Czas dużych upustów cen mieszkań minął

Gazeta Wyborcza - Dom (Nieruchomosci) - - Dom - ROZ MAWIAŁ WOJCIECH MATUSIAK

– Moda na ogrodzone osiedla przyszła do nas z Ameryki. W Europie raczej tego nie ma. Obecnie i w Polsce powoli się od tego odchodzi – mówi Józef Wojciechowski, właściciel dewelopera J.W. Construction.

WOJ CIECH MA TUSIAK: Nieruchomości w najbliższych latach będą tanieć czy drożeć? JÓ ZEF WOJ CIECHOWSKI*: Dzisiaj nie ma gazety, która by pisała, że ceny mieszkań pójdą w dół. To media tworzą nastroje. Sześć lat temu wszystkie gazety pisały, że ceny będą spadać. I to się sprawdziło...

– Ale w jakimś stopniu spadki cen wykreowały media. Przyszedł kryzys. Na całym świecie nieruchomości taniały.

– Zawsze po latach chudych nadchodzą lata tłuste. Myśmy mieli prawie siedem lat chudych. Od półtora roku widać odbicie. Nie jest ono gwałtowne, bo gospodarka nie odbiła gwałtownie. Na pewno nie będzie taniej, ceny, na ile mogły spaść, to już spadły. Wostatnim trudnym czasie deweloperzy obniżali koszty. Tu już nic się nie zrobi. Spółki muszą mieć odpowiednią marżę, bo banki nie będą kredytowały inwestycji. War to negocjować? Jeszcze klika lat temu można było dostać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych upustu.

– Siedem lat temu, gdy zaczął się kryzys, ok. 3 tys. naszych klientów zerwało umowy przedwstępne. J.W. Construction robiło wszystko, by te mieszkania sprzedać, i musieliśmy schodzić z ceny. Najlepszy czas na negocjacje był cztery-pięć lat temu. Dzisiaj sytuacja się zmieniła. Klienci się nie targują?

– Ostatnie lata przyzwyczaiły ludzi do negocjacji. Jest presja z ich strony – nie chcą płacić cen z katalogu. Liczą na choćby 1-2 proc. upustu. Nie powiem, że mamy sztywne ceny. Ale to, czy dajemy zniżkę, zależy m.in. od tego, jak szybko potrzebujemy sprzedać mieszkania wdanym projekcie i od naszych umów z bankami kredytującymi inwestycję. Dlaczego Polacy upodobali sobie ogrodzone osiedla?

– Moda przyszła do nas z Ameryki. WEuropie raczej tego nie ma. Obecnie i w Polsce powoli się od tego odchodzi. J.W. Construction ma w ogóle w ofercie jakieś mieszkania na nieogrodzonym osiedlu?

– Tak. I to wnaszym sztandarowym projekcie Bliska Wola w Warszawie. To ekskluzywne osiedle, które nie jest zamknięte. Wlatach 90., kiedy zaczynaliśmy działalność deweloperską, poziom bez pie czeń stwa w Pol sce był znacznie niższy niż obecnie. Było więcej kradzieży, rozbojów. Ludzie chcieli się czuć bezpiecznie w swojej małej enklawie. Mamy to już za sobą. Dzisiaj, jeśli porównamy wskaźniki przestępczości, Warszawa nie różni się od innych europejskich miast. Dlatego grodzenia będzie coraz mniej. Gdyby pan miał wybierać, to osiedle otwar te czy zamknięte?

– Zwróciłbym przede wszystkim uwagę na to, jak mieszkanie jest zabezpieczone. Bez grodzenia można zrobić skuteczne utrudnienia, np. odpowiedni monitoring czy kody na klatkę schodową. Z danych GUS wynika, że deweloperzy oddają do użytkowania coraz mniejsze mieszkania. Statystyczny mieszkaniec dużego miasta, szukając lokum, celuje w 40-50 m kw. Jest szansa, że trend się odwróci?

– Według mnie powinien. Wielkość budowanych mieszkań zależy od zasobności portfela potencjalnych kupców. Nie chodzi o to, że klientom podobają się mniejsze metraże. Młode małżeństwo szukające dwupokojowego mieszkania będzie bardziej zwracać uwagę na jego cenę, a nie to, czy jeden pokój będzie miał np. tylko 9 m kw. Od ceny będzie zależało, czy bank udzieli kredytu. 95 proc. naszych klientów kupuje nieruchomość na kredyt. Mimo negatywnej tendencji wychwyconej przez GUS mamy też inwestycję wdobrej dzielnicy Katowic, wktórej wzięciem cieszą się duże metraże.

Dopłaty do kredytów w programie „Mieszkanie dla młodych” pomagają w sprzedaży?

– Wniewielkim stopniu. Mamy trochę mieszkań na obrzeżach miast, które do tego programu się kwalifikują. MdM odpowiada za 20 proc. naszej sprzedaży. Nasze sztandarowe osiedle Bliska Wola w Warszawie do programu właściwie się nie kwa li f i ku je, bo ceny bez upustów przekraczają 7 tys. zł za m kw. Pojedyncze oferty mieszkań położonych bliżej centrum miasta można znaleźć wnaszych projektach wŁodzi, Poznaniu czy Katowicach. A czy pana zdaniem „Mieszkanie dla młodych” pomaga ludziom?

– MdM niektórym pomaga na pewno. Uważam, że w Polsce – kraju, który ma problem z emigracją młodych, jakiś rodzaj dofinansowania jest potrzebny. Ludzie wyjeżdżają m.in. dlatego, że nie mają możliwości założenia rodziny. Do tego potrzebny jest dach nad głową. Jeśli ktoś neguje choćby minimalną pomoc dla młodych, a taka jest właśnie pomoc w programie MdM, jest nieodpowiedzialny. Wystarczy spoj rzeć na USA, Niem cy, Francję czy Szwecję. Wszystkie te kraje mają ułatwienia dla ludzi, którzy wchodzą wdorosłe życie. Z Polski wyjechało 2 mln ludzi. Trzeba zachęcać młodych, by zakładali rodziny w naszym kraju. Wyjeżdżają inteligentne i najbardziej przedsiębiorcze osoby. Takie, który są potrzebne tu, wPolsce. Narodowy Bank Polski zasugerował, że program „Mieszkanie dla młodych” służy deweloperom, bo nie obejmuje nieruchomości na rynku wtórnym.

Bez nowych inwestycji mieszkania nie będą bardziej dostępne. Pomysłodawcom MdM chodziło o to, by na rynku było więcej mieszkań, bo przez to sta ją się tań sze i ła twiej osią gal ne. Znam rynek amerykański – prowadziłem tam biznes przez prawie 15 lat. WUSA zawsze były podobne programy, ale nigdy nie było dopłat do zakupu mieszkań z rynku wtórnego. Nie chciałbym rozstrzygać o wszystkich za i przeciw, ale w innych krajach przy te go ty pu pro gra mach ni gdy nie uwzględniano mieszkań używanych. Program MdM zachęca deweloperów do budowy tanich osiedli na obrzeżach miast. Od lat powstają enklawy pozbawione usług i transportu publicznego. Mieszkańcy muszą dojeżdżać zakorkowanymi drogami do pracy, szkoły czy lekarza. A samorządy wydają miliardy na wykup gruntów pod drogi i utrzymanie wodociągów.

Agdzie można budować tanie osiedla? Na pewno nie w centrum miasta. Jeśli cena dla klienta ma być niska, deweloper musi tanio kupić duży teren blisko niezbędnej infrastruktury. Im bliżej centrum, tym cena za metr kwadratowy mieszkania jest wyższa. Zbyt wysoka dla Polaków zakładających rodziny. A chaos w planowaniu? Nie ma sposobu na to, by budować osiedla w bardziej skoordynowany sposób?

– Deweloperzy budują tam, gdzie pozwala im na to miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który uchwala rada gminy. Jeśli go nie ma, patrzymy na studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. Jeśli są przeciwwskazania, nie budujemy.

Zaczynałem prowadzić biznes jeszcze w PRL, w latach 70. Oczywiście na tyle, na ile umożliwiały to tamte czasy. Wtedy planowano, że np. Warszawa będzie się rozwijać w danym kierunku. I rozdawano mieszkania. Dzi- siaj jest wolny rynek, a nie gospodarka planowana. Albo to akceptujemy, albo nie. A gdy w pobliżu osiedla nie ma szkoły albo przedszkola?

– Ostatnio budowaliśmy osiedle w warszawskiej Białołęce. Jeśli chodzi o ma łe dzie ci, miesz kań cy nie ma j ą tam wię ksze go prob l e mu. Przedszkola są dzisiaj prywatne. To biznes, który nadąża za potrzebami klientów. Ze szkołami jest trochę gorzej. Ale jeśli w dzielnicy powstaje nowe osie dle, do któ re go wprowa - dza się kil ka tysię cy miesz kań ców płacących podatki, to miasto powinno szkołę wybudować. Nikt tu nikomu łaski nie robi. Deweloperzy sami nie mogliby wybudować szkoły?

– My wykładamy dodatkowe pieniądze np. na drogi dojazdowe do osiedli, które powinny być budowane przez miasto. To koszty, które są przerzucane na deweloperów. Jeśli chodzi o podłączenie sieci energetycznych czy wodnych i kanalizacyjnych, sprawa powoli się cywilizuje. Sami dogadujemy się z miejscowymi operatorami, np. RWE czy MWiK. Miasto tego też nie finansuje. Józef Wojciechowski (na zdjęciu) jest przedsiębiorcą, głównym właścicielem firmy deweloperskiej J.W. Construction Holding. Z majątkiem oszacowanym na 1 mld zł Wojciechowski zajmuje 17. miejsce w rankingu najbogatszych Polaków „Forbesa”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.