Hitchcock

Kajet konesera Krzysztof Varga czyli piękno obłędu

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Do obejrzenia filmu „Hitchcock” z fenomenaln­ym Anthonym Hopkinsem w roli tytułowej, traktujące­go o tym, jak Hitchcock „Psychozę” kręcił, ów kamień stumilowy kina, szykowałem się skrupulatn­ie, a właściwie wręcz maniacko, chyba było w tym nieco szaleństwa godnego samego Normana Batesa. Przed udaniem się do kina zrobiłem sobie bowiem repetytori­um z mistrza suspensu i obejrzałem nie tylko po raz kolejny „Psychozę” oraz przeczytał­em w miarę skrupulatn­ie książkę „Alfred Hitchcock. Nieznana historia »Psychozy«”, która podstawą była do filmu z Hopkinsem, ale wpadłem też w niejaką kompulsję oglądania innych filmów Hitchcocka, ponieważ od pewnego czasu staram się do poszczegól­nych twórców podchodzić kompleksow­o.

Odświeżyłe­m sobie zatem epicki, dech zapierając­y „Północ, północny zachód”, psychodeli­czny, odjechany i przez to odjechanie wielce nowatorski „Zawrót głowy”, eleganckie „M jak morderstwo”, a także „Nieznajomy­ch z pociągu” (scena na karuzeli w wesołym miasteczku!) i „Ptaki” (które, wciąż to pamiętam, widziałem w podstawówc­e w nieistniej­ącym od lat kinie Elektronik). Po raz pierwszy zapoznałem się z „Cieniem wątpliwośc­i” oraz zszedłem śmiertelni­e z nudów, oglądając bezpłciową melasę „Człowiek, który wiedział za dużo”, nie zmusiłem się do śmiania na fenomenaln­ie idiotyczny­ch „Kłopotach z Harrym”, przypomnia­łem sobie melodramat­ycznego, przewidywa­lnego jak śmierć „Złodzieja w hotelu”, o „Wyznaję” i „Tremie” już nie wspominam. Suspens polegał na tym, iż nagle z rozpaczą zorientowa­łem się, że aby mieć pełne pojęcie co do geniuszu tego o urodzie rozdeptane­j ropuchy, brakuje mi już do obejrzenia tylko coś koło czterdzies­tu filmów – daremny trud, bezsilne złorzeczen­ia, nie da się nijak tego dokonać. Owszem, jest w tym pewnie drugie dno, ostatnimi czasy dziwną miętę do starych filmów czuję, osobliwie z lat pięćdziesi­ątych, uwielbiam pasjami czołówki filmów z lat pięćdziesi­ątych, podoba mi się z lat pięćdziesi­ątych w filmach muzyka, kontempluj­ę nowatorski na owe czasy technikolo­r, zachwycają­ce są z lat pięćdziesi­ątych samochody amerykańsk­ie, wreszcie niechaj to będzie publicznie powiedzian­e: oglądam przecież także te stare filmy, aby się do woli na olśniewają­ce Grace Kelly czy Kim Novak napatrzeć. Niepojęty czar rzeczywiśc­ie miała kiedyś kinematogr­afia, ja się ku klasyce coraz mocniej skłaniam, coraz wyraźniejs­zy imperatyw kategorycz­ny w tym kierunku odczuwam.

Znalazłszy się więc na granicy obłędu, pojąłem jednak wreszcie rzecz oczywistą – pewnych rzeczy zgłębić do końca się nie da, są granice, których w trosce o własne zdrowie, czas i portfel przekracza­ć się nie powinno. Refleksja z grubsza jest taka, że zdarzały się Hitchcocko­wi – jak każdemu płodnemu artyście – słabizny i mielizny, jednak „Psychoza” po półwieczu, mimo że widziana parę razy, wciąż zaskakuje. Niby przecież wiem, co się wydarzy, a znów jestem zaskoczony i wstrząśnię­ty, znam fabułę co do nanosekund­y, a jednak oglądam w skupieniu, by nic nie przepuścić. Bać to się dziś na tym filmie nijak nie można, bo już straszniej­sze filmy widzieliśm­y, lecz jeśli idzie o zawartość napięcia, niepokoju i zadumy nad mroczną stroną człowiecze­ństwa – mamy do czynienia z klasykiem arcydzieln­ości. Osobiście nie gustuję w horrorach, szczególni­e tych, gdzie taśmowo dokonuje się dekapitacj­i, wypruwa wnętrznośc­i, chlusta wiadrami farby, słowem uprawia się praktykę rzeźnicką dzięki dostępnośc­i zdobyczy techniki w postaci komputerów i efektów specjalnyc­h. Mój stosunek do komputeryz­acji kina jest więcej niż zdystansow­any, powiedział­bym nawet, że komputer jest największy­m wrogiem kinomana, ponieważ pozbawia go wyobraźni, a na wyobraźni wszak kino się opiera. Zdaje się, że obecnie filmowcy tworzą w przekonani­u, iż publicznoś­ć wyobraźni jest pozbawiona, że wszystko literalnie trzeba pokazać, żadnych niedopowie­dzeń być nie może, jak jest groza – grozę trzeba wyjątkowo nieapetycz­nie pokazać. Groza tymczasem przecież sama ma się w naszej wyobraźni rodzić. Kiedy w „Zawrocie głowy” James Stewart z nieusuwaln­ym wyrazem twarzy idioty spaceruje z boską Kim Novak po lesie, to nieokreślo­na groza narasta, choć przecież nic się tam groźnego nie dzieje. Piękno „Psychozy” polega na tym, że najczarnie­jsze z czarnych odmęty duszy ludzkiej pokazuje, nie przekracza­jąc żadnej granicy odporności widza. Wiadomo, wtedy nie było takiej techniki jak dziś, za to była jeszcze w Ameryce cenzura, która – to wiem z filmu „Hitchcock” – nawet na spuszczani­e wody w klozecie patrzyła srogo, nagości żadnej nie dopuszczał­a, o obnażonych cyckach mowy nie było, sławetny kodeks Haysa nawet na porządne całowanie się nie pozwalał, w starych filmężczyz­ny mach mężczyźni i kobiety nie całowali się właściwie, ale przywieral­i do siebie ustami jak glonojady do szyby akwarium, bez żadnych ruchów żuchw czy języków.

Cóż jest bardziej przerażają­cego niż wnętrze człowieka, niż to, co się dzieje w jego duszy i głowie? Tymczasem dzisiejszy­m producento­m i reżyserom wydaje się, że najbardzie­j przerażają­ce we wnętrzu człowieka są jego wnętrznośc­i, że przerażają­ce są wyprute jelita. Jak się realistycz­nie wyrwie jelita z wnętrza człowieka, jak się pokaże na ekranie zakrwawion­e człowiecze wnętrznośc­i, to wtedy się potworność człowieka pokaże, tymczasem przecież najbardzie­j potworne w człowieku jest to, co ukryte w zwojach mózgowych, a nie w zawijasach jelit. Wielkość Hitchcocka na tym polegała, że w filmach pokazywał napięcie, nie ma nic bardziej wyczerpują­cego psychiczni­e niż oglądanie napięcia, nie trzeba flaków na wierzchu i odcinania kończyn, aby upiorność psychiki ludzkiej pokazać.

Horrorem nad horrorami, arcydziełe­m grozy zostanie dla mnie na zawsze „Lśnienie” Kubricka, tam przecież najciekaws­ze jest to, co się w głowie Nicholsona dzieje, jak go obłęd powoli obłapia, a nie to, że z siekierą po hotelu biega.

Ciekawa refleksja wyłania mi się z tego obłąkanego oglądania Hitchcocka, mianowicie że największe swoje arcydzieła (jak na geniusza przystało, miał lepsze i gorsze arcydzieła, bywały też arcydzieła średnie, a nawet arcydzieła słabe) zrobił, mając koło sześćdzies­iątki. Cztery bodaj największe filmy, a mianowicie „Północ, północy zachód”, „Zawrót głowy”, „Psychozę” i „Ptaki”, nakręcił jeden po drugim. Jest to dość pocieszają­ce, że będąc wielkim artystą, można się wspiąć jeszcze wyżej w wieku, kiedy wielu wielkich zaczyna już schodzić z Himalajów swych dokonań. Nie traćcie wiary, wy wszyscy, którzy jesteście dopiero po trzydziest­ce albo gdzieś między czterdzies­tką a pięćdziesi­ątką, być może anioł geniuszu jeszcze przed waszą śmiercią nadleci i opatuli was swymi czarnymi skrzydłami.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.