BOHEMIAN RHAPSODY

Gazeta Wyborcza - CJG - - /TO JEST GRANE -

POD PATRONATEM Wielka Brytania/USA 2018. Reż. Bryan Singer i Dexter Fletcher. Aktorzy: Rami Malek, Lucy Boynton, Gwilym Lee.

Konwencjonalna biografia lidera „Queen” Freddiego Mercury’ego. Muzyka i wykonawca głównej roli ciągną film do przodu.

„Rhapsody”, którego klamrę stanowi słynny koncert Live Aid z 1985 roku, zaczyna się od sceny, w której Farrokh Bulsara, potomek mieszkających w Indiach Parsów (nie Persów!) pracuje jeszcze jako bagażowy na londyńskim lotnisku Heathrow. Wkrótce potem jednak zostaje przyjęty jako wokalista do mało znanej grupy Smile i tak zaczyna się jedna z najbardziej spektakularnych karier w historii muzyki rockowej, czyniąca z syna skromnych emigrantów ikonę popkultury i człowieka legendę.

Niewiele filmów rodziło się w takich bólach i mękach jak poświęcone mu „Bohemian Rhapsody”: osiem lat przygotowań, rezygnacja Sachy Barona Cohena, który miał pierwotnie zagrać główną rolę, wyrzucenie reżysera już w trakcie realizacji i zastąpienie go innym itd. Jak na taki produkcyjny bałagan końcowy rezultat jest całkiem zadowalający.

Oczywiście są wady rzucające się w oczy: bohater filmu był twórcą bardzo oryginalnym i nowatorskim, zaś opowieść o nim jest grzeczna, oswojona i konwencjonalna, ułożona wg schematu „wzlot – upadek – wzlot”. Jego słynne ekscesy obyczajowe są mocno złagodzone, być może dlatego, że wśród producentów znaleźli się przyjaciele Mercury’ego i członkowie Queen, dbający o wizerunek zmarłego lidera. O ile sam Mercury jest tu wyrazistą, silną osobowością, o tyle ludzie z jego otoczenia (zwłaszcza członkowie zespołu) są raczej bezbarwni, pozbawieni osobistych rysów. Zdarzają się niezgodności faktograficzne, w tym jedna moim zdaniem niedopuszczalna: wg filmu Mercury wystąpił na Live Aid, wiedząc już o swojej chorobie, tymczasem AIDS zdiagnozowano u niego dopiero dwa lata później. Finał wygrany jest na triumfalnej nucie, choć brzmiącej w tym kontekście nieco fałszywie.

Ale mimo tych przeinaczeń i ewidentnych słabości „Rhapsody...” ogląda się dobrze i 134 minuty przelatują niemal niepostrzeżenie. Film działa. Energii dostarcza mu muzyka (której dużo) oraz dynamiczna gra mało znanego Ramiego Maleka. Jego Freddie jest gdzieś głęboko niepewny siebie, ale na zewnątrz asertywny i zdecydowany, towarzyski i bardzo samotny, żądny sławy, ekstrawagancki i – zwłaszcza na scenie – prawdziwie charyzmatyczny.

Jego życie pozasceniczne czy też uczuciowe było dość tajemnicze – i takie po obejrzeniu filmu pozostaje. Początkowo związany był z Mary, sprzedawczynią w sklepie z ekskluzywną odzieżą, która nawet gdy zdradził się jej ze swojej skłonności do mężczyzn, pozostała jego najlepszą przyjaciółką i – jak mówił – „miłością jego życia” (ładny, czuły wątek, choć postać samej Mary niedopisana). Jego bi/homoseksualizm nie zostaje w filmie publicznie ujawniony, tak jakby Freddie jedną nogą wciąż tkwił w szafie. Jego osobisty menedżer i partner Paul ukazany jest jako szubrawiec, intrygant i manipulator, „zły duch” zespołu. Późniejszy, Jim (tu kelner, w rzeczywistości fryzjer), pozostaje enigmą. Sam Freddie Mercury do pewnego stopnia też. Ale bardzo interesującą enigmą.

Paweł Mossakowski

Rami Malek jako Freddie Mercury

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.