MAZOLEWSKI: PODRÓŻ ŚLADAMI KOMEDY

Gazeta Wyborcza - CJG - - /MUZYKA - ŁUKASZ KAMIŃSKI

POD PATRONATEM Choć muzyka Komedy zawsze była w jakiś sposób obecna w twórczości Mazolewskiego, to w sposób bardziej dogłębny przyjrzał się jej w zeszłym roku podczas występu kwintetu w Londynie. Tam w ramach serii koncertów „Church of Sound” odbywających się w kościele św. Jakuba regularnie występują współcześni artyści jazzowi, funkowi. Podczas swojego koncertu Mazolewski przedstawił program „Polish Jazz” poświęcony legendom polskiego jazzu, w tym w dużej części muzyce Komedy.

Twórczość i życie Krzysztofa Komedy nie tylko wciąż fascynuje, ale też nieustannie pobudza wyobraźnię. Po jego muzykę sięgają kolejne pokolenia. Doskonałą płytę „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)”, na której jazz poprzeplatany został z hip-hopem, funkiem, improwizacją, nagrała grupa EABS. Grają go też w porywający, oryginalny sposób bracia Olesiowie z towarzyszeniem niemieckiego wibrafonisty Christophera Della – w programie „Komeda Ahead” znalazły się interpretacje „Litanii, „Kattorny” czy „Astigmatic”. Co roku fani artysty spotykają się na Festiwalu Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy. Powstają też poświęcone mu wydawnictwa, w ciągu kilku ostatnich lat ukazały się m.in. „Czas Komedy” Dionizego Piątkowskiego czy „Komeda. Osobiste życie jazzu” Magdaleny Grzebałkowskiej.

Teraz do wielkiej Komedowej układanki swoją część postanowił dołożyć Wojciech Mazolewski z kwintetem (Oskar Torok – trąbka, Marek Pospieszalski – saksofon, Joanna Duda – instrumenty klawiszowe, Qba Janicki – perkusja). Basista jest właśnie w trakcie trasy koncertowej, którą promuje teledysk do utworu „Gdy spadają anioły” skomponowanego do filmu dyplomowego Romana Polańskiego.

KAMIŃSKI: Czym się różni encyklopedyczna znajomość Komedy od intuicyjnego, emocjonalnego czucia jego muzyki? WOJCIECH MAZOLEWSKI: Bardzo sobie cenię, gdy muzycy mają wyczucie tematu. Ze swoim zespołem dołożyłem wszelkich starań, by zanurzyć się w Komedę najgłębiej jak się da. Co ciekawe, za ten projekt zabraliśmy się przez przypadek. Przygotowywaliśmy się do koncertu w Londynie, na którym mieliśmy zagrać polskie kompozycje jazzowe. Przerabialiśmy sporo utworów doskonałych muzyków i kompozytorów, starając się wyszukać najciekawsze smaczki, ale niekoniecznie te najbardziej znane. Każdy z nas wybrał najwięcej utworów Komedy właśnie, a po dyskusji okazało się, że jest on obecny w naszym życiu od bardzo dawna. Właściwie od początków naszej fascynacji muzyką.

Jakie masz wspomnienia związane z Komedą?

– Pamiętam, jak jeszcze na długo przed powstaniem sceny yassowej spotykaliśmy się z przyjaciółmi, by wspólnie słuchać płyty „Astigmatic”. Te wieczory przeżywaliśmy tak intensywnie, tak głęboko, jak gdyby to były prawdziwe koncerty. Nie tylko przeżywaliśmy razem samą muzykę, ale też i o niej długo dyskutowaliśmy. Ale swoją Komedową historię, tak jak wspomniałem, ma każdy z muzyków kwintetu. Na przykład Joanna Duda doskonale zapamiętała, jak jej ojciec grywał w domu na pianinie kompozycje Komedy. I mam wrażenie, że te doświadczenia sprawiły, że nasza interpretacja Komedy jest bardzo intymna, osobista. Jak się do londyńskiego koncertu, a potem do projektu „Komeda” przygotowywaliście?

– Zacząłem bardzo drobiazgowo czytać poświęconą mu literaturę. Dzięki temu nie tylko zrozumiałem go lepiej, ale też poznałem jego przyjaźnie, z Hłaską czy Nizińskim. Rozmawiałem też z jego znajomymi, np. Rosławem Szaybo, który opowiadał mi niezwykłe zupełnie historie ze wspólnych wyjazdów z Komedą, wspólnych imprez. Wiele tych faktów nie jest publicznie znanych i muszę przyznać, że dały mi one bardzo wiele, pozwoliły mi przenieść się w tamten świat, poczuć go, zanurzyć się w nim. Moje zainteresowanie Komedą zgrało się też z moją fascynacją Los Angeles. Będąc w Kalifornii, odbyłem podróż jego śladami. Uważam, że pobyt Komedy w Stanach to doskonały scenariusz na jakiś serial albo film. Wracając więc do pierwszego pytania: wgryzłem się w temat na totalu

Mimo bogatej literatury Komedę wciąż skrywa nimb tajemnicy, stał się postacią mityczną.

– To podobna sytuacja jak z Bruce’em Lee, każdy ma inną historię do opowiedzenia, każdemu wydaje się coś innego, każdy ma swoją teorię na temat tego, jak żył, zginął Komeda. Muzyka Komedy jest nieustannie przywoływana przez innych artystów, od śp. Tomasza Stańki, przez braci Olesiów, po EABS. Jak ważna była dla ciebie świadomość, że biorąc się za kompozycje mistrza, musisz znaleźć niełatwą wcale równowagę między szacunkiem dla oryginału a daniem czegoś od siebie?

– Pod tym względem Komeda to fenomen. To, że tak wielu innych artystów sięga po jego muzykę, pokazuje, jak bardzo ona jest uniwersalna. Jednym z największych interpretatorów muzyki Komedy był Tomasz Stańko. On był naturalnym kontynuatorem sposobu myślenia o muzyce. To znaczy?

– Jeśli się wsłuchasz np. w album „Music for K.”, to wyraźnie zobaczysz, jak bardzo liczą się zarówno emocje, jak i to, że jest tam wiele miejsca, możliwości na interpretacje, na wolność dla grających muzyków, by w pełni mogli siebie wyrazić. Komedę wiele osób widzi obrazami. Na dźwięk jego nazwiska uruchamia się cała bogata wizualna biblioteka – od okładki albumu „Astigmatic”, przez kadry z filmów Romana Polańskiego…

– …czy z „Niewinnych czarodziejów” Wajdy. Myśląc o Komedzie, widzę naraz kilka obrazów. Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, to te piękne czarno-białe zdjęcia, na których siedzi zamyślony przy fortepianie i komponuje. Jest też jego niezwykłe, piękne zdjęcie, gdy trzymając saksofon, leży w łóżku z Zofią Komedową. Ta fotografia doskonale oddaje charakter muzyka, który zapraszał nas do swojego świata, ale dawał nam też impuls w postaci nastroju, harmonii. A to z kolei pozwala nam przenieść się w nasz własny świat intymny. Mam też takie wspomnienie, obraz zatrzymany w czasie. To było wiele lat temu, podczas jednej z pierwszych tras koncertowych kwintetu. Następnego dnia po występie w Krakowie wstałem dość rano, przygotowałem sobie kawę, otworzyłem wielkie okna, bo akurat mieszkaliśmy wszyscy na poddaszu jednej z kamienic. W mieszkaniu było ciepło, a przez okna wpadał wczesnowiosenny albo późnojesienny chłód i pierwsze promienie wstającego słońca. Jeszcze rozedrgani po koncercie puściliśmy sobie z winyla „Astigmatic” – i te wszystkie elementy, zapach kawy, chłód i ciepło, słońce, pokoncertowe zmęczenie i muzyka Komedy złożyły się na piękną, magiczną chwilę.

– Komeda to fenomen. To, że tak wielu innych artystów sięga po jego muzykę, pokazuje, jak bardzo ona jest uniwersalna – mówi Wojciech Mazolewski, który wraz ze swoim kwintetem podjął się interpretacji muzyki mistrza. Koncert w poniedziałek w Palladium.

PONIEDZIAŁEK, 12 listopada. Palladium, ul. Złota 7/9. Początek o godz. 20. Bilety: 79 zł

Wojciech Mazolewski

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.