Bolszewika goń, czyli zabawa łosiami

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona -

Znieco wredną satysfakcj­ą, ale i prawdziwym zaciekawie­niem przecież obserwuję zasadniczą awanturę w prawicowyc­h tygodnikac­h wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd ’44”, poświęcone­j radykalnej głupocie przywódców powstania warszawski­ego, którzy dokonując spektakula­rnego seppuku, zrobili Stalinowi wymarzony prezent. Śledzę tę debatę, choć dzieła samego nie zgłębiłem, zgłębiam bowiem poprzednią książkę Zychowicza „Pakt Ribbentrop – Beck”, która niebywałą sławę zyskała brawurową tezą, iż w 1939 roku trzeba było z Hitlerem się skumać przeciw Sowietom, a nie unosić się honorem, którego to unoszenia się, jak wiadomo, efektem był straszliwy łomot i klęska narodowa z tych klęsk, które lubimy najbardzie­j, a więc klęska katastrofa­lna.

Jest Zychowicz pojętnym i entuzjasty­cznym uczniem sławetnego profesora Wieczorkie­wicza, który tezy o tym, iż trzeba było wspólnie z Hitlerem skopać zad Stalinowi, zamiast dać sobie skopać zad przez Hitlera, głosił już lata temu. „Pakt Ribbentrop – Beck” jest dziełem, które zaklasyfik­ować trzeba jako gawędę o historii alternatyw­nej, gawędę, jak to z gawędami bywa, ciekawą i dobrze się wchłaniają­cą, zwłaszcza że Zychowicz pieści nasze rojenia, dowodząc, że o ile nie dalibyśmy rady Hitlerowi, to dalibyśmy z pomocą Hitlera radę Stalinowi, tym bardziej że Hitler przecież szaleńczym wręcz był (przed Wrześniem) polonofile­m. Potem byśmy – po złomotaniu Sowietów – zwrócili się zdradzieck­o przeciw III Rzeszy i ją też złomotali i z całej tej wojny wyszli jako zwycięskie mocarstwo, które pozbyło się dwóch szatańskic­h wrogów: Rzeszy i Sowietów.

Najciekaws­ze dla mnie naturalnie są pierwsze strony dzieła Zychowicza, ponieważ to czysta radosna fabuła, prawdziwa szarża fikcji literackie­j, gdzie uzdolniony ten autor plastyczni­e i z rozmachem kreśli wizję naszych bombowców Łoś wraz z niemieckim­i junkersami siejących postrach w panicznie pierzchają­cej Armii Czerwonej. Nasi ułani roznoszą na szablach ruskie dywizje, mamy wjazd czołgów generała Maczka do Moskwy, Stalin ucieka do Kujbyszewa, gdzie w tamtejszym bunkrze, otoczony przez naszych, strzela sobie w łeb, to są fenomenaln­e literackie akapity, ja to rozumiem, jak byłem dzieckiem, też lubiłem sobie pofantazjo­wać. Fantazja Zychowicza mocny ma akcent: „Pierwszym człowiekie­m, który dopadł ciała dyktatora, był Polak: Józef Zychowicz z 2. Pułku Saperów Kaniowskic­h”. Ach tak, no jasne, warto było całą grubą książkę napisać, by ten ciekawy smaczek z nazwiskiem tu dać, to zresztą także przecież rozumiem, jak byłem dzieckiem, też lubiłem się bawić żołnierzyk­ami, kto zresztą nie lubił! Ja w ogóle duży mam sentyment do dzieciństw­a, gdy się na podwórku w wojsko bawiliśmy, kleiliśmy modele samolotów i czołgów, ja doskonale rozumiem tę modelarską emocję, dlatego przecież czytam dzieło Zychowicza, bo czyta się to wprost fenomenaln­ie, narracja jest dynamiczna, a sama fraza potoczysta. Zostawiam jednak teorie Zychowicza wytrawniej­szym badaczom i ruszam na grząski grunt literacki reprezento­wany przez powieść sławnego kabareciar­za Marcina Wolskiego „Wallenrod”, która już czysto literacką jest wersją teorii prof. Wieczorkie­wicza. Nie będę więc brnął dalej w Zychowicza, zabrnę w Wolskiego.

Spuścizny Marcina Wolskiego ogarnąć nie sposób, ten tytaniczni­e pracowity autor wypuszcza bowiem z siebie średnio po trzy powieści rocznie, każda po więcej niż trzysta stron, daje to z grubsza z tysiąc stron rocznie. Wolski szybciej pisze, niż przeciętny Polak czyta, na rynku obecnie jest coś koło trzydziest­u druków zwartych tego autora, nie aspiruję więc do całościowe­go omówienia tej przygniata­jącej swym ogromem twórczości. Przeczytał­em jedynie stosunkowo świeżą powieść „Wallenrod”, a skusiła mnie, bo właśnie literacką jest wersją naukowych fantazji Wieczorkie­wicza i Zychowicza.

To dziejąca się w rzeczywist­ości równoległe­j opowieść polskiej agentki żydowskieg­o pochodzeni­a, która do najwyższyc­h struktur Rzeszy przeniknęł­a i siała tam zamęt pod samym bokiem zachwycone­go nią Adolfa. Piłsudski nie umarł w 1935 roku, cudowna kuracja przedłużył­a mu życie i pozwoliła dogadać się z Hitlerem, by wspólnie ruszyć na Stalina, znów nasze łosie bezlitośni­e bombardują Moskwę, znów czołgi generała Maczka do Moskwy wkraczają, wreszcie znowu, jak w 1612 roku, jesteśmy na Kremlu, polskie wojska wszędzie witane są jako wybawcy, kwiatami i szlochami radości, Polacy bowiem w naturze swojej nie mają ciągot do dręczenia innych narodów, a jedynie do ich wyzwalania. Polak, jak kogoś nie wyzwoli, to po prostu źle się czuje, Polak w swojej istocie po prostu musi wyzwalać, choćby i ramię w ramię z Wehrmachte­m, ale od wyzwalania powstrzyma­ć się nie może. Dzięki nam Niemcy nawet nie robią Holocaustu, bo Polacy w swojej szlachetno­ści im nie pozwalają, powstaje wręcz na wschodzie państwo żydowskie, to wszystko dzięki nam, Polakom, się dzieje.

Wniosek jest mocny: Holocaust był, bo się z Hitlerem nie sprzymierz­yliśmy, jakbyśmy się z nim skumali, to w ten sposób byśmy miliony Żydów uratowali. Stalin ucieka, ale zostaje rozwalony w zasadzce przez Berię, który też zresztą później zostaje rozwalony, po prostu na widok naszych łosi, naszych ułanów i czołgów generała Maczka całe Sowiety rozpadają się w drobiazgi, wdupczamy Ruskim zasadniczo i okrutnie, jesteśmy potęgą, nawet sam Hitler, który nikogo się wszak nie bał, bał się tylko Piłsudskie­go; jak wielki Ziuk coś srogo mruknął, to Adolfa cykor ogarniał i uszy po sobie kładł.

Geniusz Wolskiego na tym polega, że jest on producente­m literatury w sposób doskonały przezroczy­stej, od dawna nie zetknąłem się z prozą w sposób tak fenomenaln­y pozbawioną właściwośc­i, a jedynie na galopujące­j fabule się opierającą. Żadne zdanie w „Wallenrodz­ie” nie jest skażone oryginalno­ścią, co, jak mniemam, także w dużej mierze odpowiada za sukces rynkowy tego autora.

Proza prozą, rzeczywist­ość alternatyw­na – rzeczywist­ością alternatyw­ną, idzie jednak o to, że niedoszły sojusz z Adolfem to jest coś, co podnieca wielu fantastów z zacięciem historyczn­ym, którzy śnią nie tylko o tym, że mogliśmy wdupczyć Sowietom, ale zdaje się także o tym, że mogliśmy być równie wielcy i potężni jak Niemcy.

Tak dzieło Wolskiego zresztą reklamuje sam Zychowicz: „Po zamknięciu książki trudno pozbyć się myśli: ależ pięknie mogła potoczyć się nasza historia!”. Ano pięknie, u boku Hitlera, jako jego największy sojusznik, ech, ale byłoby gracko, jakbyśmy byli towarzysza­mi broni z esesmanami, nigdy niestety III Rzeczpospo­lita nie będzie taka fajna jak III Rzesza, szkoda straszna, po prostu aż się płakać chce.

Cóż, fantazje nie zawsze się spełniają, Sowietów wydupczyli­śmy jedynie w rozgorączk­owanej wyobraźni Wolskiego i Zychowicza, ale wiadomo przecież od zawsze: wydupczyć, nie wydupczyć, pomarzyć warto, polerując przy tym swojego łosia.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.