ALEKSANDRA KONIECZNA: MOJA CEMBRZYŃSKA TO NIE RUDZIELEC

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO - PIOTR GUSZKOWSKI

Aleksandra Konieczna: Będzie pan potrzebował do tego materiału mojego zdjęcia?

Piotr Guszkowski: Wykorzystamy kadr z filmu…

– A, bo mnie zwykle w filmach postarzają i pobrzydzają…

Najwyżej podpiszemy: „Aleksandra Konieczna w roli Igi. Na żywo aktorka wygląda znacznie, znacznie młodziej”.

– (śmiech)

Pani pierwsze wspomnienie związane z Igą Cembrzyńską to…?

– Gdyby zapytał pan przed rozpoczęciem mojej przygody z tym projektem, pewnie umiałabym odpowiedzieć. Teraz, po wszystkim, co się wydarzyło – po filmie, po poznaniu pani Igi – nie potrafię. Dla mojego pokolenia Iga Cembrzyńska to ikona. Kiedy Janusz Kondratiuk zadzwonił z propozycją, przyznałam, że to będzie wyzwanie. Zupełnie tak, jakby zagrać Marilyn Monroe. Jaki jest sens takiego odtwórstwa, skoro pierwsza lepsza artystka kabaretowa zrobiłaby to lepiej ode mnie… Janusz powiedział: „Chwila, toutes proportions gardées” [zachowajmy proporcje]. Zapewnił mnie, że nie będziemy tego robić jeden do jednego. Niemniej dostałam perukę z jej rudym kolorem włosów, kubraczki i żakieciki, jakie nosi… Widać bardzo jej potrzebował. Dla pani to druga w krótkim czasie rola będąca zaproszeniem do intymnego świata prawdziwych ludzi.

– Przy Zosi Beksińskiej z „Ostatniej rodziny” tego nie odczuwałam. Została mocno zarchiwizowana za sprawą obsesji Zdzisława, zgoda, ale nie była postacią szczególnie rozpoznawalną. Pracowałam więc swobodnie, pozbawiona ciężaru, który przy „Jak pies z kotem” mnie przygniatał. Nie wiem, co sądzić o głosach, które do mnie docierają, ale ci, którzy Cembrzyńską znali, często mieli ponoć wrażenie, że ta kobieta na ekranie to ona. Nie wiem, co o tym myśleć. Czas pokaże.

Scenariusz proponuje zresztą zupełnie inną Igę: taką, której nie znamy. To nie jest ognisty rudzielec na szpileczkach idący za kochasiem w siną dal czy ekspresyjnie odgrywająca pozycje z czołówki „Hydrozagadki”. Poznajemy Igę w kryzysie. Pogubioną, bezradną wobec choroby ukochanego.

Widz musi uważać, żeby zbyt łatwo jej nie potępić.

– Być może dlatego, że wątek dotyczący próby ubezwłasnowolnienia jej przez rodzinę, dotyczący jej problemów z pamięcią, musiał zostać w filmie skrócony. Byłaby w tym wątku szansa na „obronienie” jej. Iga mówi w pewnym momencie do Janusza: „Dopiero teraz, kiedy on jest u ciebie, jesteś w stanie zrozumieć, jakie ja miałam ciężkie życie” – mimo że od wielu dni Andrzej nie jest z nią, tylko pod opieką brata i jego żony. Zastanawiam się, na ile jest to wynikiem organicznej degradacji, a na ile formą mechanizmu obronnego. Dla mnie to fascynujący temat. Pracuję przecież pamięcią. Myślę sobie o dniu, kiedy zacznie szwankować. A ja na tym stoję. Każdy z nas na tym stoi, ale aktor szczególnie.

Pani tę pamięć trenuje, co jej przecież służy.

– Ale zawały i wylewy zdarzają się także ludziom, którzy wydawali się okazami zdrowia. Swoją drogą, wie pan, co usłyszałam? Że „Jak pies z kotem” powinni oglądać nauczyciele i uczniowie.

Dlaczego?

– Żeby wyrobić w młodych ludziach empatię i podejście do pewnych spraw. Przecież opiekowanie się chorymi członkami rodziny jest dziś absolutnie démodé. Jak mówią w filmie dzieci Janusza: „Tato, od tego są specjalne miejsca”. Jeśli tylko ludzie mają wystarczające środki, zasadniczo oddają bliskich pod opiekę profesjonalistów, coraz rzadziej zmaga się z tym rodzina. Podcieranie tyłka, przetykanie cewnika i cała sytuacja, jaką pokazujemy, może się dziś młodemu pokoleniu wydać kuriozum. Dlatego dla mnie „Jak pies z kotem” to film o miłości, o jej różnych wariantach. Miłości, której daleko do love story. Nie jest uczuciem glamour, tylko ubrudzonym życiem – obarczonym niepowodzeniami, błędami, ucieczką od odpowiedzialności, zmienianiem zasranych pieluch, liczeniem pieniędzy itd.

Nie miałam właściwie świadomości, jakiej psychodramy dopuścił się Janusz na sobie i swojej rodzinie, na jej żywym organizmie. Szczególnie kiedy to wszystko jest jeszcze takie świeże, bolesne. Blisko śmierci brata. To wielkiej odwagi człowiek i artysta. Na premierze padło pytanie, czy rodzina miała z tym problem. Na co Wera, córka Janusza, która gra w filmie samą siebie, odpowiedziała: „Uznaliśmy, że skoro tata tak chce opowiedzieć tę historię, to znaczy, że musi”. Te słowa córki do ojca są dla mnie kwintesencją miłości.

Po tym, jak zachwyciła w roli Zofii Beksińskiej z „Ostatniej rodziny”, wszyscy zastanawiali się, gdzie ukrywał się ten talent. Teraz przed Aleksandrą Konieczną kolejne, być może nawet większe wyzwanie – w „Jak pies z kotem” aktorka mierzy się z osobowością Igi Cembrzyńskiej.

Aleksandra Konieczna jako Iga Cembrzyńska oraz Olgierd Łukasiewicz jako Andrzej Kondratiuk

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.