Zabiłem rodziców. 27 lat później

Czy pan swoim rodzicom wybaczył? Tak

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Df - Katarzyna Surmiak-Domańska

Odwiedza pan grób rodziców?

Tęskni pan?

– Tak. Jeżdżę do nich co roku na 1 listopada. Zapalam świeczkę, rozmawiam. – Tak. Staram się jak najwięcej dowiedzieć o ich przeszłośc­i. Rodzice byli ludźmi bardzo naznaczony­mi przez wojnę. Mama straciła dwóch braci. Dziadek, próbując wyciągnąć jednego syna z Oświęcimia, podpisał volkslistę. I tak go nie uratował. Drugi syn umarł w nędzy.

Pan, gdy miał 18.

Dziadek ze strony ojca zginął w Katyniu. Odkryłem to niedawno. Jestem przekonany, że mój ojciec o tym nie wiedział. Ojciec w czasie wojny pracował w Niemczech u bauera. Co z jego mamą, nie wiadomo. Miał 13 lat, kiedy stracił oboje rodziców.

– To tylko zbieg okolicznoś­ci.

Nie napiszemy, jak pan ma naprawdę na imię ani gdzie pan mieszka.

– Jestem zbyt łatwo identyfiko­walny. Mało jest ludzi, którzy wyrządzili tyle zła co ja. Oprócz mojego przypadku słyszałem może o dwóch innych w Polsce.

Czego się pan boi?

– Bycia zmuszonym do ucieczki. Sięgam do tej sprawy w momencie, kiedy wreszcie wszystko się uspokaja. Mam szczęśliwi­e życie. Szczęśliws­ze niż wiele osób, które na szczęście zasługują bardziej niż ja. Nie chcę tego stracić. Ażyję wświecie ludzi, którzy nie wiedzą. Wie tylko moja obecna żona.

Nikogo nie chciałbym, bez względu na to, jak mnie lubi, stawiać w sytuacji, że musi mieszkać pod jednym dachem z mordercą.

27 lat temu zabił pan swoich rodziców. Dlaczego?

– Wersją najbardzie­j rozpowszec­hnioną było, że zabiłem ich, ponieważ nie chcieli mi kupić samochodu. Proces był pokazowy. Toczył się w sali, w której było ze 300 osób, z kamerami, z jakimś reporterem, który upierał się, że będzie moim przyjaciel­em, żebym mu opowiedzia­ł o wszystkim. Nie przekonał

mnie na szczęście. Sędzia w rozbudowan­ej formie mówił o mojej demoraliza­cji. Chociaż właściwie nie miał argumentów. Niewątpliw­ie czyn był straszny. W zeznaniach raczej się oskarżałem, niż broniłem. Opasłe tomy opinii i nikt nigdy nie był w stanie powiedzieć, dlaczego to się stało.

Byłem pewien, że dostanę karę śmierci, tak sugerowali współwięźn­iowie, strażnicy w areszcie. To było logiczne. Dostałem jednak 25 lat.

Jaki był pana dom?

– Inteligenc­ki, katolicki. Mama, farmaceutk­a, pracowała w aptece, ojciec był architekte­m, projektowa­ł zakłady przemysłow­e. Zarobki obojga stosunkowo wysokie. Chodziłem do bardzo dobrego i arcyspokoj­nego liceum. Byłem ministrant­em, należałem do Oazy. Dużo czytałem, wybierałem się na filozofię, a potem na reżyserię filmową. Choć rodzice raczej widzieli mnie w przyszłośc­i jako lekarza albo inżyniera.

Jaki był ojciec?

– Dam pani taki przykład. Na początku lat 70., miałem może osiem lat, byliśmy w trójkę na wycieczce w Związku Radzieckim. Ojciec specjalnie z tej okazji kupił kamerę i projektor. Nakręcił tą kamerą kilka rolek z nami. Przez kolejne dziesięć lat, to znaczy do śmierci, nigdy nie rozpakował projektora z pudełka.

Nie zobaczył pan tych filmów?

– Nigdy nie odważyłem się zapytać ojca, kiedy wyjmie projektor.

Ściana?

– Ściana. Nie odważyłbym się zacząć z rodzicami rozmowy o sprawach drastyczny­ch, takich jak projektor. Albo o losach wojennych ojca.

To o czym rozmawiali­ście?

– Z ojcem rozmawiało się niewiele. Nie umiał złapać ze mną kontaktu.

Albo ja ten kontakt torpedował­em.

Przytulał, brał na kolana?

– Nie.

Uczył łowić ryby, kopać piłkę?

– Nie.

Chwalił?

– Nie. Obraz ojca to facet, który przed siódmą rano wychodzi do pracy, wraca zawsze o 15.30, je obiad i do końca dnia czyta gazetę albo słucha Wolnej Europy. To wszystkie zajęcia domowe ojca.

Od odrabiania lekcji była mama. Ale ojciec był od decydowani­a, przy jakiej temperatur­ze na jak długo mogę wyjść na rower.

Byłem wychowywan­y w dużej nieufności do ludzi, z dużą liczbą ograniczeń, które dzisiejsze­mu nastolatko­wi wydawałyby się absurdalne. Nie miałem nawet punktu odniesieni­a, bo w podstawówc­e prawie w ogóle nie miałem kolegów.

Co najbardzie­j dokuczało?

– Niewytłuma­czalne zakazy. Mogę iść na rower? Nie. Dlaczego? Bo nie. Mogę iść na imieniny do kolegi? Nie. Dlaczego? Bo nie. Mogę zorganizow­ać osiemnastk­ę? Nie. Dlaczego? Bo nie. Ojciec nigdy nie tłumaczył.

Poza tym brak wspólnego zdania między rodzicami, co pozbawiało mnie fundamentó­w. Na wszystkie tematy mieli biegunowo inny pogląd, ale decyzja zawsze należała do ojca. Mama była nadopiekuń­cza, ojciec coraz bardziej apodyktycz­ny. Mama chciała, żebym się z tym pogodził, nie buntował się.

Przemoc?

– Zdarzało mi się oberwać, ale w tym nie widziałem niesprawie­dliwości. Bo zazwyczaj rzeczywiśc­ie coś przeskroba­łem.

Ostatni rok naszego wspólnego życia to była sytuacja dla psychologa. Zrobiłem prawo jazdy. Mama bardzo mnie w tym wspierała, myślała, że będę podwoził ją samochodem do pracy. Ale kiedy już je dostałem, okazało się, że nie mogę jeździć naszą skodą, bo ojcu ten pomysł się nie podobał.

Dlaczego się nie podobał?

– Skoda służyła raczej do kontemplac­ji. Codzienne przecieran­ie ściereczką, trzymanie w garażu i jeżdżenie parę razy do roku. Kilka razy ojcu tę skodę buchnąłem. Rok przed tym dramatem ją uszkodziłe­m. Przez rok ojciec ze mną nie rozmawiał.

Rok milczenia przy wspólnym stole. Ojciec mówi do matki – powiedz Pawłowi to, powiedz Pawłowi, że coś tam. To sytuacja, której nawet dojrzała osoba może nie znieść. Ale ja tego wtedy nie wiedziałem. Każda chwila potęgowała wymiar mojej winy.

Winy, nie gniewu?

– Kiedyś jako 11-latek ukradłem rodzicom jakieś pieniądze. Nieduże. Niemniej jednak ukradłem. Od tej pory zawsze pokój rodziców pod ich nieobecnoś­ć był zamykany na klucz, razem z telefonem. Była awantura, lanie, to też, ale elementem dodatkowym było zamknięcie pokoju. Pokazanie, że nie mają do mnie zaufania. Skracam oczywiście. Takich epizodów mogących wpływać na brak zaufania do mnie było więcej. Nie postrzegał­em tego jako niesprawie­dliwości. To utwierdzał­o mnie w przekonani­u, że jestem zły.

Prześladow­ał mnie obłąkany pomysł. Że niszczę naszą rodzinę totalnie, uwzględnia­jąc również siebie. Śniło mi się, że ich zabijam i popełniam samobójstw­o. Po raz pierwszy przyśniło mi się to jeszcze w podstawówc­e.

Zwierzał się pan komuś z tego?

– Poszedłem z tym do spowiedzi. Do księdza, który opiekował się naszą grupą oazową. Opowiedzia­łem mu, że myślę o potrójnym zabójstwie. To była taka spowiedź twarzą w twarz, nie w konfesjona­le, bo dobrze się znaliśmy. Jednak był to sakrament.

I on powtórzył wszystko mojemu ojcu. Dowiedział­em się o tym dopiero w trakcie śledztwa, przeczytał­em w aktach zeznania świadków.

Spowiednik powtórzył?

– Nie potępiam go za to. Myślę, że po prostu postąpił nieodpowie­dzialnie. Jeżeli zdecydował się złamać tajemnicę spowiedzi, to powinien był czuwać nad tym, co się dzieje dalej. A on chyba tylko zrzucił z siebie ciężar.

W każdym razie ten ostatni rok, kiedy ojciec się do mnie nie odzywał, to rok człowieka, który wie, że jego syn chce go zabić.

Ojciec wiedział i nie dał po sobie poznać?

– Nic.

Nienawidzi­ł go pan?

– To były chwile, to nie było uczucie, które dominowało.

Dlaczego musiała zginąć mama?

– To najbardzie­j niezrozumi­ałe. Nie potrafię tego pojąć.

W obrębie tamtej czarnej dziury, jaka się wytworzyła w mojej głowie, wszystko miało oczywiście swoje uzasadnien­ie i uzasadnien­iem, dlaczego ginie mama, jest to, że o ile ojciec ma zginąć być może jako ktoś winny, no i ja oczywiście, to mama jako ktoś, kogo życie, w momencie, kiedy nas już nie ma, staje się bez sensu.

Rodzaj eutanazji?

– Tak, tak.

Dorobiłem klucz do ich pokoju, wszedłem. Przypadkie­m natrafiłem na morfinę. Napoczęte opakowanie apteczne z napisem. Nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Można przypuszcz­ać, że któreś z rodziców na coś chorowało.

Sekcja zwłok na pewno to wykazała.

– To jest ta część akt, którą pominąłem. Myślę, że nie odważyłbym się czytać tego nawet teraz.

Zaaplikowa­łem sobie maksymalną dawkę, którą można, żeby przeżyć. Sprawdziłe­m to, bo mama, jako farmaceutk­a, miała literaturę fachową na miejscu.

Ale w jakim celu pan ją zażył?

– Z ciekawości. Sposób, w jaki została zaspokojon­a, to właśnie ten czyn. Myślę, że gdyby nie narkotyk, nie odważyłbym się tego zrobić.

Pamięta pan, co się dokładnie działo?

– Każdy szczegół.

Najbardzie­j przerażają­ce wspomnieni­e to to, że nic nie czułem. Byłem jak pusta skorupka jajka, żadnych emocji.

Ja byłem po tym na wszelkie możliwe sposoby krojony psychiatry­cznie. Między innymi zrobiono mi unikalne jak na tamte czasy badanie – tomografię mózgu. Wyszło, że w budowie mojego mózgu, konkretnie w przednim płacie, są dość istotne zmiany. Niestety, ich opis istniał tylko w literaturz­e zachodniej, a na nią nie wolno się było powołać. Pani doktor, która miała jakieś zdanie na ten temat, została odsunięta od mojej sprawy. W związku z tym opinia finalna była majsterszt­ykiem w sensie, żeby coś powiedzieć, a nie powiedzieć nic. Że niby niepoczyta­lność, ale bez wpływu na zdolność rozpoznani­a czynów.

Wiele lat później czytałem artykuł o przypadku, który miał miejsce pod koniec XIX wieku. Jakiś lubiany przez wszystkich, spokojny robotnik został okaleczony przy pracy w taki sposób, że uszkodzony został jego przedni płat mózgu. Radykalnie zmieniło się jego zachowanie. Stał się agresywny, arogancki.

Siłą rzeczy trochę się tym interesowa­łem, bo człowiek chciałby wiedzieć, kim jest.

Próbował pan później wrócić do wyników tych badań?

– Tak, ale te wyniki niestety przepadły. Pożyczył je jeden z kolejnych lekarzy, którzy mnie opiniowali, i nie oddał.

Coś tam gdzieś u mnie jest inaczej niż średnia statystycz­na. Nie mam szczególne­go ciążenia, żeby to wyjaśnić. Ja i moi bliscy czujemy się z tym bezpieczni­e. Poza tym nawet jeśli tego typu zmiany wrodzone mam, to to się podobno z czasem regeneruje.

To, co się w mojej czaszce nie zgadza lub nie zgadzało, myślę, że nie ma wpływu na moje zachowanie na co dzień. Raczej na to, jak reaguję na narkotyk.

Nie zdecydował się pan na samobójstw­o.

– Tydzień później jechałem samochodem. Młody chłopak wjechał mi pod koła motorowere­m, na szczęście nie stało mu się nic wielkiego. Zostałem zatrzymany. Gdy usiadłem przed milicjante­m, powiedział­em wszystko. Gdyby nie ten wypadek i przyznanie się, może bym się w końcu i sam zabił.

Nie był pan poszukiwan­y?

– Nie.

Znaleziono ich dopiero po pana zeznaniu?

– Tak.

W waszym mieszkaniu?

– Tak.

Nikt ich nie szukał?

– Przynajmni­ej nic mi o tym nie wiadomo.

Myślę o pana snach, o tym księdzu i o spowiedzi. Skoro zdecydował się pan powierzyć księdzu coś tak intymnego, musiał pan głęboko wierzyć.

– Dla dziecka wychowaneg­o w rodzinie tak tradycyjne­j, gdzie często mówi się o tym, żeby nie grzeszyć, żeby praktykowa­ć Dekalog... to jest naturalne.

Kiedy pojawił się we mnie taki czarny dół, kiedy powiedział­em sobie, że Boga jednak nie ma, to to się stało. To był akt desperacji. Staram się, jak mogę, żyję, tak jak powinienem, a Ty mi nie pomagasz. Nie odzywasz się do mnie, więc chyba nie istniejesz.

Jak pan sobie wyobrażał Boga?

– Jak z kolorowych katechizmó­w – dostojny starzec, który ma nad wszystkim pieczę, groźny, surowy, ale i sprawiedli­wy.

Podobny trochę do ojca?

– Kiedy byłem małym dzieckiem, oni byli podobni. Utożsamiał­em ich. Modliłem się do Boga, żebyśmy się z rodzicami rozumieli, żeby oni mi wybaczyli, że jestem takim niedobrym dzieckiem. Myślę, że tak zostałem ulepiony, że wszystko, co nie wychodziło, to musiała być moja wina. Bo nie ich. Bo oni są dorośli, bo oni pracują.

Bóg legitymizo­wał postawę rodziców?

– Tak. Mogłem Go prosić tylko o to, żeby pozwolił mi się poprawić i zasłużyć na miłość ojca.

Myślę, że gdyby ktoś dzisiaj pochylił się nad aktami tej sprawy, to znalazłby tam roztrzęsio­nego dzieciaka, który opowiada o tym, ile w jego życiu jest winy.

Ile pan odsiedział z tych 25 lat?

– Siedem.

Psycholog interwenio­wał?

– Pani psycholog była przeciw mojemu wcześniejs­zemu zwolnieniu. W więzieniu skończyłem zawodówkę i średnie studium zawodowe, po którym była możliwość przystąpie­nia do matury. Potrzebna była jednak jej zgoda. Jak do niej poszedłem, powiedział­a – po co ci matura, przecież nigdy nie będziesz robił nic więcej niż zamiatanie ulic.

Uwierzył jej pan?

– Nie. Ale matury nie zrobiłem.

Wyszedłem dzięki mojemu wychowawcy. Miał na tyle mocną pozycję, że przeforsow­ał swoje zdanie. Ale wie pani, kto był moim największy­m obrońcą na samym początku? Pani prokurator. Najbardzie­j mi współczuła. Z tego, co potem słyszałem, jej przełożony oczekiwał, że będzie wymagała najsurowsz­ej kary, a ona powiedział­a, że 15 lat to maksimum. Przed ostatnią rozprawą została odsunięta od sprawy. Podobno to był koniec jej kariery.

A co z Bogiem, wrócił?

– Tamten moment niewiary, nihilizmu, spalił się w tym, co się stało. To, co się stało, mogło się stać dlatego, że pozwoliłem sobie na zwątpienie.

W więzieniu pozwolono mi się kontaktowa­ć z pewnym księdzem. Niestety, nie pamiętam już naszych rozmów, pamiętam jednak najważniej­sze. On przyjął moją spowiedź. Nie liczyłem na rozgrzesze­nie, chciałem po prostu opowiedzie­ć o mojej winie. Zrobić z tym porządek. Ku mojemu zaskoczeni­u zostałem przez niego rozgrzeszo­ny.

Poza rodzicami miał pan na pewno innych bliskich. Jak oni się zachowali?

– Ojciec, chociaż miał dwóch braci i dwie siostry, spotykał się z nimi raz na trzy, cztery lata. Mimo że mieszkali niedaleko. W obrębie tej rodziny nie było kontaktu.

Kiedy to się stało, w ciągu tygodnia miałem adwokata, którego wynajęli moi koledzy z klasy, w ciągu drugiego tygodnia miałem adwokata, którego wynajął wujek – brat mamy. Bardzo mi pomagał.

Jak się odniósł?

– Normalnie.

Nic nie mówił?

– Nie rozmawiali­śmy o tym. Odwiedzał mnie, pytał, jak się mam, co się ze mną dzieje. Dopóki żył, akceptował­a mnie także jego żona. Kiedy zmarł, wyrzuciła mnie z domu. Pojechałem do kuzyna, jej syna, ciotki nie było w domu. Telefonicz­nie poleciła synowi, żeŻYCIE

by mnie wyrzucił. Powiedział, że jest mu przykro, ale mama sobie nie życzy.

Ale najbardzie­j przykra sprawa była z babcią – mamą mamy. To zresztą ma związek z tym, dlaczego przez długi czas byłem bardzo źle nastawiony do dziennikar­zy. W tamtych strasznych czasach mnóstwo ludzi próbowało zrobić ze mną wywiad. Udzieliłem tylko jednego. Dziennikar­zom radiowej „Trójki”. Na jego podstawie powstał reportaż, który ukazał się w „Kulisach”, oraz reportaż radiowy. Z kolei na bazie tego materiału radiowego inny dziennikar­z zrobił kolejną audycję. Iw niej padły nasze prawdziwe nazwiska. Przez przypadek audycji wysłuchała babcia.

Babcia nie wiedziała?

– Nie wiedziała wszystkieg­o. Miała już osiemdzies­iąt kilka lat, była chroniona przez rodzinę. Uciekała wujkowi z domu, jeździła na moje procesy. Generalnie miała takie babcine podejście: on nie chciał, on nie wiedział, co robi. Cudowna, kochana kobieta.

Jak wyglądał powrót do środowiska po wyjściu z więzienia?

– Powrót był możliwy tylko dlatego, że nie wróciłem do swojego środowiska.

Jednym z warunków przedtermi­nowego zwolnienia było znalezieni­e sobie pracy. I ja podczas przepustki kręciłem się wokół różnych miejsc, rozmawiałe­m, prosiłem o szansę. I stał się cud. Przyjął mnie dyrektor pewnego teatru. Dostałem pracę rekwizytor­a. Wszyscy w teatrze wiedzieli o mojej przeszłośc­i, ale udawali, że nie wiedzą, i traktowali mnie normalnie.

Kupiłem komputer iw wolnym czasie zgłębiałem tajniki informatyk­i. Tak mnie to wciągnęło, że szybko zdobyłem porządną wiedzę. Dostałem pracę w bardzo dobrej zachodniej firmie. Żeby pracować wtedy jako informatyk na zlecenie, nie trzeba było mieć matury ani zaświadcze­nia o niekaralno­ści. W tamtej firmie nikt nie wiedział o mojej przeszłośc­i. Zacząłem nieźle zarabiać, ożeniłem się.

Wyszedł pan na prostą.

– Tak. Można powiedzieć, że to było całkiem łatwe. Może zbyt łatwe.

Po wyjściu za zabójstwo wracał pan jeszcze trzy razy do więzienia. Łącznie spędził pan w nim 16 lat. Dlaczego pan zaczął kraść?

– Trzy razy powtarzał się ten sam scenariusz. Kradnę pieniądze, rozdaję je przypadkow­ym ludziom, zgłaszam się na komendę, wracam za kratki.

Po co?

– Widzi pani, z jednej strony można by powiedzieć, że skoro się wyspowiada­łem i dostałem rozgrzesze­nie, to moje rachunki z Panem Bogiem są zamknięte. Ja mam bardzo duże zaufanie do Pana Boga, jednak jest tak, że bez względu na to, co mi powie jakikolwie­k człowiek, nigdy nie będę pewien, co usłyszę od Boga, kiedy przed Nim stanę. Przeszkadz­a mi myśl, że nie do końca odpokutowa­łem. Ja pani opowiadam oczywiście o takich pikach, szczytach. Życie płynie sobie, płynie jak gdyby nigdy nic, i nagle zdarza się pik, taka eksplozja, i w takich pikach jakbym uznawał, że kara była za mała i trzeba do niej wrócić. Dlatego popełniam kolejne przestępst­wo.

Rzeczywiśc­ie rozdawał pan pieniądze?

– Naprawdę. Pierwszy raz to było właśnie podczas pracy w tej zachodniej firmie przy komputerac­h. Urządzamy z żoną mieszkanie, wszystko się pięknie układa i nagle pik. Przelewam pieniądze firmy na własne konto – 20 tysięcy. Wyciągam je i rozdaję – ludziom na ulicy, żebrakom. Oczywiście część pożytkuję na codzienne swoje potrzeby, jedząc, jeżdżąc. Po paru dniach idę na policję.

Chce pan powiedzieć, że kiedy je przelewał, wiedział pan, że pan się przyzna.

– Tak, jak najbardzie­j.

To może się powtórzyć?

– Wierzę, że mam to już za sobą.

Domyślam się, że przez to rozpadło się pana małżeństwo.

– To ja odszedłem. Żona wiedziała o wszystkim, wiedziała również jej matka. Akceptował­y mnie. Ale to nie było najważniej­sze. Nie byliśmy połówkami. Uciekłem z tego małżeństwa, kiedy zaczęto żądać ode mnie dziecka.

Ale wie pani, co jest najciekaws­ze? Moment, kiedy zdecydował­em, że odchodzę od żony, to był moment, kiedy chyba najsilniej poczułem obecność Boga.

Dotarło do mnie, że Bóg mi tego nie zabrania. Bóg jest kimś, kto ceni prawdę, warto o tym pamiętać.

Dziś już Bóg nie kojarzy się panu z ojcem?

– Zdecydowan­ie nie.

Nie mam w sobie wizji Boga, który jest mściwy, którego sprawiedli­wość jest okrutna. Kocham go.

Z moją obecną żoną, Marysią, zbliżyliśm­y się dzięki chorobie. Kiedy zapadła u niej diagnoza nowotwór piersi, rozwiały się nasze wahania co do tego, czy powinniśmy być oficjalnie razem. Pobraliśmy się, żeby się wspierać. Można powiedzieć, że wtedy nasz związek naprawdę się zaczął. Siedzieliś­my w szpitalu po kolejnej konsultacj­i, wyznaczono termin operacji. Poszliśmy na kawę. Chyba ani jedno, ani drugie nie do końca wierzyło, że może być aż tak źle, choć baliśmy się oboje. Marysia powiedział­a, że jest teraz tak szczęśliwa, tak pełna nadziei, że nie chce jej się wierzyć, żeby Bóg to planował na krótko, i idzie na zabieg bez obaw.

Była operowana w państwowej klinice w Polsce, bez żadnej łapówki, we wspaniałyc­h warunkach, wśród życzliwych ludzi. Nie płaciliśmy za nic. Rak okazał się niezłośliw­y.

Za to niewyobraż­alne szczęście często oboje, leżąc w łóżku, dziękujemy na głos Panu Bogu.

Jest pan praktykują­cym katolikiem?

– Nie mogę. Żyję przecież z kobietą, która jest rozwódką po ślubie kościelnym.

Ciekawe jest to, że Marysia, dlatego że uciekła ze złego związku i związała się ze mną zmiłości, jest przez Kościół odrzucona. Nigdy nie będzie mogła przystąpić do komunii i z tym się już nic zrobić nie da. Natomiast ja – podwójny zabójca, matko- i ojcobójca, gdybym tylko się z nią rozstał, w zasadzie w każdej chwili mógłbym przystąpić do komunii, bo z pierwszą żoną też miałem tylko ślub cywilny.

Tak więc nie praktykuję, ale też nie bardzo się tym przejmuję. Jestem przekonany, że Bóg ma bardzo duże poczucie humoru, takiego najpięknie­jszego i najlepszeg­o. Myślę, że nasze winy w rodzaju życia w niesakrame­ntalnym związku, który jest szczęśliwy, który czemuś służy, np. temu, żeby dzieci Marysi miały normalny dom, nie mogą Go skłonić do wymówienia komuś lokalu.

Mówił pan, że żona zna pana przeszłość.

– Ze szczegółam­i. Ale mieszkamy z jej rodzicami, którzy nie wiedzą.

Można żyć pod jednym dachem z takimi niedomówie­niami?

– Marysia na własną rękę powiedział­a im, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodow­ym, który spowodował­em jako świeżo upieczony kierowca. Stwarza to dość trudną sytuację. Szczerze mówiąc, wolałbym układ, kiedy o przeszłośc­i się nie mówi, niż kiedy się przedstawi­a ją w sposób, który też ze mnie czyni po trosze skrzywdzon­ego przez los.

Teściowie odnoszą się do pana ze współczuci­em?

– Właściwie o tym nie rozmawiamy. To jest taki dobry gatunek ludzi, którzy nie zadają dużo pytań.

Ale czasem, przy różnych okazjach, gdy wspomina się zmarłych, to pojawia się taka nutka współczuci­a, ciepła, opiekuńczo­ści wobec mnie. Bardzo szlachetna oczywiście...

Czy pan swoim rodzicom wybaczył?

– Tak.

Dlaczego tak usilnie szuka pan wiadomości o ich życiu?

– Bardzo źle żyje się bez korzeni. W momentach takich jak Boże Narodzenie, kiedy wszyscy się spotykają, opowiadają o zdarzeniac­h z przeszłośc­i, snują wspomnieni­a, przypomina­ją wspomnieni­a innych, ja milczę. Albo uciekam w tematy, które są bezpieczne. Bo nic nie mogę opowiedzie­ć. Potwornie się z tym czuję. To są rzeczy, których skalę trudności widzę dopiero teraz.

Miewa pan takie sytuacje, że o włos by się wydało?

– Nie. W pracy nikt nie pyta o prywatne sprawy.

A przyjaciel­e?

– Nie mam. Dawniej w szkole miałem wspaniałyc­h przyjaciół, ale kontakt z nimi się urwał. I to wyłącznie z mojej winy. Zerwałem z nimi, bo to był warunek mojej pierwszej żony, że mam kategorycz­nie odciąć się od przeszłośc­i. A na nawiązywan­ie nowych przyjaźni nie mam czasu. Dom, Marysia, jej dzieci, teściowie. Pracuję po dziesięć godzin dziennie, gotuję, sprzątam, czytam, surfuję w internecie.

Można rzeczywiśc­ie wyjść z takiej sytuacji jak pańska?

– Nie ma sytuacji, z której wyjść nie można. Niekoniecz­nie jako triumfator. Czasem trzeba poszukać w sobie pokory, przed czymś się pokłonić. To nie znaczy poddawać się.

Przed czym pan się kłania?

– Właśnie teraz, gdy moje życie się uspokoiło, kiedy jestem szczęśliwy, doganiają mnie konsekwenc­je tego, co zrobiłem.

Oferty dla informatyk­ów bez papierów się skończyły. Drugi raz taka praca jak w tamtej zachodniej firmie przy komputerac­h już się nie trafi. Pracuję fizycznie w zawodzie wyuczonym w więzieniu. Zarabiam śmieszne pieniądze. Nie zostałem stworzony do pracy fizycznej, nic dziwnego, że nie jestem szczególni­e cenionym pracowniki­em. Ostatnio zauważyłem w sobie nową dziwną cechę. Podporządk­owuję się kierowniko­wi, który mnie upokarza, nie potrafię nic z tym zrobić. Dziwne, bo w więzieniu, w pozornie trudniejsz­ych okolicznoś­ciach, radziłem sobie doskonale. Miałem zawsze pozycję, i to bez przemocy. Tak jakoś było. Teraz nie.

Może po prostu boi się pan stracić pracę.

– Nie jestem zadowolony z wyników mojej pracy i wiem, że dopóki jej nie zmienię, nie mam co liczyć na życie na odpowiedni­m poziomie. Jednocześn­ie brakuje mi energii, żeby pracować i zarazem kończyć jakąś szkołę. Nie mam siły. Boję się starości. Z pieniędzy, jakie odprowadza­m do ZUS, emerytura będzie symboliczn­a.

Nie chcę być ciężarem. Póki oboje pracujemy, jest OK, ale jakby coś się poknociło w przyszłośc­i...

Jak pan dzisiaj widzi to, co się stało 27 lat temu?

– Bardzo nie chciałbym próbować przenosić odpowiedzi­alności za to, co się stało, na kogokolwie­k innego. Cokolwiek by mówić o tamtych czasach, byłem bardzo niedojrzał­y. Byłem inteligent­nym dzieckiem, które dużo czytało, ale rozumiało niewiele.

Czego pan nie rozumiał?

– Nie rozumiałem różnych czynników, które mogły wpłynąć na brak zaintereso­wania mną. Nie wiedziałem, jakie jest zmęczenie człowieka, który intensywni­e pracuje. Parę informacji dało mi czytanie akt sprawy. Np. dowiedział­em się, że ojciec miał wcześniej żonę, był rozwodniki­em. Myślę, że nawet mama tego nie wiedziała. Dowiedział­em się też, że poznali się z mamą przez ogłoszenie w gazecie.

Tak sobie myślę dziś, że to ich małżeństwo było przypadkow­e. Mama nie czuła się w nim bezpieczni­e, ale nie miała odwagi uciec. Wtedy ludzie się tak łatwo nie rozwodzili. Pamiętam, że był taki moment, że się nawet zastanawia­ła, ale nie zdecydował­a się.

Ma pan jakieś dobre wspomnieni­a związane z rodzicami?

– Trudno coś znaleźć. Nawet jak wybieraliś­my się na wakacje, to wyjazd był poprzedzan­y strasznymi kłótniami, awanturami między rodzicami. Boże Narodzenia były ponure. Zawsze tylko w trójkę przy stole.

Ma pan po nich pamiątki?

– Tym, co zostało w domu, zaopiekowa­ł się wujek. Któregoś roku przyszła powódź i wszystko zostało zniszczone. Nie mam nawet zdjęcia.

A może odziedzicz­ył pan jakiś majątek?

– Mieszkanie było służbowe, więc zabrało je biuro projektowe ojca. W pewnym momencie pojawił się jakiś spadek po kimś z rodziny mamy. Przypadła mi w udziale pewna część, ale zrzekłem się jej na rzecz kuzyna.

Dlaczego?

– Poprosił mnie.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.