PIOTR GŁUCHOWSKI

Gazeta Wyborcza - CJG - - /TO JEST GRANE -

Czytam zazwyczaj trzy książki naraz, jedna leży przy łóżku w kawalerce w Warszawie, druga w domu na Kujawach, gdzie mieszkam z rodziną, trzecią wożę ze sobą w plecaku. Aktualnie zgłębiam (nie będę oryginalny) „Królestwo” Szczepana Twardocha, „Prowincje ciemności” Zbigniewa Mikołejki i – już od pół roku – „Europę” Daviesa.

Co do tej pierwszej, widać, że Twardoch zaliczy sukces komercyjny (czego mu oczywiście zawistnie zazdroszczę), bo w samolocie Ryanaira do Ejlatu – w zeszłym tygodniu miałem krótki urlop, lot kosztuje 200 zł, polecam – czytały to trzy osoby.

Co do książki drugiej, wciąż trafiam w niej na jakieś pojęcie, którego nie znam, więc pod ręką mam komórkę z encyklopedią i te podróże w bok trwają po pół godziny. W eseju poświęconym serialowi „True Detective” profesor pisze na przykład, że Mesjasz zgodnie z kabałą musi zstąpić do zanim się weźmie do zbawiania świata. What the fuck? Sprawdzam i natykam się na rabina Lurię, pojęcie czyli wkroczenia cierpienia w świat… i tak dalej. Każde sprawdzenie pociąga za sobą kolejne, na stronę książki wracam ze spoconym mózgiem. Ale o to w gruncie rzeczy chodzi.

Co do ostatniej pozycji – Daviesa – to z racji natłoku faktów historycznych i nazwisk bohaterów nie jestem w stanie przyswoić jednokrotnie więcej niż 10 stron – a jeszcze po wielekroć się cofam. Lecz ta lektura jest jak „Szwejk”. Można czytać z dowolnego miejsca i po parę razy.

Wracając do „True Detective” – nie sądźcie, że zbędę to arcydzieło napomknieniem tylko – profesor Mikołejko uważa (pierwszy sezon, rzecz jasna) za serial wszech czasów, dla mnie jest on drugi. Zaraz za „The Wire”. Po tej dwójce – długo, długo nic, a dalej bieży peleton złożony z takich rzeczy jak: „Low Winter Sun”, „Patrick Melrose”, „The Killing”, „Fauda”, „Fargo” (pierwsze dwa sezony), „Berlin Station” itp. A nad wszystkim unosi się „Ojciec Chrzestny” 1, 2 i 3. Świadomie zaliczam ten film do serialowego grona, bo przecież współczesny serial premium o zamkniętej fabule to jest po prostu siedmioalbo i dziesięciogodzinny film i tak go można traktować. Porównywać należy z innymi filmami, a nie z produkcjami typu „Dolina Krzemowa”.

A zatem – filmy. Nie mam telewizora, ale mam Netf lix i HBO, więc czasem obcinam jakiś stary, widziany kiedyś w kinie, film. Należę do pokolenia, które oglądało po dziesięć razy „Ziemię Obiecaną” i „Czas Apokalipsy”, lecz teraz wracam raczej do „Monachium”, „Hurt Lockera”, „Szpiega” (ach, ten Le Carre… nie napisał złej książki przez ponad 50 lat) czy Jasona Bourne’a (filmy lepsze od książek!).

Na koniec sprawa polska. W serialach sytuacja jest jasna i znów trudno być oryginalnym: „Ślepnąc od świateł”, ewentualnie „Pakt” i „Wataha”. Natomiast filmy: Smarzowski i jeszcze raz Smarzowski. „Róża” mnie pożarła i wypluła, dlatego, gdy trzy lata temu kolega z redakcji, Marcin Kowalski, przyniósł scenariusz „Kleru” z pomysłem, abyśmy robili z tego książkę, po lekturze zakrzyknąłem, jak niesławny Marcinkiewicz: „yes! yes!...”. Mimo przeciwności losu udało mi dowieźć rzecz do końca i właśnie w tym tygodniu mogę się nią z Wami podzielić. „Nic co ludzkie”, okładka złota i skromna, stron 672.

*Piotr Głuchowski,

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.