło do tego, że z „Jak rozmawiać…” powstał film?

Kilka lat po opublikowaniu krótkiego opowiadania w magazynie „Fragile Things” odezwał się do mnie producent Howard Gertler. Chciał zrobić z tego film. Ucieszyłem się. Sporo rozmawialiśmy o tym, jaki miałbym pomysł na rozwinięcie oryginału. Pierwszy akt mieliśmy – było nim opowiadanie. Wymyśliłem drugi – jedna z kosmicznych dziewczyn z przyjęcia chce wyjść w miasto i doświadczyć kilkunastu godzin w Croydon. W ten sposób dla widza staje się oczywiste, że w jej oczach świat wydaje się tak samo dziwny, jak w jego. Do tego potrzebowaliśmy jakiegoś mocnego, wymownego zakończenia. Howardowi spodobał się taki plan. Do pisania scenariusza zatrudnił świetną Philippę Goslett, która, co okazało się dużo później, pisała o jednej z moich książek pracę dyplomową! Nie ukrywam, zrobiło mi się bardzo miło. Philippa przygotowała zarys tekstu, który był dobry, ale uświadomił mi, że ona musi mieć znacznie szerszą wiedzę i wizję tego, jak to było w 1977 r., niż tylko sama przestrzeń, w której rozgrywa się akcja opowiadania. Wypiliśmy herbatę i przez dwie godziny wyrzucałem ze swojej głowy szczegóły i wspomnienia, które w moim odczuciu mogły się jej przydać. Byłem w szoku, gdy okazało się, że wszystko, co jej powiedziałem, zmieściło się w scenariuszu. To było to: historia o punku i kosmitce jako Romeo i Julii w londyńskim Croydon w roku 1977.

Pana książki są regularnie ekranizowane. Oczekiwania czytelników, agenta, recenzentów… Jaki ma pan sposób, żeby nie zwariować, patrząc na to, jak powstają z nich filmy?

Mój sposób? Wie pani, to jak w tej anegdocie o Stephenie Kingu. Powiedziano mu: „Hollywood zniszczyło twoje książki”. Na co on: „Nie, moje książki istnieją i mają się dobrze. To o czym mówisz, to raczej reklama mojej książki za kilkanaście milionów dolarów”. A poważnie… Mam chyba to szczęście, że pracowałem przy wielu adaptacjach – moich rzeczy albo cudzych. Widziałem takie, które się pięknie udały, i takie, które poniosły sromotną porażkę. I podobnie jak wielu moich piszących przyjaciół, z czasem nabrałem do tego dystansu. Film to nie książka! Oczywiście, obchodzi mnie, co z tego wyjdzie, niesamowicie. Nigdy nie rozumiałem tego podejścia: „Dajcie mi czek, zaproście na premierę i tyle. Ja się odcinam, moja praca musi być czysta”. Zawsze mówiłem kolegom, którzy opowiadali mi podobne historie: „Z twojej książki powstał teraz film, którego nie znosisz. Nie czujesz się okropnie z tym, że ci się tak bardzo nie podoba? Dlaczego nie chciałeś, by zrobiono film, który byś polubił?”. Dlatego ja zawsze chcę być zaangażowany w proces. Daję producentom swoje notatki, uwagi. Nie muszą brać ich pod uwagę, ale przynajmniej rozmawiamy. Rozumiem, że filmowanie to proces, że po drodze tekst czeka wiele zmian. Ale póki co tak wychodziło, że w większości przypadków efekt tego procesu pozostawia mnie bardzo szczęśliwym.8

Anna Tatarska

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.