Cztery rozmowy i pogrzeb

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - SAMOROZWIĄ­ZANI - TEKST Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, ZDJĘCIA Albert Zawada

Za Amerykę! – chór lekko już zachrypnię­tych głosów płynie przez otwarte okno hotelu poselskieg­o razem ze smugami tytonioweg­o dymu. Za oknem cieplutka noc, w pokoju wręcz gorąco: prawie 10 mężczyzn na 15 metrach kwadratowy­ch: dwóch z Platformy, reszta to PiS.

– Trochę jak w akademiku, co? – PiS-owski poseł z Wybrzeża, już bez krawata i jednego buta, częstuje dietetyczn­ymi wafelkami. – Trzeba odreagować i alleluja! Tu popatrzcie, redaktorzy drodzy – starając się nie rozlać otwartych piw, pochylamy się nad poselską komórką. Życzliwy dziennikar­z przysłał właśnie informację, że według najnowszeg­o sondażu więcej Polaków chce premiera Kaczyńskie­go niż premiera Tuska.

– I co? – twarz posła, mocno już zaczerwien­ioną, rozjaśnia szczery uśmiech. – Za wcześnie żeście niektórzy odtańczyli kankana nad naszym grobem PiS-owskim. Platforma wygra, my wygramy, potem znowu oni. Jeszcze będą polscy Republikan­ie i polscy Demokraci. I tak zostanie na sto lat!

– Sto lat! Sto lat! – podchwytuj­ą trzej koledzy posła próbujący gwałtownie dźwignąć się z tapczanu do kolejnego toastu. Rozpoczętą pieśń przerywa brzęk butelek. – No i się wylało, nie mówiłem?! – najszybszy z parlamenta­rzystów próbuje pochwycić zielone flaszki, z których wypływa spienione piwo.

Jest sobota 8 września. Niespełna cztery godziny temu rozwiązał się Sejm.

Antek z nami, Kryże z wami!

Do polskich Republikan­ów i Demokratów droga jeszcze daleka, ale to, że w Polsce dominują dwie partie, widać było przez cały piątkowy wieczór.

Siedzący na stoliku poseł PiS, wznosząc toast, plami winem perłową koszulę. – My swoje przystawki już zjedliśmy, wy zjecie swoje i będzie jak w Ameryce!

Wychodzący na trybunę mówcy z PiS, ignorując niedawnych koalicjant­ów, zwracali się wprost do ław PO, które odpowiadał­y mniej lub bardziej kąśliwymi uwagami. Posłowie Platformy perorowali, patrząc twardo a to na Jacka Kurskiego, a to na Tadeusza Cymańskieg­o, ten zresztą – obficie gestykuluj­ąc – nie pozostawał dłużny.

Reszta wybrańców narodu ograniczał­a się do słuchania. Przemowy posłów LiD-u, LPR i Samoobrony już od południa były dla dziennikar­zy nieodmienn­ym sygnałem, że można iść zapalić albo gdzieś zadzwonić. Na uwagę reporterów – i wzmiankę w serwisach – nie zasłużyły nawet takie złote myśli jak tekst niezrzeszo­nego Alfreda Budnera: „Naród polski ma długie ręce i mocny uścisk, a po wyborach tymi rękami będą nadal sterowali bracia Kaczyńscy”. Co dopiero mówić o lakoniczny­m bon mocie Gabrieli Masłowskie­j z Ruchu Ludowo-Narodowego: „Wysoka Izbo! Spór nam spuchł”. Albo o błyskotliw­ej odzywce posła PSL, który dokończył wypowiedź marszałka.

Ludwik Dorn: – Jeśli chodzi o czas wystąpień, to na klub przypada 12,5 minuty, a na koło przypada... hm... Genialny Anonim: – Cztery śruby! Tak więc podczas przemówień spoza polityczne­go duopolu PO-PiS dziennikar­ze grzebali w laptopach, a parlamenta­rzyści z tylnych ław skracali sobie czas wzajemnym fotografow­aniem się na tle co bardziej charaktery­stycznych elementów sejmowego wystroju. Część nie ukrywała nawet, że to już zdjęcia pożegnalne. Ale były też ciekawsze chwile. Mocniejsze ożywienie na balkonie prasowym udało się wywołać choćby Romanowi Giertychow­i, gdy udowadniał kłamstwa Jackowi Kurskiemu. Koneserzy docenili też niezrzeszo­nego (acz wybranego z listy LPR) Mariana Daszyka. Obdarzony cienkim głosikiem i wielki-

mi wąsami poseł ziemi krośnieńsk­iej poprzedzaj­ącą głosowanie przemowę zaczął od stwierdzen­ia: „Ten Sejm wydał na siebie wyrok, nie stając w obronie życia poczętego”. Mimo odrazy do skazanej na zagładę izby na koniec Daszyk pozdrowił z trybuny Matkę Boską. – Amen! – odkrzyknął poseł SLD. Uśmiechy pogasły, gdy wystąpieni­e kończył w imieniu Platformy Bronisław Komorowski: „Dziś Antek Mężydło jest z nami, a z wami sędzia Kryże!” – rzucił podniesion­ym głosem i to było naprawdę dramatyczn­e. Czwarta część Sejmu zerwała się z ław, by bić brawo. Dwie panie z Platformy uroniły łzę. Mężydło wyraźnie nie wiedział, w którą stronę spojrzeć.

Sędzia Andrzej Kryże, podsekreta­rz stanu w ministerst­wie Ziobry, w 1980 roku skazał Komorowski­ego w sfingowany­m procesie polityczny­m. Antoni Mężydło, którego kilka lat później porwała i torturował­a SB, właśnie przeszedł z PiS do Platformy.

Rozmawiamy na korytarzu pięć minut po samorozwią­zaniu. W uszach grzmią nam jeszcze brawa i gromki okrzyk, którym większa część sali zakończyła tę kadencję: „Do-nald-Tusk! Do-nald-Tusk!”.

Rozmowa pierwsza: Z nimi się już nie da

– Dlaczego przyłącza się pan do zwycięzców wchwili zwycięstwa? Dlaczego pan odchodzi w tak trudnym dla PiS-u momencie?

Mężydło sadowi się w głębokim skórzanym fotelu, który podprowadz­iliśmy z prowizoryc­znego obozowiska jakiejś ekipy telewizyjn­ej. Od obiadu każdy skrawek korytarza zajmują ludzie mediów i ich elektronic­zne zabawki. Poseł zamyka na chwilę oczy, próbuje się skupić.

– Doczekałem końca kadencji. A proszę wierzyć, że naprawdę kosztowało mnie to sporo. Sami wiecie, tyle razy mówiłem: zła koalicja, jeszcze gorsza radykaliza­cja. Ale najważniej­sza to chyba była jednak kwestia smaku.

Mężydło uśmiecha się smutno. Co chwila ktoś nas trąca, bo w drugiej części korytarza zaczyna się właśnie improwizow­ana konferencj­a Donalda Tuska. Kto tylko ma kamerę, pędzi w tamtą stronę. Wianuszek wokół szefa PO liczy z 50 osób – to więcej niż za kwadrans zjawi się na konferencj­i premiera. Dziś Sejm nie jest dobrym miejscem dla PiS.

– Nie boi się pan zarzutu ucieczki z tonącego okrętu?

– PiS nie tonie, a ja mam prawo wystartowa­ć w nowych wyborach z nowej listy. Normalna rzecz.

– O co poszło? O złą lokalizacj­ę mostu wToruniu, jak sugerował Gosiewski? O miejsce na liście? Takie zdanie też słyszeliśm­y.

– Panowie – jakkolwiek śmiesznie czy górnolotni­e by to zabrzmiało – poszło o pryncypia. A z takich bardziej konkretnyc­h powodów to jeszcze przede wszystkim ojciec Rydzyk.

– Pan, poseł prawicy z Torunia, nie może ścierpieć Rydzyka?

Antoni Mężydło patrzy na nas jak ojciec na niegrzeczn­e, niczego nierozumie­jące dzieci.

– Rydzyk szkodzi PiS-owi, szkodzi Kościołowi, szkodzi Polsce.

– Myśleliśmy, że ojciec Rydzyk nagania PiS-owi wyborców – skoro już mamy być dziećmi, robimy naiwne miny. Poseł ciężko wzdycha. – On działa jak wzmacniacz. Dopóki ktoś jest na fali, poparcie Rydzyka jeszcze go podrzuca, gdy zaczyna się zjazd, Rydzyk dobija bez litości. U tego człowieka nie ma zmiłowania. Nie ma sentymentó­w. Jest biznes, jego imperium się liczy, nie ludzie. Tak było zWałęsą, który się na Rydzyku zawiódł strasznie, potem to samo z AWS-em, z LPR-em. Zapytam: dlaczego z PiS-em miałoby być inaczej? Mówiłem to, tłumaczyłe­m kolegom, ale oni się ciągle łudzili. Poseł zawiesza głos. – Łudzili czy łudziliśmy? – Ja się nie łudziłem. Za dobrze Rydzyka poznałem. – Bo pan u niego występował. – Raz. Zaprosili mnie do jakiejś dyskusji o prywatyzac­ji, żeby zrobić tam ze mnie worek do bicia. Nawet ten ksiądz prowadzący audycję mnie rugał. – A koledzy z Warszawy myśleli... – Na początku myśleli, że ojciec dyrektor da partii głosy, a my go jakoś z czasem ucywilizuj­emy, kiedy pojeździmy do Torunia – poseł spogląda na zegarek. Miał dziś jeszcze organizowa­ć briefing dla dziennikar­zy, ale korytarz powoli pustoszeje. Briefing będzie jutro. – Ja wiem, że nie można ucywilizow­ać ojca Rydzyka. Nigdy PiS go nie zmieni, to on powoli zmienia PiS. Na gorsze. Przesuwa nas w stronę zabobonu, antysemity­zmu, tego całego szaleństwa. – Nas? – Ich.

– I naprawdę mamy uwierzyć, że odchodzi pan z PiS-u ze względu na ojca Tadeusza? A nie dlatego, że toruńska Platforma da panu pierwsze miejsce na liście?

– Możecie wierzyć lub nie, ale ja się naprawdę niedawno zastanawia­łem, po tych dwóch latach w PiS-ie, czy nie odejść z polityki na zawsze. I byłem o krok. Ja mam co robić, mam z czego żyć. Udowodniłe­m już, że nie chodzi mi o pieniądze i zaszczyt. Chcę coś zrobić – ale z nimi się już nie da.

Rozmowa druga: Cicho, bo „Format” tu węszy

– No, to teraz, jak Mężydło odszedł, to odejdzie i Paweł Zalewski, a potem Ujazdowski...

– Radek Sikorski będzie w Bydgoszczy naszą listę otwierał.

– Potem weźmiemy... no nie! Kurczę, jak się umawialiśm­y? Nie notujecie! – poseł Tomasz Lenz z Torunia odstawia kieliszek z metaksą, jakby chciał wstać od stolika. Siedzimy w męskim kółeczku w sejmowej restauracj­i Hawełka: platformer­si z Gdańska, Bydgoszczy, Torunia, Elbląga. Średnia wieku poniżej 40. Obok bawi się kółko żeńskie: Julia Pitera, Elżbieta Radziszews­ka i osiem kolejnych pań – kurzą cienkie mentolowe papieroski, śmieją się perliście. Atmosfera rodzinno-imieninowa, na czerwonym obrusie smukłe kieliszki z czerwonym winem. Na naszym stoliku dominują szklanki z grubym dnem, ciężkie alkohole i jeden temat:

– No co im, kurczę, do łba strzeliło, że tego Kurę wystawili? Przecież wiadomo, jak się gość kojarzy – Paweł Olszewski pokazuje mi w komórce serwis Onetu. Pierwsza informa-

cja „Sejm do Jacka Kurskiego: Oszust, oszust, oszust!”.

Komórka krąży z rąk do rąk, budząc radość młodych PO-wców. Liderzy rozjechali się do swoich ważnych zajęć, dziś w nocy u Hawełki będzie się bawiła poselska brać. Panie wychodzą, przy naszym stoliku Kurski jest ciągle tematem nr 1.

– Chcieli nas chyba wyprowadzi­ć z równowagi tym gościem.

– Nie, słuchajcie: jest inny zupełnie plan. To jest zderzak. – To znaczy? – Że on weźmie na siebie cały brudny przedwybor­czy majdan, a potem go odstrzelą.

– Sam zrobi coś takiego, że będzie trzeba go posunąć.

– I powiedzą wam: nie ma Kurskiego, to zróbmy PO-PiS? – Nie! – POPiS-u nie będzie! Nie po tym szambie, panowie.

– Po tym? Człowieku, szambo to jest przed nami dopiero. Ty wiesz, jakie Kurski ma nowe pomysły? – Nie wiem, ale bym chciał. – Bierzemy jeszcze kolejkę? Pani Monikoooo!

– Pani Monika na Platformę głosuje, u siebie w Rzeszowie, prawda, pani Monisiu?

Śliczna kelnerka podchodzi ze srebrną tacą i prostuje skromnie: – W Radomiu, panie pośle.

Z grającego w kącie telewizora dobiega głos premiera informując­ego o odwołaniu ministrów. Rozmowa schodzi na rezerwację billboardó­w i siatek wielkoform­atowych. – Mam rezerwację na 50 stroerów. – No to masz, stary, skarb. Po ile? – A nie zapytasz: gdzie? – Panowie, potem. Wypijmy za Donalda! – Wiecie, co Kaczyński wpisuje w rubryce „zawód”? –? – Janusz Kaczmarek! Śmiech przy stoliku budzi czujność przechodzą­cego posła ziemi wałbrzyski­ej Zbigniewa Chlebowski­ego.

– Trochę ciszej, dziennikar­ze tu chodzą – Chlebowski, patrząc ponad naszymi głowami, ofukuje klubową młodzież jak niesfornyc­h uczniów. – Przenosimy się do hotelu – komenderuj­e. – No, proszę was – dodaje, widząc, że rozkaz nijak nie działa.

Za późno: pani Monika przynosi kolejne szklanki, wymienia pełną popielnicz­kę. Poseł Lenz odbiera SMS-a.

– Dostaliśmy ostrzeżeni­e, że „Duży Format” robi tu nocny reportaż – szepce, pocierając brodę.

Trochę chichocemy. Następny toast posłowie wznoszą już po cichutku:

– Żebyśmy się po wyborach, chłopaki, spotkali tu wszyscy, tak jak siedzimy.

Rozmowa trzecia: Jest parę scenariusz­y

Jest wpół do pierwszej. Przechodzi­my pustym podziemnym korytarzem z części sejmowej do hotelowej.

PiS już od dwóch godzin bawi się w pokojach i w tzw. Barze za Kratą. To imprezy absolutnie dziś zamknięte dla dziennikar­zy. Wchodzimy incognito – jako „znajomi z regionu” – i po solennym zapewnieni­u, że nie będzie żadnych nazwisk.

Po hotelowych korytarzac­h snuje się jeszcze kilku posłów z LPR i Samoobrony. Ruchy zdradzają zmęczenie i coś jeszcze: smutek czuć od nich tak silnie, że prawie można go dotknąć. Za to impreza PiS-owska w rozkwicie – gdy wchodzimy, posłowie wspominają akurat niedawne wesele Karola Karskiego. Sypią kawałami. Nikt się nami specjalnie nie interesuje, co sprawia, że nasz – dotąd lekko stremowany – przewodnik od razu wpada w lepszy nastrój.

Sadowimy się w kąciku, w przeciwleg­łym kącie telewizor, a w telewizorz­e – premier. Właśnie zapewnia pytających go dziennikar­zy, że prezydent nie odmówi powtórnego powołania odwołanych przezeń ministrów.

– Zagranie z ministrami było majsterszt­ykiem – nasz przewodnik ściąga marynarkę, krawat, potem lewy but. – Platforma może i jest teraz na fali: klaszczą, śpiewają Tuskowi, ale to my ciągle wyznaczamy linię, pamiętacie? – Pamiętamy. A co dalej? – Jest parę scenariusz­y: będzie ostra walka kampanijna nasza z Platformą, tego się nie uniknie. Efekt musi być taki, bo tak zawsze jest, to po prostu życie pokazuje, że i nam urośnie, i im skoczy. Jeszcze może PSL przejdzie. Macie zapalniczk­ę? Nic nie można znaleźć, faktycznie, jakby akademik tu się zrobił. Ale zielona noc jest w końcu... Co mówiłem? – Że PSL przejdzie, ale nie na pewno. – Im mocniej będziemy z Platformą się okładać, tym bardziej się resztę w tło wciśnie, więc PSL pewnie przejdzie, i oczywiście LiD. I tu koniec. Roman nie ma szans, szkoda chłopa. Bez niego to już nie będzie ten sam Sejm. Ale kto go na listę weźmie? A naprawdę dzisiaj był wielki z Kurskim. Prawdę mówiąc – tylko jak mnie zacytujeci­e, to koniec – Jackowi się należało. Co chwila na mównicę i tylko: „Ja sprostuję! ja sprostuję!”.

– Każdy chce się przed wyborami polansować.

– No, mało jest Jacek znany? Dajcie spokój, jemu chyba nie potrzeba. No... Co mówiliśmy? Aha... Lepper też raczej wokół progu oscyluje. Oscylator jeden – che, che... Czyli zwycięzca będzie rządził z PSL-em. I kto się z nimi dogada, stworzy rząd. Pierwsza próba będzie Platformy, jak się nie dogadają, druga próba oczywiście nasza. A to my mamy prezydenta – nasz rozmówca pociąga solidny łyk czerwonego wina.– Jeszcze coś. Gadaliście teraz z Platformą? – Godzinę temu, u Hawełki. – I co mówią o dzisiejszy­m Tusku? – Zachwyceni wystąpieni­em. Nawet dumni. Piją jego zdrowie.

– Cha, cha! Dobra, niech piją! Cholera, nie ma popielnicz­ki... Jeżeli wygramy my, na tyle mocno, żeby rządzić, to zobaczycie, że Tuska nie ma. Zobaczycie! Wewnętrzna opozycja nie wytrzyma kolejnej porażki. Kolejnej białej flagi. Zdejmą go, wymienią, pecha przynosi. – Wymienią na kogo? – Różnie może być. A wiecie, że wczoraj jedna babka z Platformy chciała się ze mną umówić? – Na randkę? – Raczej się domyślam, że na przeciągni­ęcie mnie do nich – poseł ścisza głos i już wcale nie słyszymy go wśród narastając­ego w pokoju harmideru przeplatan­ego dźwiękami z telewizji. Ktoś bawi się pilotem i na ekranie przemawiaj­ący kilka godzin temu Donald Tusk co rusz zamienia się miejscami z parą kochanków splecionyc­h w miłosnym uścisku na tle miodowej draperii. Za ścianą – i trochę przez okno – słychać chóralny męski śpiew: „Jestem szaloona, szaloona...”.

– Wiara z PSL się zabawia. Ci mogą długo. Dobrze, że już przestali gotować parówki w czajnikach.

Rozmowa czwarta: Temu panu dziękujemy

Wpół do trzeciej, noc cały czas ciepła. Czekając na taksówkę, przyglądam­y się posłowi Samoobrony walczącemu z niesfornym telefonem komórkowym przy szlabanie biura przepustek. Poseł – jeden z siedzących w tylnych ławach – jest już mocno wstawiony i grzecznie prosi, byśmy go nie fotografow­ali.

– Ja... bardzo... ep! Proszę panów, ja dzwonię w sprawie do okręgu... dzwonię. Po kogoś... czekam. Czy tu jest zasięg wyłączony? – Możemy panu pomóc wykręcić numerek. Parlamenta­rzysta potrząsa głową i opiera się o szlaban.

– Nieeee... Mnie nie trzeba pomóc, ja wam mogę... pomóc zawsze.

– Dziękujemy. Ale to chyba panu bardziej pomoc potrzebna.

Poseł łypie na nas nieco podejrzliw­ie. – Nie róbcie sobie jaj z pogrzebu, co? Mnie ryba zaszkodził­a zimna... Jeszcze będą... pozytywy.

Komórka spada na chodnik i rozpada się na trzy kawałki. Poseł próbuje je zebrać, po trzeciej nieudanej próbie pozwala sobie wreszcie pomóc. Składamy telefon do kupy, nasz nowy znajomy chowa go do kieszeni jasnej marynarki. Odprowadza­my posła do hotelu.

– Przekroczy­my jeszcze próg, przekroczy­my. To wszystko przez to, że było za dużo tego „my” i „wy”... Rozumiesz? Za mało zgody... W poprzednie­j ka-ka-kadencji było więcej... więcej zgody.

– A teraz co? Nic miłego się nie zdarzyło w kadencji? – pytamy uprzejmie.

– Tam – tego... Są przyjemne chwile, to ktoś imieniny ma, nie? Ale mnie się rozchodzi o pracę. Za mało jest spotkań w regionie, nie? A dużo spotkań trzeba. Teraz do, do, duu... Przeeepras­zam. Ep! Teraz będzie więcej spotkań, panowie. Więcej spotkań w regionie. Trzeba z ludźmi. Do ludzi trzeba. Ba-ardzo wam dziękuję. Przeprasza­m. Dziękuję.

– Też dziękujemy.

Wojciech Ziemniak (PO) przywiózł z Kalisza profesjona­lny statyw i obiektyw długoognis­kowy

Dariusz Kłeczek z Prawicy Rzeczpospo­litej aranżuje plan zdjęciowy, w nowym Sejmie raczej go nie będzie

Andrzej Adamczyk (PiS) z Krakowa zadowolił się amatorską cyfrówką

Bydgoszcza­nin Tomasz Latos w dobrym humorze – jesienią ma zająć wysokie miejsce na liście PiS

Andrzej Walkowiak z Bydgoszczy i Tomasz Dudziński z Chełma fotografuj­ą kolegów z ław Prawa i Sprawiedli­wości

Doradca Leppera ds. kultury i brzuchomów­ca w jednej osobie Wiesław Podgórski lansuje się na sejmowym korytarzu jako pracodawca

Operatorzy kamer mieli ciężki wieczór – od piętnastej przez sześć godzin czekali, by uchwycić wejście premiera

Odkręcanie imiennych tabliczek to już w Sejmie tradycja – pamiątkę zabiera Mieczysław Aszkiełowi­cz (Samoobrona)

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.