CREED II

Gazeta Wyborcza - CJG - - /KINO -

POD PATRONATEM

NARODZINY LEGENDY

Drugoplanową rolą w „Creed: Narodziny legendy” Sylvester Stallone otarł się o Oscara. Przez lata Stallone zdążył poznać Rocky’ego na wylot. Wszystko zaczęło się w 1976 r., gdy podrzędny bokser stanął do walki o mistrzostwo z pewnym zwycięstwa Apollo Creedem (swoim przyszłym przyjacielem i ojcem Adonisa). Między linami ringu bohater nadrabiał uporem, wolą walki. Zupełnie jak Stallone przed kamerą. Nikomu nieznany aktor już wcześniej próbował sprzedać wytwórniom ponad trzydzieści scenariuszy. Bezskutecznie. Wreszcie dobrze trafił.

Historią chłopaka z biednej filadelfijskiej dzielnicy, ściągającego długi dla miejscowego gangstera, który postanawia wykorzystać niespodziewaną szansę od losu, zainteresował Irwina Winklera, prywatnie fana boksu (wyprodukuje później m.in. „Wściekłego byka” Martina Scorsese). Winkler miał nosa. Rocky stał się uosobieniem spełnienia amerykańskiego snu. Nakręcony za zaledwie milion dolarów film w reżyserii Johna G. Avildsena zarobił krocie, zdobył

trzy Oscary, pokonując głośnego „Taksówkarza”. I zapisał się w historii, mimo że kolejne odsłony przygód „Włoskiego Ogiera” już tak udane nie były.

Scenariusz „Rocky’ego” powstał podobno w niespełna trzy doby. Stallone usiadł do pisania od razu po obejrzeniu 15-rundowej walki mało znanego boksera Chucka Wepnera z Muhammadem Alim. Wielokrotnie zaprzeczał, jakoby inspirował się tym pojedynkiem, ale swoją opowieść niewątpliwie zabarwił elementami biograficznymi. Zanim zdobył rozgłos, przeżył niejedno zawodowe upokorzenie: żeby przetrwać, dorabiał jako bileter, dozorca w zoo, wystąpił nawet w soft porno. Po drodze od sukcesu „Rocky’ego” obaj z bohaterem sporo przeszli. Mieć kogoś takiego w swoim narożniku to ogromny atut. Mimo że Donnie korzysta z doświadczeń i rad „wuja”, także poza ringiem, np. gdy przyjdzie do oświadczyn z Biancą, najważniejszą lekcję wyniesie, ucząc się na własnych błędach, stając twarzą w twarz z najtrudniejszym przeciwnikiem – swoimi słabościami. A błędy mają gorzki smak, będą boleć. Niechybnie poleją się krew, pot i łzy. Stallone od lat powtarza, że „Rocky” nigdy nie był filmem o boksie, tylko o człowieku walczącym o swoją godność. Ale bokserskie, czysto sportowe zmagania to jednak istota cyklu. Nawet jeśli ujęcia walk nie zaskakują sposobem filmowania, jak to było w pierwszym „Creedzie”, choreografia sierpowych, bloków oraz uników wywołuje oczekiwane emocje. Sequel nie jest tak udany, może przez brak Ryana Cooglera za kamerą (na stanowisku reżysera zastąpił go Steven Caple Jr.), ale to wciąż porządne kino. Powstała opowieść o konfrontacji z grzechami ojców i byciu rodzicem. O odpowiedzialności i obawach, jaką ta rola ze sobą niesie, o konieczności zmiany perspektywy, określeniu priorytetów.

Starcie Creed – Drago budzi na chwilę demony zimnej wojny. Na szczęście Viktor (w tej roli Florian Munteanu), choć wychowywany przez Ivana w atmosferze nienawiści i pragnieniu zemsty, nie jest napędzaną sterydami, bezmyślną maszyną do zabijania na ringu. Twórcy idą za ciosem, proponując powtórzenie sprawdzonych wątków po lekkim liftingu (np. nowa sceneria dla klasycznej sekwencji treningów), kilka motywacyjnych gadek i niezbyt subtelnych metafor. Wszystko to przy dźwiękach charakterystycznego motywu przewodniego, który jest z Rockym od początku, zmiksowanego z rapem.

Umówmy się, widzieliśmy już ten film. Widzieliśmy go nieraz. W kinie trudno takimi schematami powalić na deski, ale wypunktować już można, szczególnie z Michaelem B. Jordanem oraz Sylvestrem Stallone’em w obsadzie – i to się udało.

Piotr Guszkowski

Sylwester Stallone – Rocky po raz ósmy i Michael B. Jordan jako Adonis Creed

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.