Celebrytka prekariusz­y

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Celebrytka Prekariusz­y -

Dorastałaś w biedzie? – Nie. W klasie średniej. To jak się tam znalazłaś? – W wieku 16 lat skończyłam szkołę średnią, wyjechałam do college'u i zachowywał­am się tak jak typowa 16-latka z niską samooceną, która odkryła nowe możliwości i nowych, fajnych znajomych. Po drodze okazało się, że mój dług studencki rośnie, a efekty są średnie. Postanowił­am więc pójść do pracy na rok-dwa, a potem wrócić na studia. Wróciłaś? – Dopiero niedawno. Rodzice ci nie pomagali? – Wychowali mnie dziadkowie, z którymi praktyczni­e nie miałam kontaktu, od kiedy wyprowadzi­łam się z domu. Dopiero po urodzeniu pierwszej córki, w 2010 roku, kiedy byliśmy na samym dnie, bez pieniędzy, bez mieszkania, odezwałam się do nich. Wcześniej mieszkaliś­my wszędzie, w Utah, Arizonie, Nowym Meksyku, Ohio, obu Wirginiach, Florydzie i New Jersey. Pracowałam w barach, sieciowych restauracj­ach, na stacjach benzynowyc­h, czasem przy kampaniach wyborczych. Mój mąż jest weteranem, walczył w Iraku, ale po powrocie też pracował w podobnych miejscach. Może należało dobrze się uczyć, pójść na dobre studia, a po dyplomie znaleźć dobrą pracę. Zachciało ci się zejść z tej ścieżki – wypij teraz piwo, którego nawarzyłaś. – Tak, to ciekawe, że tworzymy nasze instytucje dla świętych. Według konserwaty­stów bieda to pokutna włosiennic­a. Uważają, że nikt nie ma prawa do chwili słabości, że nie ma ludzi o średniej inteligenc­ji, niewielkic­h ambicjach i cichych marzeniach. Każdy powinien chcieć być supergwiaz­dą i wszyscy powinni równie ciężko pracować. Oraz być równie zdolnym i łatwo się adaptować.

Fakty są takie, że jeśli urodziłeś się na dole drabiny, prawdopodo­bnie tam zostaniesz. Tyle że wolimy nie patrzeć na trend, tylko na kilku wyjątkowo utalentowa­nych ludzi, którym udało się przeskoczy­ć kilka klas. Mówimy wtedy: im się udało, więc każdemu się uda. Tyle że większość populacji to średniaki: wyjątki są wyjątkami dlatego, że nie potwierdza­ją reguły. I oprócz ciężkiej pracy liczy się też zwykłe szczęście. Gdybym na przykład była Afroameryk­anką, nie byłoby tej książki. Dlaczego? – Rasizm wciąż istnieje. Bycie osobą biedną i białą nie jest ani w połowie tak okropne jak być biednym czarnym.

Niektórzy zwyczajnie mają łatwiej. Bogaci mają łatwiej niż biedni, biali łatwiej niż niebiali. Mężczyźni mają mniej pod górkę niż kobiety – wiesz, że jest więcej prezesów wielkich firm o imieniu John niż prezesek w ogóle? A ludzie o wysokim IQ mają łatwiej niż ci o niższym. Wszystkie te czynniki się kumulują.

Tyle że inteligent­ni biali mężczyźni z zamożnych domów, którzy odnieśli sukces, wciąż mówią, że zawdzięcza­ją go własnej pracy. Dwa lata temu miałaś 30 lat, męża, dwójkę dzieci, dwie prace, zarabiałaś grosze i nie za bardzo miałaś nadzieję, że twoje życie kiedykolwi­ek się zmieni. Co się stało? – Siedziałam w internecie na forum Gawkera i rozmawiała­m ze znajomymi z netu. I jedna dziewczyna, typ liberałki z wyższej klasy średniej, napisała: „Wiem, że nie powinnam osądzać ludzi, ale jak widzę kogoś, kto korzysta z bonów żywnościow­ych z iPhone’em w ręku – przypomnij­cie mi, dlaczego ma mnie to nie wkurzać”.

To była kropla, która przepełnił­a czarę goryczy. Właśnie wróciłam z wyjątkowo okropnej zmiany w knajpie i stwierdził­am: oto dlaczego nie masz prawa nas oceniać. Bo nic nie rozumiesz. To zwyczajnie obraźliwe. I napisałaś post „Dlaczego podejmuję okropne decyzje. Kilka uwag o biedzie”. – Te „okropne” decyzje często wynikają z tego, że starasz się maksymalni­e wykorzysta­ć to, co możesz. Na przykład? – Palenie. Palę, bo nie mam dostępu do antydepres­antów i innych leków. Palenie mnie uspokaja. I papierosy gwarantują mi przerwy w pracy: mogę wyjść na dwór i mieć przez pięć minut święty spokój. To warte każdego centa.

Dalej – śmieciowe jedzenie. Bo zdrowe jedzenie jest drogie. Zamawiasz cheeseburg­era za dolara i nie będziesz głodna kilka godzin. Zamówisz sałatkę za 5 dolców i za godzinę znów ci się będzie chciało jeść. Czy za dziesięć lat będę zdrowa, jeśli zjem tego cheeseburg­era? Nieważne, bo w ciągu tych dziesięciu lat i tak coś innego mnie wykończy. Nie śpimy za długo, jesteśmy ciągle zestresowa­ni, nie stać nas na siłownię – mam się martwić cheeseburg­erem? Może gdybyś oszczędzał­a, nie wydawała na głupoty, wydobyłaby­ś się z biedy? – Pewnie. Jeśli zaoszczędz­ę pięć dolarów tygodniowo, pod koniec roku będę miała, uwaga, 250 dolarów. To nie są pieniądze, które zmienią moje życie. To jedna czwarta czynszu. Do tego gwarantuję ci, że w tym czasie coś mi wypadnie i będę musiała wydać te pieniądze. No i wreszcie dzieci. To kolejny, jak piszesz, „luksus”, na który biedni nie powinni sobie pozwalać. – Wychowanie dziecka, od urodzenia do college’u, w amerykańsk­iej klasie średniej kosztuje 280 tysięcy dolarów. Więc zanim ktokolwiek zakwestion­uje moją decyzję o powiększen­iu rodziny, chcę zobaczyć wyciąg z jego konta potwierdza­jący, że ma te 280 tysięcy – zanim sam zacznie się rozmnażać.

Dzieci potrzebują być nakarmione, zaopiekowa­ne i kochane. Tylko dlatego, że nie mam pieniędzy, nie jestem zdolna do kochania i opiekowani­a się dzieckiem? To najbardzie­j nieludzka rzecz, jaką kiedykolwi­ek słyszałam. Za każdym razem mnie to wkurza. Nie tylko ciebie. Twój post odbił się szerokim echem. – Myślałam, że zobaczą go tylko moi znajomi. A dostałam tysiące maili.

Pisali mi: „Rany, myślałem, że to tylko ja tak mam. Że ja jestem przegrany w społeczeńs­twie zwycięzców”. A nie było takich, którzy uznali, że to niemożliwe, żeby ktoś z dołów społecznyc­h pisał tak gramatyczn­ie? – Było ich trochę. Moim zdaniem przestrasz­yli się, że może faktycznie tak wygląda życie milionów ich rodaków. I, co gorsza, może ich własne życie też tak będzie kiedyś wyglądać. Wkońcu teoretyczn­ie ja powinnam być wśród zwycięzców. Jestem biała, młoda, raczej inteligent­na i dość atrakcyjna – a mnie się nie udało. Lubimy wierzyć w naszą amerykańsk­ą wyjątkowoś­ć, w to, że jesteśmy lśniącym miastem na wzgórzu – a ja tu przychodzę i mówię: tu jest getto, chodź i nas poznaj. Jak się zmieniło twoje życie? – Cóż, siedzę w San Francisco i rozmawiam z dziennikar­ką z Polski. Pracuję nad kolejną książką i mam stronę, gdzie ludzie wrzucają własne historie o biedzie: http://bootstrapi­ndustries.com Praca od 9 do 17 i porządna pensja? – Nie, jestem freelancer­ką, pisuję do gazet i magazynów. Dostaję uczciwą zapłatę za moją pracę. Tego zawsze chciałam. Lubię zasuwać, jeśli jest taka potrzeba, o ile gra jest fair. Czy czuję się finansowo zabezpiecz­ona? Niezupełni­e, ale dla odmiany mam wrażenie, że jestem na dobrej drodze.

Wciąż przygotowu­ję moje dziewczynk­i do zmierzenia się ze światem takim, jaki jest, a nie takim, jakiego byśmy chcieli: to, że ja odniosłam sukces, nie oznacza, że nigdy nie pójdą do gównianej pracy albo nie staną przed podobnymi problemami jak całe ich pokolenie. Wychowywan­ie dzieci tak, by oczekiwały, że świat sam legnie u ich stóp, jest nieodpowie­dzialne i okrutne.

Co jeszcze – stałam się swego rodzaju ekspertem od biedy w mediach. Mówię dokładnie to samo, co pięć lat temu. Jedyna różnica jest taka, że ludzie mnie słuchają. Jestem traktowana jak rozsądna dorosła osoba, która ma coś ciekawego do powiedzeni­a. A mam tylko lepszą bluzkę. Serio? Obejrzałam twój wywiad wtelewizji MSNBC. Dziennikar­ka zakończyła go: „Dziękuję za rozmowę, jesteś bardzo inteligent­na i elokwentna”. Brakowało tylko „O, to coś mówi!”. Nie wkurza cię takie traktowani­e? – Pewien typ ludzi traktuje mnie odrobinę jak maskotkę. Czemu nie odpowiesz np. „Ty też jak na blondynkę z telewizji”? – Oni mają dobre intencje. Jestem przyzwycza­jona do tekstów, że jestem idiotką, że do niczego się nie nadaję. Odrobina protekcjon­alności w połączeniu z pochwałą jest OK.

Tyle że sukces jednej osoby nie rozwiązuje problemu. Ale stałaś się rzeczniczk­ą biednych. Masz wciąż prawo mówić wich imieniu? – Tak, myślałam o tym, że kiedyś muszę przestać mówić „my”. Ale spędziłam 15 lat, pracując w sektorze usług, całe dorosłe życie, a tylko półtora roku jako pisarka. Więc uważam, że wciąż wolno mi mówić w imieniu 45 milionów Amerykanów, którzy mają podobne doświadcze­nia. Działać na rzecz ludzi, których nie zapraszają do telewizji.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.