BRZMIENIE KALIFORNII

Gazeta Wyborcza - CJG - - /MUZYKA -

Chyba jakoś w połowie liceum zainteresowałem się mechanizmami rządzącymi światem i wkręciłem w kombinowanie co z czego wynika? Niemcy wymordowali miliony ludzi, ale niemal na każdego istniało uzasadnienie pisemne, choćby niedorzeczne w swej argumentacji. Czy miała na to wpływ etyka pracy? A zatem, czy reformacja, która skuteczną pracę ustawiła wysoko w hierarchii wartości, poniekąd wydała zgniły owoc w postaci fabryk śmierci?

Rzecz jasna to tylko gdybania, których nie przekuwam w twarde poglądy – brak mi kompetencji historyka czy antropologa. Ale podobnie patrzę na sztukę, a szczególnie muzykę i tu już kompetencji akademickich mieć nie muszę. Polegam na doświadczeniu i wyczuciu. Właśnie zostawiłem za sobą Kalifornię. I po raz kolejny zbliżyłem się do całkowitego zrozumienia tamtejszej muzyki rapowej. Kiedy przewodnik zabrał mnie na wycieczkę po „złych” dzielnicach, opisywał je z perspektywy terytoriów gangów. „Na prawo od tej ulicy rządzą Crips, na lewo – Bloods, dalej ekipy z Meksyku”. Autochton odsiedział dwa wyroki za usiłowanie morderstwa, łącznie 13 lat. Ale czy te suche fakty tłumaczą wszystkie gangsterskie piosenki, które na szczytach list sprzedaży królują już od ponad 30 lat? Przede wszystkim gangi, jak tłumaczył lokales, powstały jako odpowiedź na chaos i rasizm. Czarne Pantery nie walczyły jedynie o prawa czarnych – były zbrojnymi bojówkami kontrolującymi dzielnice, na które policja zapuszczała się tylko

w poszukiwaniu nieszczęśników, którym trzeba było „przybić” jakąś sprawę i poprawić statystyki. Utrzymywanie porządku, znane „protect and serve” władz nie interesowało. Ten wizerunek szlachetnych ekip dbających o swoich sąsiadów (mocno przypominający mafię, która podobnie wybiela swoje włoskie korzenie) zniszczyły narkotyki i idące za nimi wielkie spustoszenia i takież pieniądze. Narkotyki, według mojego rozmówcy, sprowadziły agencje rządowe celem wyniszczenia czarnych społeczności, choć ja do tej teorii spiskowej przykładam wagę raczej piórkową niż ciężką.

Wszystkie znane z Europy patenty zdają się w Kalifornii własnym negatywem, niewyraźnym i wzbudzającym niepokój. Bo czy możemy przyrównać konflikt kibiców Widzewa i ŁKS lub Wisły i Cracovii do plemiennych starć gangów w Los Angeles? Niby tak, ale jeśli u nas czasem latają noże, to w Mieście Aniołów każdy skrzydlaty cherubinek ma giwerę. Strzelanina tutaj, to trochę taka polska intensywna bójka. Gdy u nas klapki i białe skarpetki to wyraz nonszalancji i stylowej gry z konwencją dresiarską, chłopaki z Compton i Crenshaw łażą w klapersach non stop, bo jest naprawdę gorąco. Wszystkie samochody to „automaty”, można nimi zatem bez trudu przyspieszać stopą odzianą w kubotę, co w Europie mogłoby się skończyć spaleniem sprzęgła lub wypadkiem. Radio jest w Polsce w odwrocie – od jakiegoś czasu muzycznie rządzi YouTube. W Stanach radio to część samochodu, a samochód to drugi dom i mimo lamentów ekologów nieprędko się to zmieni, bo transport publiczny w Stanach kuleje, a Uber… Uber to tylko kolejne auto i takie same spaliny. Wciąż zatem istnieje pojęcie piosenki „radio friendly”, co u nas przestaje mieć znaczenie (i chyba należy za to YouTube’owi podziękować, choć liczby mówią, że portal nie tylko uwolnił sztukę od radiowych „cenzorów”, ale też skandalicznie poszerzył nurt muzyki discopolowej i durnorapowej). Tym bardziej fascynujące zdaje się brzmienie Kalifornii. Mimo megahałaśliwych helikopterów patrolujących ulice (zwanych tutaj „ghetto birds”), trzystu tysięcy członków gangów, rzeszy bezdomnych (którzy, z racji pogody, występują w L.A. w ilościach hurtowych) i brutalnej policji, która może wszystko – g-funk brzmi radośnie, zadziornie i melodyjnie. Bas dudni wyraźnie i ma piękną „górkę”, refreny chcą, byś nucił je, jadąc kabriolotem po Sunset Boulevard. A przecież wszystkie dane wskazują na to, że muzyka w tej okolicy powinna deklasować grunge pod względem ładunku smutku. Czy wystarczy zatem trochę słońca?

Piszę to podsumowanie, siedząc w tanim motelu w Teksasie. Przed drzwiami pokoju wydzielono miejsce parkingowe, a w centrum placu znajduje się basen – wszyscy widzieliśmy to setki razy w filmach. Zawsze irytowało mnie, kiedy podczas kłótni w takim motelu jedna postać krytykowała inną tekstem „mieszkasz w tej dziurze!”. Próżniowych analogii próżno tu szukać, człowiek europejskometropolitalny, którego znajomi świętowali długo wyczekiwany dzień wynajęcia w Paryżu 11-metrowej klity, oddycha w przestronnej „dziurze” pełną piersią. W Lone Star State spróbuję zrozumieć kowbojów, ich separatystyczne ciągoty, słabość do Trumpa i – z tym chyba będzie najtrudniej – muzyki country. Do zobaczenia za trzy tygodnie!8

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.