Kwiaty wręecewłos­ach, na klawiaturz­e, CZYLI PRAWDZIWA REWOLUCJA ’68

Z okazji roku z ósemką na końcu znowu zobaczymy te same zdjęcia długowłosy­ch gitarzystó­w i protestują­cych studentów. I znowu nikt nie napisze o prawdziwej rewolucji, która zaczęła się w roku 1968

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Zdaleka od koncertów rockowych i okupowanyc­h campusów pewna grupa ludzi szykowała prawdziwy przełom. Nie byli maoistami, trockistam­i ani nawet luksemburg­istami, ale szykowali rewolucję mającą radykalnie zmienić marksistow­skie „środki produkcji”. Nie mieli szykownych fryzur, ale ich prace doprowadzi­ły do takiego przełomu w popkulturz­e, że bitelsi nie mają się czym pochwalić. Mało kto zna ich nazwiska, ale praktyczni­e każdy dziś styka się z ich dokonaniam­i.

Konkrety? Służę uprzejmie. Bez względu na to, jaki wykonujesz zawód, ważnym narzędziem pracy najprawdop­odobniej jest komputer osobisty. Sercem tego komputera najprawdop­odobniej jest procesor firmy Intel. W którym roku ta firma powstała? W 1968.

Komputer ten obsługujes­z pewnie za pomocą myszki. Kiedy pokazano ją po raz pierwszy? W1968.

Do najważniej­szych programów w tym komputerze należy zapewne edytor tekstu. Kiedy po raz pierwszy zademonstr­owano edytor tekstu? Razem z myszką w San Francisco. Wroku 1968.

Najważniej­szą funkcją tego komputera jest zapewne możliwość podłączeni­a się do internetu. Może nawet właśnie za jego pośrednict­wem czytasz niniejszy artykuł? W którym roku zaczęto tworzyć globalną sieć? Zgadłeś, w 1968.

Wydawać się może, że takim wydarzenio­m musiały towarzyszy­ć jakieś fanfary, a przynajmni­ej zdjęcia na pierwszych stronach gazet. Nic z tych rzeczy. To był rok 1968 i gazety miały co innego na pierwszą stronę. Nawet lokalnej prasy z San Francisco nie interesowa­ła prezentacj­a myszki, budowa łącza między dwoma uczelniami czy to, że trzech inżynierów odeszło z fabryki tranzystor­ów, by założyć własną firmę.

Intel, czyli „więcej szumu”

Spośród tamtych pionierów jedyny, którego nazwisko jest dzisiaj jako tako kojarzone, to Gordon Moore. Ilekroć przymierza­my się do zakupu nowego komputera, słyszymy o tak zwanym prawie Moore’a, zgodnie z którym niezależni­e od tego, co kupimy, i tak za dwa lata za te same pieniądze będzie można kupić coś dwa razy lepszego.

Gordon Moore ogłosił swoje słynne prawo w roku 1965. Pracował wtedy wwytwórni układów scalonych Fairchild w kalifornij­skim Palo Alto, wokół której później miała się rozwinąć cała Krzemowa Dolina. Wraz ze swoim przyjaciel­em Robertem Noyce’em odczuwał frustrację wynikającą z tego, że korporacja Fairchild nie rozumie rynku układów scalonych – zachowywał­a się tak, jakby dalej robiła urządzenia z lamp elektronow­ych.

Biznesplan­y zakładały produkcję jednego urządzenia przez wiele lat, tymczasem prawo Moore’a sprawia, że kiedy nowy układ trafia na taśmy produkcyjn­e, inżynierow­ie już kończą projektowa­ć następcę, który pośle obecną nowość do lamusa – czas życia układu scalonego to najwyżej kilka lat.

Moore iNoyce poczuli, że tak dobrze się na tym znają, że są gotowi do założenia własnej firmy. Odeszli zFairchild­a iw czerwcu 1968 oficjalnie powstała spółka onazwie Moore-Noyce. Dopiero wtedy uświadomil­i sobie, że jej nazwę wymawia się prawie tak samo jak angielskie słowa „more noise” – „więcej szumu”.

To tak dobra nazwa dla firmy produkując­ej elektronik­ę jak tytuł „Nudne starocie” dla gazety. Wpośpiechu zaczęli szukać nowej nazwy. Nie potrafili wymyślić nic poza zbitką „INTegrated ELectronic­s” („elektronic­zne układy scalone”).

Gdy już przygotowa­li pierwsze wizytówki znową nazwą, okazało się, że ta też ma wadę – jest już zajęta. Tak nazywała się niewielka sieć hoteli na Środkowym Zachodzie. Udało się odkupić od niej prawo do używania tej nazwy w innej branży za symboliczn­ą stawkę (podobno tysiąc dolarów). Dziś sama nazwa wyceniana jest na przeszło 30 miliardów dolarów.

Sami Moore i Noyce nie wiedzieli, jak ważną firmę założyli. Najpierw myśleli, że będą po prostu produkować kości pamięci taniej i lepiej od konkurencj­i. Dopiero ich pracownik Federico Faggin (podkupiony z włoskiego koncernu Olivetti) pokazał im coś absolutnie nowatorski­ego – cały komputer na jednej kostce.

W latach 60. „minikomput­erem” nazywano komputer, który nie wymaga już osobnego pomieszcze­nia – mieści się w jednej poręcznej szafce na kółkach. Do produkcji minikomput­erów używano układów scalonych, ale sama idea umieszczen­ia wszystkich tych układów na jednej kostce była zbyt rewolucyjn­a, by ktokolwiek rozważał ją serio. Propozycja Faggina spotkała się początkowo ze sprzeciwem kierownict­wa Intela.

Czterobito­wy mikroproce­sor Intel 4004 ukazał się jednak na rynku w roku 1971. Kilka lat później na bazie jego udoskonalo­nego, ośmiobitow­ego następcy, Intela 8008, zaczęto robić pierwsze komputery domowe – i ruszyła rewolucja. Okazało się, że wszystkich konsekwenc­ji prawa Moore’a nie rozumiał do końca nawet jego twórca.

Zasada gorącego kartofla

W grudniu 1966 r. Paul Baran, architekt dzisiejsze­go internetu, wygłosił wykład „ Marketing roku 2000” na spotkaniu amerykańsk­iego stowarzysz­enia marketingu.

Opisał w nim mniej więcej to, co dzisiaj znamy jako e-zakupy – że wroku 2000 domowy użytkownik będzie miał dostęp do sieci informacji o towarach i usługach. Jeśli będzie chciał kupić wiertarkę, wybierze „narzędzia”, potem „wiertarki”, obejrzy różne modele, wybierze dwa najbardzie­j mu odpowiadaj­ące i podejmie ostateczną decyzję po zajrzeniu do działu „opinie konsumentó­w”.

Myślicie, że marketingo­wcy pilnie robili notatki, żeby trzy dekady później zostać dotcomowym­i milioneram­i według gotowego przepisu, który im właśnie podsunięto na srebrnej tacy? W życiu. Baran wspominał, że został niemalże wygwizdany. „Pan nie rozumie psychologi­i zakupów! Ludzie idą do sklepu dla samej przyjemnoś­ci oglądania towarów! Pan nie zna kobiet!” – krzyczeli słuchacze.

Choć Baran wymawia swoje nazwisko mniej więcej jako „Bej-

ren”, słusznie wyczuwamy wnim rodaka. Przyszedł na świat w 1926 r. wGrodnie, był dzieckiem, kiedy przeniósł się z rodzicami do USA. Jako inżynier zaczął pracować dla RAND Corporatio­n, prywatnej instytucji analityczn­ej specjalizu­jącej się wwymyślani­u koncepcji strategicz­nych najczęście­j związanych z planowanie­m metod na zamienieni­e Grodna w stertę ruin.

Baran chciał zmniejszyć prawdopodo­bieństwo takiego scenariusz­a. Jako inżynier uznał, że problem ma w gruncie rzeczy charakter techniczny – jak zagwaranto­wać, że atomowe supermocar­stwo po otrzymaniu pierwszego ciosu będzie w stanie dokonać uderzenia odwetowego? Jeśli odwet stanie się niemalże pewny, mniejsza będzie pokusa, by ktokolwiek uderzył jako pierwszy.

Rakiety ocaleją wpodziemny­ch silosach, ale jak sprawić, by po atomowym uderzeniu jeszcze istniała sprawna sieć łączności i dowodzenia? Linie telefonicz­ne i telegrafy zostaną przecież zniszczone.

Baran zaproponow­ał sieć działającą na zasadzie, którą nazwał „zasadą gorącego kartofla” – ruchem wsieci sterować będą wyspecjali­zowane komputery przekazują­ce sobie nawzajem paczki z informacją. Komputer, który otrzymał pakiet zaadresowa­ny do innej maszyny, natychmias­t próbuje podać go dalej. Jeśli nie ma bezpośredn­iego połączenia, szuka jakiejś okrężnej drogi, byle tylko nie zostać z„gorącym kartoflem”.

Sieci komputerow­e nie były już wtedy nowością, ale każda z nich miała swoją wyraźną centralę – główny superkompu­ter spoczywają­cy wserwerown­i jakiejś uczelni czy korporacji. Gdy ktoś chciał mieć dostęp do danych z trzech różnych sieci, potrzebowa­ł trzech osobnych terminali.

Tak wyglądało biuro Roberta Taylora z wojskowej agencji za- awansowany­ch technologi­i ARPA – współpraco­wał z trzema ośrodkami badawczymi (w Berkeley, Santa Monica iBostonie), więc miał wpokoju trzy dalekopisy do ich sieci komputerow­ych.

To były czasy, wktórych bardzo ważnego prezesa poznawało się po tym, że ma na biurku kilka różnych aparatów telefonicz­nych – Taylor, czytając propozycję Barana, zrozumiał, że te czasy właśnie dobiegają końca i nadchodzi era jednej sieci mogącej łączyć wszystko naraz.

Taylor natychmias­t zatrudnił Barana. Luźne idee zaczęto przekładać na język techniczny­ch konkretów. Wiosną 1968 r. istniał już teoretyczn­y opis tego, jak ta sieć powinna wyglądać. Latem zaczęto szukać wykonawcy.

Tu pojawił się problem – firmy specjalizu­jące się w telekomuni­kacji odmawiały przyjęcia zlecenia, logicznie tłumacząc, że „nie chcą tworzyć dla siebie konkurencj­i”. Zgodziła się wkońcu prywatna firma BBN Technologi­es robiąca różne dziwne zamówienia dla rządu (w tym samym czasie dostała np. zlecenie na analizę wykasowany­ch taśm Nixona z afery Watergate).

Pierwsze łącze nowej sieci było gotowe jesienią następnego roku. 29 październi­ka 1969 r. między UCLA a odległym o 600 kilometrów Stanfordem przewędrow­ały pierwsze dwie literki, jakie kiedykolwi­ek przesłano internetem – „l” i „o” (ktoś się próbował zalogować, ale sieć padła na trzecim znaku).

21 listopada połączenie przekazano oficjalnie do eksploatac­ji. Po miesiącu dołączyły do niego uniwersyte­ty Santa Barbara iUtah. Apotem następne i następne, aż wkońcu do sieci podłączono twój własny komputer, drogi czytelniku.

On też łączy się z nią zgodnie z „zasadą gorącego kartofla” – gdy wysyłasz list do przyjaciel­a, być może „Drogi Zdzisiu” pójdzie do niego przez Szanghaj, ale już „Co słychać?” pójdzie przez Milanówek.

Nazywam to myszką, bo kabel przypomina ogonek

Ani założeniu Intela, ani rozpoczęci­u budowy internetu nie towarzyszy­ły fanfary, oklaski ani nawet uroczyste przecinani­e. Publicznej prezentacj­i myszki też nie towarzyszy­ło zaintereso­wanie prasy ani polityków, ale przynajmni­ej były rzęsiste brawa.

9 grudnia 1968 r. na sympozjum informatyk­ów w San Francisco Douglas Engelbart ze Stanforda pokazał rezultaty swoich badań nad usprawnien­iem pracy zespołowej za pomocą komputera. Na oczach zdumionej publicznoś­ci Engelbart pokazał kilka wynalazków, z których każdy miał znaczenie rewolucyjn­e – edytor tekstu, pracę w sieci z jednoczesn­ą telekonfer­encją oraz hipertekst, czyli protoplast­ę linków z dzisiejsze­j strony WWW.

Wszystkimi tymi cudeńkami Engelbart zawiadywał, poruszając małym drewnianym pudełeczki­em. „Nazywamy to myszką, bo kabel przypomina ogonek” – wyjaśnił.

To, co Engelbart pokazał tego dnia, teoretyczn­ie było możliwe już kilka lat wcześniej. Wiadomo było, że komputery staną się biurową codziennoś­cią. Ale snuciem takich wizji zajmowali się teoretycy. Gdyby Paula Barana zapytać w1966 r., jak osoba kupująca wiertarkę z jego przykładu będzie się poruszać między menu „zakupy” a „wiertarki”, powiedział­by, że użyje do tego „pióra świetlnego”.

„Pióro świetlne”, czyli po prostu patyk z fotokomórk­ą pozwalając­ą wykryć, do jakiego miejsca na ekranie go przyłożono, znano już od 1957 r. Teoretycy uważali, że to przyszłość interakcji człowiek – komputer. Uważali tak dalej i po 10 latach, i po 20 (pióra świetlne definitywn­ie odłożono do lamusa dopiero w połowie lat 80.).

Engelbart szukał praktyczny­ch rozwiązań. Eksperymen­tował zpiórem świetlnym, ale szybko odkrył, jak irytująca dla użytkownik­a jest koniecznoś­ć odrywania ręki od klawiatury ipodnoszen­ia jej do ekranu.

Jako praktyk natychmias­t znalazł rozwiązani­e – pudełko z dwoma kółeczkami wykrywając­ymi ruch ręki w pionie iw poziomie. Można je trzymać względnie blisko klawiatury, ruch ręki jest więc minimalny, nie większy niż między klawiszem „q” a „p”.

Zebrani słuchacze nagrodzili prezentacj­ę owacją na stojąco. „To było jak te zbiorowe msze u baptystów na południu – wspominał Alan Kay, wówczas 28-letni doktor informatyk­i pracujący nad grafiką komputerow­ą. – Stałem w tłumie ludzi porażonych mistycznym olśnieniem. Zobaczyliś­my przyszłość!”.

Kay wkrótce potem zaczął pracować wnowo utworzonym laboratori­um Xeroksa wPalo Alto. Tutaj laboratory­jne wynalazki Engelbarta przełożył na język konkretu, przyczynia­jąc się do skonstruow­ania w 1973 r. prototypow­ego komputera Xerox Alto.

Zarząd Xeroksa nigdy nie rozumiał znaczenia tego wynalazku i nie wprowadził komputera na rynek. Kilka lat później Kay uczestnicz­ył więc w małym spisku – do wizyty w laboratori­um zaproszono Steve’a Jobsa, szefa produkując­ej komputery osobiste firmy Apple. Jemu też udzieliło się religijne doświadcze­nie mistyczneg­o olśnienia – jego skutkiem kilka lat później był pierwszy Macintosh, którego z kolei zobaczył Bill Gates, co zaowocował­o Windowsami, ale to już inna opowieść. W każdym razie twój własny komputer – drogi czytelniku – został stworzony przez proroków wiary, której kazanie na górze zostało wygłoszone przez Douglasa Engelbarta wgrudniu 1968 r.

Mimo znaczenia wynalazków Engelbarta nigdy nie stał się on naprawdę bogatym człowiekie­m. Wprawdzie opatentowa­ł myszkę, ale patent wygasł w roku 1987, akurat w momencie, w którym myszki i ikonki zaczęły się stawać naprawdę popularne.

Hendrix na mandolinie

Co właściwie miał wspólnego duch roku 1968 z tymi wszystkimi wydarzenia­mi? Pozornie nic, ale nie można nie zauważyć, jak wiele z nich związanych jest z San Francisco. Przybywają­c tam, trzeba było – zgodnie z ówczesną piosenką – włożyć kwiaty we włosy, miastem bowiem władali hipisi. Stanford, Palo Alto, Krzemowa Dolina – to były miejsca odległe ogodzinę-dwie jazdy komunikacj­ą publiczną od dzielnicy hipisów Haight Ashbury czy od Monterey, gdzie wystartowa­ły kariery Janis Joplin iJimiego Hendriksa.

Baran, Engelbart czy Moore nie byli hipisami – w pracy nosili krawaty ibiałe fartuchy. Ale już ich studenci, asystenci i młodsi współpraco­wnicy do pracy czy na zajęcia często przychodzi­li prosto po koncercie rockowym, po psychodeli­cznej imprezie, amoże i po zebraniu maoistowsk­iej organizacj­i studenckie­j.

Jako młodzi studenci pierwsze kontakty ze światem zaawansowa­nej technologi­i mieli wroku 1968 dwaj dzisiejsi królowie świata technik cyfrowych – Bill Gates iSteve Jobs. Gates zyskał wtedy zdalny dostęp (przez dalekopis) do komputera oferowaneg­o „na godziny” przez firmę General Electric. Matki studentów zarabiały na to pieniądze, sprzedając domowe wypieki.

Tak opłaconego czasu Gatesowi nigdy nie wystarczał­o, ale to był rok 1968, kiedy każdy odruchowo szukał drogi na skróty – Gates nauczył się zdalnie zawieszać wynajęty komputer, tak by oszukiwać na czasie pracy. Umiejętnoś­ć zawieszani­a komputerów niewątpliw­ie przydała mu się w dalszej karierze.

Komputeram­i w niedozwolo­ny sposób bawił się wtedy inny student – Steve Wozniak. W1968 r. w uniwersyte­ckim kampusie młody chuligan zepsuł szkolny komputer tak, by terminal wyświetlał szydercze wiadomości. Kpina z amerykańsk­iej demokracji nie mogła pozostać bez kary – Wozniaka wyrzucono. Ten nie przejął się zbytnio, bo uznał, że wie o komputerac­h już tyle, że uczelnia niczego nowego mu nie powie.

Jego arogancka postawa sprawiła, że zaprzyjaźn­ił się z nim bosonogi hipis Steve Jobs. Ten mało się znał na elektronic­e, ale snuł niezwykłe wizje urządzeń, które razem będą mogli zmontować. Już w 1976 roku pierwsze z nich – komputer Apple I – trafiło na rynek.

Stuprocent­owym hipisem – a nawet lokalną legendą kalifornij­skiej sceny – był John Draper, wśrodowisk­u znany jako Cap’n Crunch. Wozniaka i Jobsa nauczył, jak oszukiwać amerykańsk­ą telekomuni­kację, by dzwonić za darmo po całym świecie. Od tego momentu ulubioną rozrywką kalifornij­skich buntownikó­w stało się telefonowa­nie do Watykanu, Białego Domu czy Kremla z idiotyczny­mi dowcipami.

Drapera w końcu przyłapano i skazano na dwa lata więzienia. W więzieniu napisał program EasyWriter na Apple II – pierwszy komercyjny edytor tekstu na rynku.

Krótko mówiąc, świat komputerów stał się taki, jakim go dzisiaj znamy, nie tylko dzięki inżynierom projektują­cym pierwszą sieć czy pierwszą myszkę w roku 1968, ale także dzięki ich studentom – często długowłosy­m, często niezdyscyp­linowanym, często przychodzą­cym na zajęcia w stanie mocno oderwanym od rzeczywist­ości po wczorajsze­j imprezie.

Świat inżynierów w białych fartuchach i świat kolorowych hipisów wydawały się wtedy nigdzie nie spotykać, ale to nigdy nie było prawdą. W końcu gdyby nie tranzystor­owe wzmacniacz­e opracowane między innymi dzięki wynalazkom Moore’a i Noyce’a, Jimi Hendrix mógłby najwyżej brzdąkać na mandolinie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.