IM MNIEJ ZROBISZ, TYM BARDZIEJ SIĘ ŚMIEJĄ

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO -

Jedni cenią go za talent komediowy, w pamięci innych pozostaje dzięki przejmującej kreacji w „Dziewczynie z szafy”. Teraz Wojciech Mecwaldowski dostaje szansę na zaprezentowanie palety aktorskich umiejętności. Nie ukrywa, że tytułowy Juliusz jest mu bliski i podobnie jak bohater on także ma w sobie coś z Adasia Miauczyńskiego.

PIOTR GUSZKOWSKI: Jedną z pierwszych ról dostałeś w „Dniu świra”. Zagrałeś piłkarza.

WOJCIECH MECWALDOWSKI: Piłkarza dymającego piłkarza, który strzelił gola. W euforii po bramce rzuca się z kolegami na zdobywcę bramki, ściąga mu spodenki i tak świętują na murawie. Pamiętam, że uciekłem na tamten plan ze szkoły teatralnej. Cały czas się pilnowałem, chowałem głowę, żeby nie było widać mojej twarzy w kadrze. Bałem się, że ktoś mnie rozpozna i wylecę ze studiów. Zabraniali wam grać?

Zasada była taka, że na pierwszym roku nie możemy grać. Dlatego jak się dostałem do „Pianisty” Romana Polańskiego, to nikomu o tym nie powiedziałem. Mimo że byłem przeszczęśliwy, bo miałem swoją pierwszą kwestię: ewakuowałem Adriena Brody’ego z budynku Polskiego Radia i krzyczałem: „Everybody down!”. Okazało się, że muszę zostać w Warszawie na kolejny dzień. Patrzę, a tam w tłumie statystów grających Żydów idzie z workiem nie kto inny jak ówczesny student trzeciego roku Paweł Małaszyński. Robiłem wszystko, żeby mnie nie zauważył, bo miałbym przechlapane na „fuksówce”. To rytuał przejścia wydziałów aktorskich – trochę jak fala w wojsku, tylko znacznie przyjemniejszy.

Chyba wciąż obowiązuje?

To nie to samo co jeszcze kilkanaście lat temu. Wtedy były inne czasy. Ludzie mieli dla siebie czas, nie głaskali wciąż ekranów smartfonów. Komórki miało może kilkoro z nas, zostawały w szatni. Starsi studenci uczyli młodszych przełamywania wstydu i innych barier, także fizycznych. To, że nas brali do lasu na manewry czy kazali grać teatrzyki do 6 rano, a dwie godziny później musieliśmy wstać na zajęcia, było oczywiście przegięciem. Ale okazało się przydatne. Bywa przecież, że tak wygląda codzienność aktora – nie masz czasu na sen, bo akurat tak ułożono grafik dni zdjęciowych albo pędzisz z planu do teatru.

Wspomniałem „Dzień świra”, bo grany przez ciebie Juliusz przypomina Adasia Miauczyńskiego.

Kiedyś rozmawiałem z Markiem Koterskim. Opowiadałem mu o swoich przypadłościach i zapytałem: „Jak żyć?”. Powiedział: „Wojtuś, nas są miliony”. „Nas są miliony” – to mnie uspokoiło. Chodzi o kategorię człowieka, która ma wiecznie pod górkę, bardzo poukładanego w tym swoim niepoukładaniu. Chociaż Juliusz jest pozbawiony bagażu charakterystycznych natręctw, to zgodzę się, że pewne cechy Adasia rzeczywiście posiada. Należy do ludzi, którzy borykają się sami ze sobą. Potrafią się z siebie śmiać, ale dopiero po czasie. Na początku są przerażeni.

Ostatnio w Warsie obserwowałem przez pół godziny niezwykły rytuał płacenia za śniadanie. Jakbyś zobaczył to w kinie, tobyś nie uwierzył. A ten facet naprawdę najpierw starannie składał chustkę po jedzeniu, potem strząsał, zdmuchnął okruchy z blatu i próbował dosunąć krzesło, którego dosunąć się nie da. Wreszcie długo wkładał wyprasowane pieniądze do etui, czekał na resztę itd. Męczył się sam ze sobą. Juliusz wydaje się tego bliski. Na szczęście w jego życiu pojawia się kobieta, a ojciec zaczyna być innym ojcem niż dotychczas. Potrzebujemy tych ludzi dookoła siebie, żeby móc funkcjonować i uwierzyć w siebie. Bez tego nie ruszymy. Mimo to ja na przykład lubię być sam, ale nie lubię samotności. Juliusz się tej samotności wręcz boi, bo zrozumiał na przykładzie ojca, jak jest destrukcyjna. W komedii ważne jest tempo, puenta, tak zwany timing, który trudno osiągnąć bez odpowiedniego doboru obsady.

Temu służy okres zdjęć próbnych. Reżyserowi Alkowi Pietrzakowi zależało, że-

Wojciech Mecwaldowski (Juliusz) w ramionach Anny Smołowik (Dorota) i Rafała Rutkowskiego (Rafał)

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.