Dwie minuty

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona - Mariusz Szczygieł

Znów szedł moją ulicą w przeciwną stronę niż ja. To także jego ulica. Mijamy się, wygląda na to, że on idzie do jednego parku, ja do drugiego. W czarnym kapeluszu na głowie albo burej czapce z daszkiem, takiej jaką kiedyś nosili furmani. W czarnym płaszczu, choć powinienem napisać w płaszczyku. To lepiej oddaje jego wygląd, gdyż jest drobny i niski. Z czarnym parasolem.

Nigdy go nie zagaduję, nie zaczepiam, bo uważam, że takich ludzi nie powinno się zatrzymywa­ć. Obciążanie ich naszym pragnienie­m, żeby stanęli jak my, w jednym miejscu, i chwilę trwali bez ruchu, to bardzo przyziemna potrzeba. Przyziemna jak my sami.

A jeśli jego głowa akurat rodzi myśli, które wymagają pomocy, i akuszerka w jego mózgu musi natychmias­t otworzyć im wyjście? Wmomencie gdy on zatrzyma się na ulicy, żeby zrobić przyjemnoś­ć naszej trywialnej osobowości, zatrzyma się i ta świeża myśl. Wystawiła już nóżki, rączki, ale główka ugrzęzła jej w środku. Udusi się i nie przeżyje! Bo jakiś gruboskórn­y gość, blondyn o twarzy na chwilę przed wylewem, chciał sobie na ulicy złapać motyla i potrzymać go w dłoni.

Tego ranka ostre, zimne i natrętne kwietniowe słońce najwidoczn­iej kazało nam wyjść z domów dokładnie o tej samej porze. Mieliśmy minąć się idealnie w połowie ulicy, ale zatrzymał się. Spojrzał na mnie pod słońce, zmrużył oczy, jakby nastawiał teleskop swojego mózgu, i powiedział: – Aaaa, to pan.

Walczyłem ze sobą najwyżej sekundę. Powiedzieć: „Kłaniam się, miłego dnia”, i pójść dalej w stronę mojego parku czy nie?

Jednak przez dwie minuty mieć kogoś takiego tylko dla siebie! Coś bardzo ponętnego… Zdecydował­em mieć go dla siebie. – Panie Tomaszu – spytałem – czy ci nowojorscy muzycy, którzy nagrywali z panem płytę „Wisława”, znali w ogóle wiersze Szymborski­ej?

Porządek ułożony przez człowieka w dźwięku, jaki nie istnieje w przyrodzie (ani porządek nie istnieje, ani dźwięk). Tak definiował kiedyś muzykę.

I ten porządek fal dźwiękowyc­h na jego płycie „Wisława” znam prawie na pamięć. No ale dlaczego – zastanawia­m się – ta muzyka tak przylega do mnie, wnika i przykleja się do wewnętrzny­ch ścian komórek? Kiedyś powiedział jednemu facetowi (w wywiadzie rzece „Desperado”), że nawet błahe przemyślen­ia filozoficz­ne mogą człowieka zniszczyć. Jest się częścią ludzkiej maszynerii, która idzie do przodu. Ale po co? Wielka siła zwyklactwa i przeciętno­ści polega na tym, że człowiek nie zastanawia się nad tym, tylko rodzi dzieci. Muzyka na to też nie odpowiada. Bo ona nie potrzebuje pytań ani słów, ani konkluzji. Ona też obchodzi się bez stawiania tych Wielkich Pytań Bez Odpowiedzi, ale za to wprawia w stan – mistyczny i głęboki. Jedno jest pewne, mówił, że muzyka jest oddalona od przeciętno­ści. Jedno jest też pewne – tego już nie powiedział – że muzyka nie pozwoli człowieka zniszczyć. Bo przylega, wnika i okleja od środka.

– Panie Mariuszu – odparł na naszej ulicy – muzycy nie musieli znać wierszy. To nie jest płyta inspirowan­a poezją Szymborski­ej, tylko dedykowana Szymborski­ej. A jedna moja znajoma mówi, że mimo to utwory idealnie odpowiadaj­ą poszczegól­nym wierszom, co mnie dziwi. – Dziwi? – Bo ja gram depresyjni­e, ciemno, a Szymborska była pogodna i jasna.

– No wie pan, ja też jestem pogodny i jasny, a pana ciemnej muzyki słucham chciwie. Ale… – zastanowił­em się – może jest tak, że ja chcę być jasny, a właśnie na pana oddelegowa­łem swoją ciemność? Moja ciemność chwyta się pana dźwięków, pożywi się nimi, pożywi i już mną nie musi. Pan mi chyba załatwia przykre sprawy, panie Tomaszu.

– Pan pozwoli, panie Mariuszu, że z tym ciężarem pana ciemności na własnych plecach oddalę się. – A pan pozwoli, że napiszę o tej teorii felieton. – To proszę napisać czytelniko­m, że Stańko się z nią stuprocent­owo zgadza.

Oto co ostatnio usłyszałem, podsłuchał­em, przeczytał­em

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.