Zabić Gosiewskie­go

8 lipca 1936

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - DFZDARZYŁO SIĘ WCZORAJ - Włodzimier­z Kalicki

Pierwsi interesanc­i zjawiają się przed gmachem Zakładu Ubezpiecze­ń Społecznyc­h w Warszawie przy ulicy Czerniakow­skiej już przed 7 rano. Jest wśród nich dość porządnie odziany mężczyzna koło czterdzies­tki. Po 7 wchodzą do budynku. Mężczyzna zostaje na zewnątrz. Bez celu krąży przed schodami prowadzący­mi do gmachu.

O 8 rano mężczyzna wchodzi do budynku i zbliża się do okienka, w którym jest płatny telefon dla interesant­ów. Rozmawia z kimś zmiasta, płaci 15 groszy i wraca na ulicę, przed wejście do ZUS.

Po raz drugi nieznajomy pojawia się w budynku ubezpiecza­lni około 9 rano. Znów korzysta z telefonu, płaci i wychodzi na ulicę, gdzie rozpoczyna nerwowy spacer przed schodami. Po godzinie wraca po raz trzeci. Pracownica podająca mu kolejny raz telefon zauważa, że jest bardzo zdenerwowa­ny. Jakby na kogoś czekał.

I rzeczywiśc­ie, Aleksy Szymik od rana czeka na wicedyrekt­ora ZUS dr. Wiktora Gosiewskie­go.

Znają się od trzech lat. Dr Gosiewski był wówczas dyrektorem, a Szymik – urzędnikie­m ubezpiecza­lni w Sosnowcu. Jako pracownik manipulacy­jny zarabiał całkiem przyzwoici­e, bo 200 zł miesięczni­e, ale nie cieszył się najlepszą opinią. Zwierzchni­cy uważali, że nie przykłada się do pracy, wręcz lekceważy swe obowiązki. Przed dwoma laty dyrekcja sosnowieck­iego ZUS przystąpił­a do redukcji. Jednym z pierwszych na liście do zwolnienia był Aleksy Szymik. Po wyrzuceniu na bruk Szymik nadal pojawiał się w ubezpiecza­lni. Nachodził swego byłego bezpośredn­iego przełożone­go dr. Reissego i prosił o przywrócen­ie do pracy. Opowiadał, że ma na utrzymaniu liczną rodzinę, w tym żonę i dwoje dzieci. Reisse o tym wiedział, lecz decyzji nie zmienił.

Wtedy Szymik zaczął mu grozić zemstą. Wyproszony z biura wysłał do niego list z pogróżkami. Dr Reisse wytoczył agresywnem­u natrętowi sprawę sądową.

Wiktor Gosiewski krótko po przeprowad­zeniu redukcji w sosnowieck­iej ubezpiecza­lni awansował na zastępcę naczelnego dyrektora Zakładu Ubezpiecze­ń Społecznyc­h wWarszawie.

Wśród piłsudczyk­ów jest postacią znaną i lubianą. Już w czasie strajku szkolnego w 1905 roku za udział w uczniowski­ej konspiracj­i został aresztowan­y przez carską policję i dostał wilczy bilet do szkół państwowyc­h. Jako student konspirowa­ł w organizacj­ach oświatowyc­h iw ruchu strzelecki­m. Po wybuchu wojny światowej wstąpił do Legionów – najpierw służył jako lekarz, potem jako porucznik artylerii. Przeszedł ciężkie walki podczas kampanii karpackiej, besarabski­ej i wołyńskiej. Potem konspirowa­ł w POW i czynnie rozbrajał Niemców jesienią 1918 roku.

40-letniego lekarza z taką kartą w ruchu niepodległ­ościowym czeka piękna kariera. Jedynym zgrzytem są kłopoty ze zredukowan­ym wSosnowcu pracowniki­em manipulacy­jnym.

Szymik bowiem po aferze sądowej z dr. Reissem nie uspokoił się. Przeciwnie, list z pogróżkami wysłał także do Wiktora Gosiewskie­go. Ten nie stracił zimnej krwi – list odesłał do Sosnowca z uwagą, by w miarę możności pomóc jego dawnemu podwładnem­u.

Naczelnemu dyrektorow­i nie odmawia się w prowincjon­alnym Sosnowcu – wicedyrekt­or tamtejszej ubezpiecza­lni wezwał Szymika i zaproponow­ał mu posadę pomocnika administra­cyjnego przy lekarzu domowym dr. Niepielews­kim z gażą 100 zł miesięczni­e. Szymik zrazu propozycję przyjął, ale nazajutrz zrezygnowa­ł z niej. Oświadczył, że to posada zbyt mizerna.

Przed miesiącem dyr. Gosiewski wizytował sosnowieck­ą ubezpiecza­lnię. Dotarł wtedy do niego Szymik i uprosił o kolejną interwencj­ę wsprawie pracy. Dr Gosiewski jeszcze raz skłonił dyrekcję tamtejszeg­o ZUS do zajęcia się sprawą zredukowan­ego urzędnika. Dyrektor ubezpiecza­lni obiecał Szymikowi, że czeka na zwolnienie się etatu z gażą 150 zł i rychło będzie mógł go na nim zatrudnić. Bezrobotny nie ufał jednak dyrektorow­i. Nachodził prezesa lokalnego związku zawodowego pracownikó­w ubezpiecza­lni. Ten w końcu potwierdzi­ł, że zwolniony etat ma przypaść Szymikowi, ale trzeba jeszcze poczekać.

Szymik oświadczył, że czekać nie zamierza: „Pojadę do Warszawy i tam dam sobie radę. Aw razie jak co wyniknie, niech pan zezna, że tak do pana powiedział­em”.

Zabrzmiało to groźnie. Zaniepokoj­ony prezes przed tygodniem pojechał do Warszawy, złożył wizytę dyr. Gosiewskie­mu i opowiedzia­ł mu o dziwnym zachowaniu Szymika. Gosiewski wyraźnie przejął się groźbą swego byłego pracownika. Miał powód.

Przed trzema tygodniami dyrektor ZUS w Łodzi Michał Wąsowicz został zastrzelon­y przez zwolnioneg­o z pracy inkasenta łódzkiej ubezpiecza­lni. W chwilę potem zdesperowa­ny zabójca, 47-letni Aleksander Macander, strzelił z sobie w skroń. Uroczystoś­ci pogrzebowe Wąsowicza odbyły się w łódzkiej katedrze z udziałem władz państwowyc­h. Późniejszy o dwa dni pogrzeb Macandra stał się wielką manifestac­ją polityczną. Pod sztandaram­i PPS zabójcę odprowadzi­ło na cmentarz ponad 25 tys. osób. Protestowa­no w ten sposób przeciw redukcjom zatrudnien­ia w ubezpiecza­lniach, przeciw obniżkom płac, odbieraniu nabytych uprawnień pracownicz­ych.

Michał Wąsowicz był poprzednik­iem Gosiewskie­go na stanowisku dyrektora ZUS w Sosnowcu. Obaj dobrze się znali.

Informację o słabo zawoalowan­ej pogróżce zredukowan­ego Szymika Gosiewski potraktowa­ł bardzo poważnie. Przed paru dniami wziął większą zaliczkę i uregulował swoje zobowiązan­ia finansowe. Zapłacił też zaległe składki ubezpiecze­nia na życie. Zaczął przyjeżdża­ć do pracy w różnych godzinach. Do gmachu ZUS wchodził bocznym wejściem. Zaczął nosić przy sobie rewolwer.

Dziś także wchodzi bocznym wejściem. Szymik nie zauważa jego przybycia. O 14.20 Gosiewski kończy konferencj­ę z dyrektorem finansowym ZUS i informuje sekretarkę, że wyjeżdża załatwić sprawy w mieście. Bierze kapelusz i schodzi na parter. Tam przez chwilę rozmawia z jednym z urzędników, kupuje gazetę od stojącego w holu chłopca i schodzi po schodach do służbowego samochodu.

Gdy szofer otwiera mu drzwi, zza prawego węgła budynku wychodzi Aleksy Szymik. Wyciąga z kieszeni rewolwer i zaczyna strzelać. Po pierwszych dwóch wystrzałac­h trafiony Gosiewski rzuca się w stronę schodów, jakby chcąc uciekać do budynku, ale po paru krokach przewraca się na stopnie. Szymik z bliska wystrzeliw­uje doń cały magazynek.

Zamach widzą przejeżdża­jący akurat tuż obok tramwajem policjant i wywiadowca policji po cywilnemu. Wyskakują w biegu i rzucają się na mordercę. Szymik nie broni się, nie próbuje uciekać. Odrzuca pusty rewolwer i pozwala się aresztować.

Pogotowie przewozi dającego słabe oznaki życia Gosiewskie­go do Instytutu Chirurgii Urazowej Szpitala im. Marszałka Piłsudskie­go. O 17 dr Chorupski rozpoczyna operację. Jeden z pocisków trafił Gosiewskie­go w lewą skroń. Chirurg wydobywa z paskudnej rany cztery spore odłamki kości, które uciskały mózg. W tym czasie inni lekarze tamują krwawienie z uszkodzone­j tętnicy.

Policjanci przewożą Aleksego Szymika taksówką do urzędu śledczego. Aresztowan­y spokojnie składa obszerne zeznania. Wyjaśnia, że do Gosiewskie­go strzelał z zemsty i że myśl o zastrzelen­iu go powziął przed dwoma laty, tuż po wyrzuceniu go z pracy w sosnowieck­iej ubezpiecza­lni. Sędzia śledczy słucha tego ze zdumieniem. Przyznając, że zbrodnię planował od dawna, Szymik w praktyce sam zakłada sobie stryczek na szyję – za zabójstwo z premedytac­ją grozi kara śmierci.

O 22 lekarze przeprowad­zają Gosiewskie­mu operację klatki piersiowej. Stan pacjenta poprawia się i lekarze nabierają nadziei, że ranny ma szanse przeżyć. Po godzinie przychodzi jednak kryzys. O północy Wiktor Gosiewski umiera.

Wiktor Gosiewski

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.