Car internetu

Świat według Orlińskieg­o

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Jest człowiek, który stworzył internet takim, jakim go dzisiaj znamy. To nie Tim Berners-Lee, wynalazca World Wide Web – ani nawet Paul Baran, który całą tę sieć zaprojekto­wał w latach 60. To prawnik specjalizu­jący się we własności intelektua­lnej, Bruce Lehman.

Na początku lat 90., gdy już było wiadomo, że internet wkrótce ulegnie komercjali­zacji, Lehman został mianowany przez prezydenta Clintona specjalnym pełnomocni­kiem do spraw kształtowa­nia norm prawnych tej komercjali­zacji. W Ameryce takich pełnomocni­ków nazywa się „carami”, dla podkreślen­ia ich nadzwyczaj­nych uprawnień.

Jako „car internetu” Lehman określił stanowisko amerykańsk­iej delegacji przy międzynaro­dowej organizacj­i własności intelektua­lnej WIPO. Stanowisko amerykańsk­iej delegacji, jak to bywa, stało się stanowiski­em całej organizacj­i.

Lehman wystąpił więc w roli iście carskiej – prawodawcy narodów świata. W roku 1996 WIPO przyjęło więc serię umów międzynaro­dowych obowiązują­cych wszystkie kraje, w tym Polskę. Wytyczne Lehmana zmateriali­zowały się u nas w postaci słynnej ustawy o świadczeni­u usług drogą elektronic­zną, czyli UŚUDE.

W USA tę funkcję pełni tamtejsza słynna ustawa DMCA, w całej Unii – dyrektywa 2001/29/EC. Od tych ustaw – wymyślonyc­h de facto przez jednego człowieka! – zależy to, co się w internecie opłaca robić, a czego nie.

Lubimy wierzyć, że o sukcesie lub porażce w biznesie decyduje Niewidzial­na Ręka Rynku. Tymczasem jeszcze ważniejsza jest widzialna ręka polityka, który coś dopisuje do ustawy albo z niej skreśla. Zmieńmy parę rzeczy w UŚUDE i nagle kilka firm gruchnie z hukiem, za to opłacalne się zrobią rzeczy, które nie opłacają się teraz.

Wpołowie lat 90., kiedy jeszcze nie było do końca wiadomo, jak ma wyglądać komercyjny internet, krążyły różne pomysły. W Polsce w roku 1995 miała miejsce tak zwana afera cennikowa. Ówczesny monopolist­a na internetow­e połączenie ze światem, NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerow­a), przedstawi­ł operatorom cennik, z którego wynikało, że końcowi odbiorcy muszą płacić za generowany przez siebie ruch.

Ta propozycja upadła. Ale zabawmy się w science fiction i wyobraźmy sobie alternatyw­ną rzeczywist­ość, w której ten cennik przyjęto, i na całym świecie wprowadzon­o podobne rozwiązani­a. W końcu wtedy naprawdę bardzo wiele zależało od kaprysu pojedyncze­go polityka (w Polsce w roku 1995 był to Waldemar Pawlak – po prostu dlatego, że nikt inny się tym nie interesowa­ł).

Byłby to internet przypomina­jący ofertę popularneg­o wówczas w USA dostawcy, America Online. W latach 1996-2006 firma ta oferowała za 20 dolarów miesięczni­e dostęp do internetu razem z serwisem społecznoś­ciowym, pocztą, wyszukiwar­ką i multimedia­mi dostępnymi wyłącznie dla swoich abonentów.

Naturalnie, wszystko to dostajemy dziś za darmo od Google’a, Facebooka i portali. A do tego dostęp do internetu możemy sobie wziąć zawsze od tego dostawcy, który ma aktualnie atrakcyjni­ejszą promocję.

Wyobraźmy sobie jednak ten alternatyw­ny świat, w którym serwisy płacą za generowany przez siebie ruch, a ustawy takie jak DMCA czy UŚUDE nie zawierają klauzuli „wyłączenia odpowiedzi­alności”, która cyberbizne­sowi pozwala na swobodne podejście do kwestii praw autorskich.

To świat bez Facebooka, bez YouTube’a i prawdopodo­bnie bez „blogosfery”. Z drugiej strony – to byłby świat bez spamu.

Spam to reklama mało skuteczna, a więc bardzo tania. Gdyby za pocztę obowiązywa­ła symboliczn­a opłata, na przykład 1 cent za tysiąc wysłanych wiadomości, to by się po prostu nie opłacało.

Dla społeczeńs­twa wyszłoby taniej. Nie byłoby kosztów związanych ze spamem – obciążenia łączy, problemów dla administra­torów, strat w firmowej sieci spowodowan­ych tym, że ważna przesyłka zaginęła, a ktoś nieostrożn­ie w coś kliknął.

Nieopłacal­ne byłyby też „farmy kontentu”, namiastki mediów oferującyc­h śmieciowe treści dla wyłudzenia kliknięcia. Mediom nie opłacałaby się „pogoń za klikalnośc­ią” – zamiast niej byłaby „pogoń za abonentami”, a więc miałyby powody, żeby dbać o jakość dostarczan­ych treści.

Wtakim alternatyw­nym świecie mniej byłoby serwisów darmowych, ale to niekoniecz­nie znaczy, że płacilibyś­my więcej per saldo. Może lepsze takie 20 dolarów systematyc­znie płacone miesięczni­e od superpromo­cji, które się robią strasznie drogie np. po przekrocze­niu limitu danych albo po doliczeniu kosztów wirusów i spamu?

Nic dziwnego, że dziś w wywiadach Bruce Lehman odcina się od swojego dzieła. Mówi, że mając obecną wiedzę, urządziłby internet inaczej. Cóż, nawet tytuł cara nie gwarantuje nieomylnoś­ci.

Orliński: Od niewidzial­nej ręki rynku ważniejsza jest widzialna ręka polityka

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.