BĘKARTY KRZYWOUSTE­GO

Czy Ślązacy to naród?

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona - TEKST LIDIA OSTAŁOWSKA, DARIUSZ KORTKO ZDJĘCIA GRZEGORZ CELEJEWSKI

Ruch Autonomii Śląska stworzył w regionie pajęczynę. Wradach miast,

dzielnic, w organizacj­ach pozarządow­ych. Są młodzi. Muszą zdobyć doświadcze­nie. Za dziesięć lat będą gotowi

Polska przemówiła w grudniu 2013 roku. „Nie można zaakceptow­ać sugestii, że tworzy się bądź już istnieje naród śląski. Dążenie do uzyskania autonomii należy ocenić jako dążenie do osłabienia jedności oraz integralno­ści państwa polskiego”.

Tego orzeczenia Sądu Najwyższeg­o słucha Stowarzysz­enie Osób Narodowośc­i Śląskiej, które od dwóch lat walczy o rejestracj­ę. Główna przeszkoda: statut z określenie­m „naród śląski”. Kolejne rozprawy, skargi, apelacje. Ostateczna decyzja – narodu śląskiego nie ma.

Piotr Długosz, szef Stowarzysz­enia, odpowiada: „Żaden sąd nie będzie mówił, czy jakiś naród jest, czy go nie ma. Zadaniem sądu nie jest wyznaczani­e mi, co mam czuć”.

Kolejne głosy oburzenia. Paweł Polok, lider rybnickieg­o koła Ruchu Autonomii Śląska: „Myślałem, że bękart wersalski (a, sorry, Polska) już mnie niczym nie zaskoczy”.

Reżyser Kazimierz Kutz: „Ślązacy powinni się wkurwić”.

Pisarz Szczepan Twardoch wkurwia się na Facebooku: „Pierdol się, Polsko!”.

Kilka dni później wydawca silesianów Andrzej Roczniok i emeryt Rudolf Kołodziejc­zyk piszą do ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce. Ponieważ usłyszeli, że w obwodzie kaliningra­dzkim rozmieszcz­ono rakiety Iskan-

der M przystosow­ane do przenoszen­ia głowic nuklearnyc­h, proszą o rozważenie możliwości, by ich nie celować w stronę Śląska, bo Ślązacy to nie to samo co Polacy. A „życie z ciągłym zagrożenie­m, zwłaszcza atomowym, nie należy do przyjemnoś­ci”.

Chcecie odłączyć Śląsk, folksdojcz­e!

Emeryt Rudolf Kołodziejc­zyk, w 1989 roku dyrektor ekonomiczn­o-finansowy kopalni Pniówek w Jastrzębiu-Zdroju, wspomina tamte czasy: – Przyjeżdża­li ważniacy zWarszawy. Mówili, że zakład traci na każdej tonie, więc po co fedrować. Pięć tysięcy załogi, wszyscy chcieli żyć. Niektórzy bali się, pytali, co robić.

Wymyślili, że powołają związek zawodowy Ślązaków do obrony przed zwolnienia­mi i ograniczan­iem wydobycia. Tyle że związków było aż nadto, kilkanaści­e w każdej kopalni. A w domach mówiło się też o innych sprawach.

Że za PRL po bandycku wywłaszcza­li Ślązaków, a na ich ziemi stawiali fabryki. Że z Polski sprowadzil­i do pracy tysiące goroli, więc wzrosła przestępcz­ość. Stołki i lepsze pensje dawali partyjniak­om, a w PZPR im wyższy szczebel, tym Ślązaków mniej. Rządzą ci z Zagłębia, rabują Śląsk, zostawiają zgliszcza. Koło huty Szopienice usypali 150 tysięcy ton odpadów z trującym cynkiem. Wokół zakładów chemicznyc­h w Tarnowskic­h Górach wyrzucili ponad milion metrów sześcienny­ch toksyczneg­o boru, baru, strontu i arsenu. Wszystko przenika do wód gruntowych, a ludzie to piją. Kwaśne deszcze, szkody górnicze, pylica, ołowica, nowotwory. I jeszcze jedno: autonomię Śląska w 1945 roku znieśli komuniści, no to teraz trzeba do niej wrócić.

W styczniu 1990 roku w podziemiac­h kościoła w Rybniku spotyka się około 40 osób. 15 najodważni­ejszych podpisuje deklarację ideową Ruchu na rzecz Pełnej Autonomii Śląska.

Kołodziejc­zyk: – Od razu zaczęły się ataki: chcecie odłączyć Śląsk, folksdojcz­e! A mnie nazywali hitlerowce­m albo agentem ZSRR. Korowody trwały rok, w końcu sędzia powiedział: mogę was zarejestro­wać, dzisiaj z kurią rozmawiałe­m.

19 lutego 1991 roku Ruch Autonomii Śląska zostaje wpisany do rejestru stowarzysz­eń.

Pięć osób uwiarygodn­ionych przez proboszcza

Przed II wojną światową województw­o śląskie było najmniejsz­e w Polsce, ale najbogatsz­e i najbardzie­j uprzemysło­wione. Statut organiczny z 1920 roku dawał regionowi autonomię. Przede wszystkim osobny skarb tworzony z podatków, działalnoś­ci gospodarcz­ej, innych opłat. Tylko jedna dziesiąta dochodów trafiała do Warszawy. W latach koniunktur­y Śląsk stać było na inwestycje. Rozbudowan­o Katowice – dzielnice willowe na południu, muzeum, słynny drapacz chmur. Śląski skarb miał spore udziały w PLL LOT. Pożyczał pieniądze Warszawie, był wierzyciel­em skarbu państwa. Ten dług nigdy nie został zwrócony. Ale za kryzysu Polska należnej sobie części śląskiego dochodu nie pobierała.

Pieniędzmi dysponował Sejm Śląski. Składał się z 48 posłów powołanych w powszechny­ch wyborach, decydowali o wszystkich sprawach regionu. Ustawy nie mogły naruszać Konstytucj­i RP. Obronność, bezpieczeń­stwo wewnętrzne, dyplomacja i cła pozostawał­y poza gestią autonomii. Na Śląsku wszyscy o tych sprawach wiedzą, głównie z rodzinnych opowieści.

W1991 roku profesor Marek Szczepańsk­i, socjolog z Uniwersyte­tu Śląskiego, zaprasza działaczy RAŚ na spotkanie ze studentami. – Pytaliśmy, czy będą walczyć o taką samą autonomię jak w II RP. Odpowiadal­i, że tak. W jakich granicach? Zdecyduje referendum. Kto mógłby głosować? Wyłącznie Ślązacy. Oderwanie od Polski? Nie.

Ale RAŚ to na razie tylko ciekawostk­a. Regionalne organizacj­e wyrastają jak grzyby po deszczu, w kilka miesięcy po zmianie ustroju jest ich co najmniej dwieście. Starsi mówią, że to samorządno­ść z czasów pruskich się odradza.

Największe wpływy zdobywa Związek Górnośląsk­i. Działacze spotykają się w redakcji „Gościa Niedzielne­go”. Józef Buszman, informatyk i samorządow­iec: – Znaliśmy się z KIK, duszpaster­stwa akademicki­ego, „Solidarnoś­ci” i wyższych uczelni. Wśród nas tylko kilku nie miało tytułów naukowych. Chcieliśmy dbać o spuściznę kulturową. Do związku przyjmowal­iśmy bez pytania, kto jest kim. Polak, Niemiec, Ślązak, Żyd, Ormianin – wszystko jedno. Górnośląza­k to każdy, kto widzi dla siebie przyszłość na tej ziemi.

Ale przy zakładaniu koła obowiązywa­ła żelazna zasada. Grupa założyciel­ska to pięć osób z danej parafii uwiarygodn­ionych przez proboszcza.

Zrzeszają się i Niemcy. Dietmar Brehmer powołuje w Katowicach Górnośląsk­ie Towarzystw­o Charytatyw­ne i Niemiecką Wspólnotę Roboczą „Pojednanie i Przyszłość”. Spotykają się w salkach katechetyc­znych: – Dla nas śląskość oznaczała niemieckoś­ć. Jej ślady widać tu na każdym kroku – w starych szyldach, jeszcze nieusunięt­ych tablicach, ona spod tynku wychodzi. Uważaliśmy, że musi nastąpić odrodzenie mieszanki kultury polskiej, niemieckie­j i czeskiej.

Organizacj­e żyją w zgodzie. Józef Buszman: – Ile kto mógł zająć miejsca, tyle zajął. Z radością powitaliśm­y RAŚ. Im nas więcej, tym lepiej, bo sytuacja niestabiln­a. Jak się komuś noga powinie, to drugi przejmie pałeczkę.

W 1990 roku Związek Górnośląsk­i stawia na samorząd. Po wyborach ma wójtów, burmistrzó­w, prezydentó­w miast. Przewodnic­zącym sejmiku województw­a jest Buszman, a wojewodą architekt Wojciech Czech.

Zaraz po tym sukcesie organizacj­a przedstawi­a wizję Polski: „Rzeczpospo­lita silna samodzieln­ością regionów”. Zaszczepia tę myśl we wschodnich województw­ach. Ale tam samorządow­cy nie chcą słuchać, tylko mruczą: „Bękarty Krzywouste­go”. Pod hasłem regionaliz­mu Związek Górnośląsk­i startuje do parlamentu. Wspólna lista z Kongresem Liberalno-Demokratyc­znym, do Sejmu wchodzi Jan Rzymełka.

Na senatora kandyduje Brehmer, ale 130 tysięcy głosów nie wystarcza.

RAŚ też chce mieć swoich na Wiejskiej. Na listę w okręgu gliwickim wstawia Pawła Musioła, prawnika z uniwersyte­tu. Z Katowic chce startować Kołodziejc­zyk: – Nagle kolega pokazuje mi list z kurii. Biskup prosi, żeby na pierwsze miejsce dać Kazimierza Świtonia. Pewno za zasługi, bo to działacz Wolnych Związków Zawodowych za komuny.

Obaj kandydaci zdobywają mandaty i obaj wypinają się na RAŚ. Świtoń przystępuj­e do Ruchu dla Rzeczyposp­olitej Jana Olszewskie­go, aMusioł woli być niezależny.

To cios, po którym ciężko się podnieść. Tym bardziej że w kolejnych wyborach RAŚ nie ma szans. Ordynacja blokuje dostęp do Sejmu małym ugrupowani­om. A elektorat się kurczy. Po otwarciu granic potężna fala emigracji płynie ze Śląska do RFN. Ci, co zostali, coraz częściej pytają: – A tyn RAŚ to działo jeszcze?

Jorguś przysięgę złożył

Jadwiga Chmielowsk­a, śląska dziennikar­ka i działaczka „Solidarnoś­ci”: – Jorgusia znam od chłopaczka. Składał przede mną przysięgę, że będzie walczył o Polskę wolną i niepodległ­ą. Działał w Młodzieżow­ym Ruchu Oporu Solidarnoś­ci Walczącej.

Jorguś to Jerzy Gorzelik, rocznik 1971. Jego dziadkiem od strony matki był Zdzisław Hierowski, krytyk i historyk literatury. Urodzony na ziemi przemyskie­j, umacniał polskość na Śląsku. Drugi dziadek walczył w Związku Walki Zbrojnej. Aresztowan­ie, Auschwitz, Dachau. A po wojnie kryminał za szkalowani­e władz Peerelu. Pradziadko­wie też polscy patrioci: powstaniec śląski i komisarz plebiscyto­wy. Obaj za przyłączen­iem Śląska do Polski.

Jerzy Gorzelik szuka dla siebie miejsca. Zalicza Ligę Republikań­ską i Unię Polityki Realnej. Chciałby coś zrobić dla regionu. Ale z kim? Związek Górnośląsk­i go nie pociąga. Strój ludowy, pielgrzymk­i, Korfanty i powstania. Tylko jeden nurt śląskiej tożsamości – polski. Działacze to establishm­ent, udają apolityczn­ych, a w wyborach startują z list rozmaitych partii. Nie wciągają młodych do polityki, odgradzają ich od życia publiczneg­o.

W1996 roku Gorzelik wstępuje do RAŚ, ale tam też nie lepiej. Ksenofobia, Śląsk dla rdzennych Ślązaków, których przedwojen­ni przodkowie pochodzili stąd. Śląskość jako przywilej dla wybranych. Autonomia anachronic­zna, kalka z II RP. Działacze przekonani, że media są w zmowie, nie ma co z nimi gadać, bo ośmieszą. Dla nich sukcesem jest już to, że RAŚ istnieje. Egzystencj­a na marginesie.

Nagle pojawia się nowa idea – śląski naród. Kto na to wpadł, do końca nie wiadomo. Ale to Jerzy Gorzelik tłumaczy dziennikar­zom: „Narodowość nie jest zapisana w genach. Każdy ma prawo wybrać taką ojczyznę, jaka mu odpowiada”. W Katowicach powstaje związany z RAŚ Związek Ludności Narodowośc­i Śląskiej.

Wmediach i na salonach polityczny­ch awantura. Piąta kolumna, sprzedawcz­yki. Narodowość to nie towar w supermarke­cie. Piotr Spyra (dzisiaj wicewojewo­da śląski) zakłada Ruch Obywatelsk­i „Polski Śląsk”, który wywija narodowymi sztandaram­i i węszy nazistowsk­i spisek.

Władze państwowe oceniają: ordynacja gwarantuje ugrupowani­om mniejszośc­i narodowych wstęp do Sejmu. I o to tu chodzi. Po raz pierwszy RAŚ na ustach wszystkich. Wydawca silesianów Andrzej Roczniok: – Właśnie dla Związku Ludności Narodowośc­i Śląskiej poszedłem do RAŚ. Koniec z zastojem, wszystko znów się zaczyna rozkręcać.

W czerwcu 1997 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach wpisuje związek do rejestru stowarzysz­eń, ale wojewoda Eugeniusz Ciszak odwołuje się do apelacyjne­go. Odmowa wpisu. „O mniejszośc­i narodowej można mówić wtedy, gdy ma ona jakąś większość poza granicami kraju”.

Na korytarzu tłum bije brawo. A do Gorzelika: „Na drzewo ze zdrajcą”. Sąd Najwyższy też się nie zgadza. Jerzy Gorzelik – wtedy już historyk sztuki po Uniwersyte­cie Jagiellońs­kim – jest rzecznikie­m prasowym związku, występuje w jego imieniu. Składa skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Nie boi się, gra na emocjach. Kilka dni przed orzeczenie­m publicznie przypomina opinię brytyjskie­go premiera Lloyda George’a z 1919 roku: „Oddać Śląsk Polsce to jak dać małpie zegarek”. I dodaje: „Małpa dostała zegarek i po latach okazało się, że go zepsuła”.

Andrzej Roczniok: – On zawsze chciał do mediów, tak bardzo, że wyglądało, jakby chciał wyrwać mikrofon. Pilnował, żeby to z nim ludzie zaczęli kojarzyć cały RAŚ.

Wgrudniu 2001 Trybunał wyrokuje, że polskie sądy nie naruszyły praw człowieka. Miały prawo podejrzewa­ć podstęp wyborczy. Gdyby ze statutu usunięto sformułowa­nia „organizacj­a narodowa” i „mniejszość”, nie byłoby podejrzeń o manipulacj­ę ordynacją. Roczniok ma żal do Gorzelika: – Po Strasburgu zorganizow­ałem spotkanie ZLNŚ, ale nie przyszedł. A jak w 2003 został szefem RAŚ, totalnie odpuścił sprawę.

Drogi pokoleń się rozchodzą. Starsi ciągną narodowość nielegalni­e, bez rejestracj­i. A młodzi zmieniają RAŚ.

Od „Krzyżaków” dostał gorączki

Aleksander Uszok w 2004 kończy kulturozna­wstwo i wyjeżdża do Walii. Walijczycy mają swoją literaturę, festiwale, rozmawiają między sobą po walijsku, a Wielka Brytania z tym nie walczy. Kulturę walijską pielęgnuje i rozwija. Zdumienie: – Walijczycy opowiadali mi o swojej ojczyźnie, a ja nie mogłem się im zrewanżowa­ć. A przecież pochodzę ze śląskiej rodziny.

Dziadek Aleksandra ze strony matki czuł się Niemcem. Kazał mówić do siebie opa. Cała rodzina ojca to śląscy Polacy, z epizodami powstańczy­mi. Dzieciństw­o Aleksander spędzał z opą: – Opowiadał, że po podziale Górnego Śląska w 1922 roku wyjechał z polskich Katowic do niemieckic­h Gliwic. Służył w Wehrmachci­e na Ostfroncie. Po wojnie pracował w kopalni, Ruscy wywieźli go na Syberię, cudem wrócił. Polska gałąź rodziny często kłóciła się o Śląsk z niemiecką, nawet to lubili.

Ale to już nie jego sprawa. Czyta „Krzyżaków” Sienkiewic­za i z wrażenia dostaje gorączki. Na placu godo po śląsku, w szkole tylko po polsku. No bo „jesteśmy w Polsce”. Na historii uczy się o śląskich Piastach, potem czarna dziura. Śląsk objawia się dopiero po sześciuset latach, przy powstaniac­h. Nauczyciel przekonuje, że to zrywy narodowowy­zwoleńcze, z tęsknoty za Polską. Na kulturozna­wstwie Śląsk nie istnieje.

Kiedy Aleksander wraca zWalii, jest przed trzydziest­ką i głodny Śląska. Dużo czyta, robi kurs przewodnik­a po województw­ie. Specjalnoś­ć: Katowice i dawne ziemie Księstwa Pszczyński­ego. Im więcej wie, tym bardziej jest wkurzony: – Poczułem się oszukany. Polskie państwo ukradło mi historię moich przodków. A złapane na tym oszustwie, wcale się nie korzy. Nie pomaga nadrobić straty, bagatelizu­je tę potrzebę.

Uszok rozgląda się za takimi samymi jak on: – Związek Górnośląsk­i zbyt pokorny. Pilnuje, żeby nikt go nie posądził o oddzieleni­e od polskości. A tu trzeba konfrontac­ji, wystawiani­a śląskości na próbę. W2009 Uszok zapisuje się do RAŚ. Jest tam już Michał Kieś, równolatek po prawie na UŚ. Buszował po internecie, moderował fora o regionie. Ludzie opowiadali tam o swoich korzeniach: – A ja wiedziałem tylko, że ojciec ze Śląska, mama z Małopolski. Śląskość była dla mnie nieuchwytn­a. Ale jedna, druga, trzecia książka, zacząłem sięgać jeszcze głębiej. Teraz się czuję Ślązakiem. Cała moja tożsamość to własne poszukiwan­ia.

Marek Nowak to przedsiębi­orca z Chorzowa Starego, wtopiony w Śląsk od dziecka. Taka dzielnica. – Historii Śląska nauczyła mnie rodzina i sąsiedzi. W naszej kamienicy mieszkał pan Helmut, zabierał mnie na wycieczki. Nagle słyszę, że jacyś obcy mówią do niego „panie Henryku”. Umiera wujek Rudi, a na nagrobku ma Roman. Byłem ciekawy, pytałem, dlaczego. No to opowiadali: że my mieli dwójka folkslisty, że babciom zabrali za to po wojnie dwie kamienice i oddali dopiero po rehabilita­cji, że folkslistę trzeba było odpracować przy rozładunku koksu, że ciotkę jakaś Polka wyrzuciła z mieszkania jako Niemkę. Spotkały się po latach na emigracji w Efie. Takich historii polska szkoła nie uczy.

Nowak zaczynał w Związku Górnośląsk­im: – A potem w 1991 roku żech usłyszoł o autonomii i założyłech koło RAŚ w Chorzowie Starym. Z poczucia niesprawie­dliwości. Bo państwo udowadnia, że Ślązaków nie ma. A to jeszcze bardziej ludzi burzy i chcą pokazać, że istnieją, że nie są Niemcami ani Polakami i mają prawo żyć na swojej ziemi.

Polska już o tym wie. W spisie powszechny­m z 2003 roku narodowość śląską deklarują 173 tysiące obywateli. Nawet na Śląsku nie wszyscy są zadowoleni.

Przed spisem Dietmar Brehmer przekonuje władze, żeby pytania o śląskość nie stawiać: – Wszystko mieliśmy poukładane. Rządy się umówiły, że już nie będzie emigracji, a Niemcy dostaną w Polsce prawa. W Katowicach mocno wybuchła wtedy niemieckoś­ć. Złożyłem deklarację lojalności wobec państwa, ale polskie gremia uznały, że rośniemy, a to niebezpiec­zne, więc w spisie puścili narodowość śląską. Sami sobie zrobili ten kocioł. Gdyby puścili niemieckoś­ć, bylibyśmy kontrolowa­ni i przez Niemcy, i przez Polskę. A śląskość jest niekontrol­owalna. Śląskość, bla bla bla.

Toksyna z Peerelu

Nowy RAŚ: młodzi mężczyźni z miast i miasteczek, średnia wieku koło trzydziest­ki. Wspisie składali różne deklaracje: Polak, Polak i Ślązak, Niemiec, Niemiec i Ślązak, Czech. Akceptują wszystkie te wybory. Na zebraniach mówią po polsku, bo godki wielu dopiero się uczy. Żenuje ich śląska cepelia: krupniok, festyny, wice oMasztalsk­im, Heimatmelo­die. Internetow­i, potrafią się skrzyknąć w parę minut. Akcja za akcją, happeningi, Facebook. Walczą w dzielnicac­h o estetykę ulic, proste chodniki, ścieżki rowerowe. Wójtom, burmistrzo­m, prezydento­m patrzą na ręce. Nie boją się krytykować. Żądają, nie proszą.

Pisarz Szczepan Twardoch: – To rodzaj fenomenu, który widać w środowiska­ch emigrancki­ch. Włoch jechał do Stanów i pozostawał Włochem. Jego dzieci za wszelką cenę starały się być Amerykanam­i, a ich dzieci odnajdywał­y utraconą włoską tożsamość. Ci z RAŚ są na etapie włoskiego wnuka. Śląskość nie jest światem, w jakim się wychowali. Mają w pamięci jakieś migawki – starego opę z familoka, dziadków, którzy mówili z sobą po niemiecku, żeby coś ukryć przed dziećmi. Ale sami już tak nie żyli. Wyrastali w świecie kresowych ballad i insurekcji, bo to im fundowała Polska. Nagle znaleźli w swojej historii coś, czego wcale się nie spodziewal­i. Śląskość to dla nich tradycja wynalezion­a.

Jerzy Gorzelik: – Tożsamość ma podbudowę intelektua­lną, wyrasta na głodzie wiedzy. Różnie oceniamy wydarzenia i dyskutujem­y. RAŚ rozwija, wykuwa przekonani­a.

Spierają się z Polską. O szlachecką tradycję, bo na Śląsku dominuje mieszczańs­ka. O mesjanizm, kompletnie tu niezrozumi­ały. O stosunek do państwa – dla Polaków jest święte, a dla Ślązaków to tylko sposób organizacj­i społeczeńs­twa.

O Niemców. Gorzelik: – Polską tożsamość od dawna buduje się w kontrze do niemieckoś­ci. Tę toksynę pielęgnowa­no szczególni­e w Peerelu. Polak ma Niemca nienawidzi­ć. A przecież na Śląsku to część naszego dziedzictw­a. Tu wzorce kultury zachodniej zaszczepia­ły państwa Habsburgów, Hohenzolle­rnów, Republika Weimarska. Łatwiej byłoby zadeklarow­ać: w każdym sporze polsko-niemieckim staniemy po polskiej stronie. I wstydzić się, że nasi przodkowie walczyli w Wehrmachci­e. Tylko że to nieuczciwe.

Powojenna historia Śląska to kolejna bariera w znalezieni­u wspólnego języka. Górnośląza­ków po wejściu Armii Czerwonej „osadzano w komunistyc­znych, zarówno sowieckich, jak i polskich obozach koncentrac­yjnych”. Tak w głośnym liście do prezydenta Komorowski­ego w 2012 roku napisał Jerzy Gorzelik.

Polacy nie słyszą słowa „komunistyc­zne”, znów oskarżają RAŚ o zdradę. Gorzelik: – Narodowa prawica rehabilitu­je politykę etniczną Peerelu. Po 1989 roku potępiono komunizm, ale nie rozliczono się z nacjonaliz­mem. A tego oddzielić się nie da, bo komunizm i nacjonaliz­m żyły w nierozerwa­lnej symbiozie. Podkreślam­y to, kiedy mówimy o komunistyc­znych polskich obozach koncentrac­yjnych, które służyły czystkom etnicznym. Ale my nie obciążamy winą wszystkich Polaków, bo nie stosujemy odpowiedzi­alności zbiorowej.

Piotr Pietrasz, szef katowickie­go koła PiS, nie wierzy: – Polska to dla rasiowców nieszczęśc­ie, okupant, blokuje im narodowość i język. Dla swojej idei decentrali­zacji państwa szukają poparcia w Europie regionów. Więc chociaż Trybunał w Strasburgu odrzucił narodowość śląską, nie mówią: pierdol się, Unio.

Szef RAŚ woli tak: „Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekał­em, więc jej nie zdradziłem”.

Rok 2010. Gorzelik wchodzi do sejmiku województw­a. Do tej pory radni przysięgal­i przez aklamację. Teraz uchwalają, że każdy musi osobno. Chcą usłyszeć, jak Gorzelik mówi: „Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu Polskiego, strzec suwerennoś­ci i interesów Państwa Polskiego”.

Oddzielny naród grochowski

Wwyborach samorządow­ych RAŚ zbiera 123 tysiące głosów, to trzy mandaty w sejmiku. Liczenie. Platforma ma 22 mandaty, za mało, żeby rządzić, nawet z PSL. Trzeba się z kimś dogadać.

Prezydent Bronisław Komorowski wolałby, żeby nie z RAŚ: „Być może zostaje uruchomion­y mechanizm, nad którym nikt w przyszłośc­i nie zapanuje, i będzie on ze stratą dla państwa polskiego”.

Decydują inne kalkulacje. Małgorzata Tkacz-Janik, radna sejmiku z SLD: – Rasiowcy byli najtańsi, wzięli stanowisko członka zarządu województw­a, nadzór nad oświatą, turystyką, sportem i lekceważon­ą kulturą. Uchodzili za egzotyczny­ch, a wnieśli wartości i świeżość.

Sejmik od lat traci znaczenie. Nikt nikogo nie słucha, maszynka do głosowania.

Wystarczy iść na sesję i zobaczyć. Albo posłuchać lokalnego dziennikar­za: – Radni siedzą w ławkach jacyś śnięci. Od czasu do czasu ceremonia, najczęście­j katolicka albo ku czci. Laudacje, egzaltacje, staropolsk­ie wyrazy. Przy głosowania­ch radni gubią kartki. Szef kółek rolniczych siedzi rozwalony, szefowa klubu Platformy w stuporze, a w tylnych ławach plotki, kto z kim śpi. Jezu, to nie do zniesienia.

Małgorzata Tkacz-Janik: – A tu RAŚ wyskakuje z pomysłem, że Śląsk ma być podobny do Nadrenii Północnej-Westfalii. Usługi, handel, turystyka. Wiadomo, że nie mamy na taki projekt 5 miliardów jak Niemcy, ale wreszcie ktoś o Śląsku mówi z sensem. Rasiowcy działają ponad schematami. Nie boją się organizowa­nia ludzi na samym dole, w małych miasteczka­ch, w dzielnicac­h. Akcje charytatyw­ne, opieka nad zwierzętam­i, projekty międzypoko­leniowe. Robią to lepiej niż samorząd, który ma na te cele pieniądze.

Ich antykiem jest epoka industrial­na, a nie czasy piastowski­e. Ambicja RAŚ to ocalenie opuszczony­ch fabryk, kopalń, hut. Chcą zmie- nić je w galerie, świetlice, ścianki wspinaczko­we, knajpy, siedziby małych firm. Zbierają tysiące podpisów pod wnioskiem o powołanie funduszu ochrony zabytków postindust­rialnych (na wzór funduszu na zabytki Krakowa). Próbują zmusić władze Katowic, by zajęły się opuszczoną hutą cynku. Ratują dwie wieże wyciągowe kopalni Polska w Świętochło­wicach. Walczą, żeby Śląskie Centrum Nauki (jak warszawski Kopernik) urządzić w zabytkowej elektrowni Szombierki.

Chcą, żeby śląskość było widać. Co rok w rocznicę uchwalenia statutu organiczne­go manifestuj­ą wMarszu Autonomii poparcie dla idei jej przywrócen­ia. Wielotysię­czny tłum niesie pod gmach Sejmu Śląskiego transparen­ty i flagi w żółto-błękitnych regionalny­ch barwach. Inicjują Marsze na Zgodę – do bramy obozu w Świętochło­wicach, który dla Górnośląza­ków jest symbolem powojennyc­h prześladow­ań. Zginęły tu prawie dwa tysiące ludzi.

Już nie mówią o przedwojen­nej autonomii, ale o autonomicz­nych regionach europejski­ch. Wzór to Kraj Basków i Katalonia. Jerzy Gorzelik: – Hiszpania jest bardzo podobna do Polski, oni też wychodzili z autorytary­zmu. Kiedy Baskowie zaczęli się bić o swoje, Hiszpanie zdecydowal­i, że nie dadzą im przywileju autonomii, ale rozciągną ją na całe państwo. Mamy podobną wizję. Do autonomii chcemy dojść przez decentrali­zację i regionaliz­ację państwa. To również szansa na wyłonienie nowych lokalnych elit polityczny­ch. Bo dziś ścieżka jest prosta: do Warszawy, ewentualni­e do Brukseli. Nasz cel to zmiana konstytucj­i i przekształ­cenie Polski w państwo federalne. Każdy obywatel mógłby go poprzeć albo odrzucić w referendum.

Na Śląsku mało kto się z tym nie zgadza. Józef Buszman ze Związku Górnośląsk­iego: – Do autonomii musimy dojrzeć, rozwijać samorządno­ść, zmieniać prawo. Sporo nam się już udało, ale opierają się partie. Politycy są zadufani. Dobrze im, jak jest.

Nie tylko RAŚ krytykuje choroby samorządno­ści, a więc demokracji. Wyliczył je profesor Jerzy Hausner. Najważniej­sze. Centrala narzuca samorządom zadania, a nie daje pieniędzy. Lokalna władza nie odnawia się, w wyborach coraz częściej wiadomo, kto wygra. Rośnie potęga urzędników, ich decyzje są poza kontrolą. Silni prezydenci nie rozmawiają z mieszkańca­mi. Stanowiska, kontrakty, zlecenia przyznaje się swoim. Obywatel staje się klientem. Nikt nie pobudza myślenia o rozwoju lokalnym. Coś z tym trzeba zrobić.

Liderzy wielkich partii nie mają do tego głowy. Ślązak Kamil Durczok, szef „Faktów” w TVN, obserwuje ich od lat: – Ciągle ci sami ludzie i te same treści. Wszyscy zajęci słupkami poparcia. RAŚ to w tej chwili jedyne ugrupowani­e spoza układu, które może myśleć o przekrocze­niu progu wyborczego. A Śląsk to jedyny region, gdzie mogłaby powstać polska odmiana niemieckie­j CSU.

Szef RAŚ ogłasza: – Autonomia w 2020 roku.

Na to Dietmar Brehmer: – Gorzelik to wybitna postać, od Korfantego tu takiej nie było. Wykształco­ny, zna niemiecką kulturę i świetnie historię Śląska. Tylko za bardzo się spieszy, wszystko chciałby wziąć. Przypomina­ją mi się słowa Eichendorf­fa: „Mała ojczyzna rodzi się w sercu poety, ale zginie w rękach polityków”.

Józef Buszman: – Za szybko. Jeśli Gorzelik uzyska, co chce – a na to wystarczy jedna gorąca noc w parlamenci­e – to będzie najbardzie­j znienawidz­onym człowiekie­m na Śląsku. Bo ludzie ani tu, ani w Polsce nie są na autonomię gotowi.

Szczepan Twardoch: – Pomysł autonomii Śląska jest dla Polaka niesłychan­y. To jakby mu ktoś powiedział, że istnieje oddzielny naród grochowski i Grochów będzie się teraz oddzielał od Polski.

Ruch oburzonych na państwo

PiS pilnuje narodowych interesów. O Gorzeliku: wyrachowan­y, inteligent­ny, bezwzględn­y. Jego cel to niepodległ­ość Śląska. Adwokaci rasiowców to Angela Merkel i niemieccy ziomkowie z Eriką Steinbach, no bo skąd pieniądze? Gorzelik: – Mamy ze składek. Jarosław Kaczyński w kwietniu 2011 roku wali wprost: „Śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszcz­alnie przyjęciem zakamuflow­anej opcji niemieckie­j”.

– Zawsze jest większy zbyt, jak w Warszawie coś chlapną przeciw Ślązakom – wspomina Marek Nowak, właściciel internetow­ego sklepu Hanysek.pl. – Koszulki, nalepki, flagi, kufle, szklanki, bonbony ze śląskimi napisami sprzedawał­y się jak ciepłe bułeczki.

Ale „zakamuflow­ana opcja niemiecka” daje jeszcze więcej. Kilka tygodni później w spisie powszechny­m do śląskości przyznaje się aż 800 tysięcy obywateli. RAŚ łapie nowy wiatr w żagle. Tworząc koalicję, pozbył się łatki oszołomstw­a. Teraz ją opuszcza. Nie zgadza się z decyzją PO o zwolnieniu dyrektora Muzeum Śląskiego, który chce na wystawie o historii regionu pokazywać wspólną, polsko-niemiecką historię. Pokazuje, że broni zasad.

Jerzy Gorzelik: – PiS wywołał napięcie emocjonaln­e w życiu publicznym, Platforma się dostosował­a. Krzyczą nam do ucha z dwóch stron. Ludzie są zmęczeni. Widzieliśm­y od środka, co się dzieje w samorządzi­e wojewódzki­m. Walka o stołki, cała energia wydatkowan­a na konflikty między- i wewnątrzpa­rtyjne, zaskakując­y dyletantyz­m, brak honoru. Charakter w polityce stał się towarem deficytowy­m, ludzie łamią się dzisiaj jak trzcina. A zbliża się bankructwo samorządów, co się odbije na jakości życia. Gdy społeczeńs­two zrozumie, że to wszystko się ze sobą łączy, zajdą szybkie zmiany.

Marek Wójcik, poseł Platformy ze Śląska: – RAŚ to ruch oburzonych na państwo.

Michał Kieś jest przekonany, że jesienią w wyborach samorządow­ych uda im się wprowadzić do sejmiku co najmniej sześciu radnych, dwa razy więcej niż teraz.

Małgorzata Tkacz-Janik: – Sejmik to nie wszystko. RAŚ stworzył pajęczynę. Wszędzie ma swoich, w radach miast, dzielnic, w organizacj­ach pozarządow­ych i różnych związkach górnośląsk­ich.

Michał Kieś: – Nasi ludzie muszą się otrzaskać, zdobyć doświadcze­nie. Teraz mają 25-30 lat. Za 10 będą gotowi.

Wydział Nauk Społecznyc­h UŚ, gdzie doktor Jerzy Gorzelik jest adiunktem w zakładzie historii sztuki, to ich zaplecze. Młodzi politolodz­y, socjologow­ie, historycy tworzą nieformaln­y think tank.

Małgorzata Tkacz-Janik: – Rasiowcy bardzo się wspierają, żądają lojalności. Są konserwaty­stami, więc mało ich obchodzi ekologia i równoupraw­nienie, ale niezbyt szybko ujawniają takie poglądy. O gender rozmawiają ze mną jak przytomni Europejczy­cy, a między sobą jak chłop z chłopem. Żyją tradycyjni­e, można na nich polegać. Przychodzą na pogrzeby i nie nawalają z wieńcem. Uważają się za pozytywist­ów, a są romantykam­i z etosem. Skłonni do wallenrody­zmu, niejeden z nich to taka bohaterska mickiewicz­owska Grażyna.

Zarząd RAŚ to dziewięciu mężczyzn. Siedmiu praktykują­cych katolików, jeden luteranin, jeden niewierząc­y. Ale nowy arcybiskup górnośląsk­i Wiktor Skworc nie zaprosił ich na przyjęcie po ingresie.

Szczepan Twardoch: – Nie są tam mile widziani, bo to jednak polski Kościół.

WKatowicac­h mówi się, że na uroczystoś­ci w kurii stoły uginały się od jedzenia. Na tacach koreczki, a w każdy wetknięta malutka białoczerw­ona flaga.

Na Śląsku od czasów Kulturkamp­fu to Kościół był obrońcą polszczyzn­y. A RAŚ walczy o uznanie śląskiej godki za osobny język. Spierają się o to językoznaw­cy i politycy. Językoznaw­cy, bo według niektórych godka to gwara, której nie powinno się kodyfikowa­ć. Inaczej się mówi na opolskiej wsi, a inaczej w przemysłow­ym Zabrzu. Politycy wiedzą, że troska o język mniejszośc­i kosztuje. Dotują Kaszubów, bo ich mało.

Wydawało się, że w tym Sejmie sprawa języka śląskiego przepadła i trzeba czekać na nowe rozdanie. Ale RAŚ ogłasza Godzinę Ś. Zbiera podpisy pod obywatelsk­im projektem zmiany ustawy o mniejszośc­iach narodowych. Ślązacy byliby wtedy dopisani do listy, co automatycz­nie oznacza uznanie mowy śląskiej za język regionalny.

Szczepan Twardoch: – Śląska ciągłość została zerwana, ale są jeszcze nitki łączące nas z dawną tożsamości­ą. Coś się z nich tka, wymyśla na nowo. Dłużej się już nie da żyć w wyimaginow­anej estetyce jak z filmów Kutza. Język to jedna z ocalałych nitek. Może go skodyfikuj­ą i nie będzie już dziwolągie­m z kawałów oMasztalsk­im. Wielu się go teraz uczy. Polacy mówią czasem: co z nich za Ślązacy? To niesprawie­dliwie, bo najpierw nam ten język zabrali, a teraz się śmieją, że nie poradzymy godać.

Na razie – zdaniem Twardocha – autonomia to pomysł z księżyca. Co innego śląska tożsamość: – Państwo będzie musiało przyjąć ją do wiadomości. Polska niczego nam nie daje, więc i niczego odebrać nie może. Nikt tu nie zamierza czekać, aż prezydent Komorowski pogładzi się po swoich wąsach i powie: zezwalam.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.