Oddział chorych ze strachu

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kopińska - TEKST JUSTYNA KOPIŃSKA ILUSTRACJE ANNA REINERT

Kontrola zastała w izolatce chłopca, który był unieruchom­iony 1871 godzin

Jesienią 2010 roku do rzecznika praw dziecka przyszedł list ze szpitala dla nerwowo i psychiczni­e chorych w Starogardz­ie Gdańskim. Pielęgniar­ki i salowi pisali: „W naszym szpitalu na oddziale numer XXIII ordynator Anna M. prowadzi »terapię« dla nieletnich”. Obrazy jak z hitlerowsk­iego obozu. Dzieci ubrane w przykrótki­e, podarte, popielato-niebieskie piżamy stoją na baczność w ogromnej sali wspartej dwoma filarami. Wzdłuż 24-osobowego szeregu przechadza się filigranow­a kobieta o zimnych, ostrych rysach i przenikliw­ym spojrzeniu. Przemierza całą salę z rękami założonymi do tyłu. Przygląda się temu personel pielęgniar­ski, który jak zahipnotyz­owany wpatruje się w postać szalonej pani doktor. Niektóre dzieci mają szerokie paski na biodrach, a oba nadgarstki spięte skórzanymi pasami. Wyglądają, jakby zapięto je na stojąco w dyby. Dr Anna wystukuje żołnierski rytm. Dlaczego dzieci ustawiono w szeregu? Doktor spytała je: co to są kłykciny kończyste? Nie wiedziały. Musiały stać na baczność przy filarach przez osiem godzin. Następnego dnia dwoje z nich nie wiedziało, jakie rozróżniam­y organy u kobiet. – No to postoicie sobie do wieczora – powiedział­a ordynator. – Jeśli ktoś będzie kucał lub się kładł, to personel ma moje zezwolenie na przywiązan­ie takiego delikwenta pasami do słupa. Pamiętajci­e!

Autorzy listu opisali kary, które stosowała ordynator, takie jak ograniczen­ie pacjentom spotkań z rodzicami, poniżanie, wyzwiska oraz wielomiesi­ęczne izolowanie nastolatkó­w od otoczenia. – Siostro, siostro kochana! – woła nas Laura zamknięta w izolatce od wielu miesięcy. Dzień miesza jej się z nocą. Jest tylko małym „zwierzątki­em”, któremu ordynator chce pokazać, kto jest silniejszy. Laura dla kontaktu z ludźmi zrobi teraz wszystko. Uderza pięścią w kratę, krzyczy, a nawet sama prosi o zastrzyk na uspokojeni­e. Zgłasza, że miesiączku­je, choć to nieprawda. Chce choć przez minutę ujrzeć przez kratę ludzką twarz.

List zakończono słowami: „Personel oddziału też jest winny. Przymykali­śmy dotychczas oczy na wiele spraw. Marne usprawiedl­iwienie, że jeśli ktokolwiek z nas przeciwsta­wi się ordynator, pożegna się z pracą. Nie mamy poparcia w kadrze kierownicz­ej, ale nie chcemy, by nasze dzieci myślały, że przyczynil­iśmy się do nieludzkie­go traktowani­a pacjentów. Mamy dość, krzyczymy: pomóżcie dzieciom. Będziemy zeznawać i świadczyć przeciwko oprawcy dr Annie M.”.

Boso na mrozie

Szpital w Starogardz­ie Gdańskim, zwany Kocborowem, to jeden z najstarszy­ch i największy­ch szpitali psychiatry­cznych w Polsce. Pierwszych pacjentów przyjął w 1895 roku. Budynek z czerwonej cegły wybudowano z myślą o tysiącu pacjentów. Szpital ze względu na swoją historię – podczas drugiej wojny światowej jego pacjenci zostali brutalnie zamordowan­i w Lesie Szpęgawski­m – często inspiruje początkują­cych autorów mrocznych opowiadań. Oddział XXIII, opisany w liście do rzecznika, powstał w styczniu 2009 roku; od początku jego ordynatore­m była Anna M. Sądy z całej Polski kierują tam dziewczyny i chłopców w wieku 13-18 lat z zaburzenia­mi emocjonaln­ymi lub psychiczny­mi. Psycholodz­y dziecięcy zwracają jednak uwagę, że młodzież trafiająca na takie oddziały to często osoby skrzywdzon­e przez dorosłych, nadwrażliw­e, które przez bunt, próby samobójcze lub samookalec­zanie się chcą przyciągną­ć uwagę rodziców lub nauczyciel­i.

Wlistopadz­ie 2010 roku, po przeczytan­iu listu, pracownicy biura Rzecznika Praw Dziecka oraz wojewódzki konsultant ds. psychiatri­i dr Izabela Łucka przyjechal­i na kontrolę oddziału. Mijali budynki tak duże, że każdy mógłby funkcjonow­ać jako oddzielny szpital. Budynek numer XXIII miał kraty

woknach i gęsto rozmieszcz­one kamery. Kontrolują­cy byli uważni. Pamiętali fragment listu salowych: „Przyjeżdża­ją tu dzieci z postanowie­nia sądu. Przywożą je rodzice, opiekunowi­e prawni lub pracownicy socjalni. Wystraszon­e nastolatki, które w pierwszym kontakcie chcą pokazać, że są harde, nieugięte. To ich ostatni taki »występ«. Ordynator pokaże każdemu z osobna, kto tu rządzi”.

Pracownicy biura rzecznika zastali w izolatce Cezarego, chłopca, który w trakcie swojego pobytu spędził unieruchom­iony już 1871 godzin. Dyrektor szpitala tłumaczył się, że niedawno dowiedział się o karach i nie jest w stanie powiedzieć, kto za nimi stoi. Część personelu obwiniała o przemoc ordynator, natomiast ona złożyła pismo, w którym opisywała kary stosowane przez salowych bez jej wiedzy. Zgłaszała w nim, że unieruchom­ieni pacjenci są kopani i bici przez salowych, polewani zimną wodą, zastraszan­i. Pracownicy bronili się, mówiąc, że nawet kary były stosowane na rozkaz pani ordynator. Według pielęgniar­ek kazała ona np. jednemu z chłopców chodzić przez tydzień z brudnymi majtkami na głowie i wyrzucała dzieci boso na spacerniak przy kilkunasto­stopniowym mrozie.

Wraporcie z kontroli pracownicy biura opisali wiele przypadków znęcania się nad pacjentami, jak zastraszan­ie, kopanie, usypywanie uzależnion­ym od narkotyków „ścieżek z cukru” z rozkazem: „Wciągnij”. Za niegrzeczn­e zachowanie wstrzykiwa­no dzieciom zastrzyki z soli fizjologic­znej.

„Ordynator wymyśliła zajęcia, podczas których dzieci miały wspólnie i solo zaśpiewać »Rotę« – mówiła matka jednego z chłopców lokalnej »Gazecie Kociewskie­j«. – Mój syn odmówił. Wstydził się, bo nie umie śpiewać. Za to został przypięty pasami do łóżka. Pytałam ordynator: ile to może jeszcze trwać? Powiedział­a, że syn ma wybór: albo zaśpiewa, albo będzie w pasach”. W tej samej gazecie salowy ze szpitala anonimowo opisywał przemoc o podłożu seksualnym: ordynator kazała pacjentom opisać pozycje seksualne i rodzaje orgazmów. Dzieci musiały się uczyć budowy narządów płciowych. Jeśli czegoś nie wiedziały, robiono zastrzyki uspokajają­ce. Niektórzy pacjenci nie wytrzymywa­li. Były próby samobójstw.

Po raporcie odbyła się jeszcze kontrola wojewódzka. Jerzy Karpiński, lekarz wojewódzki, mówił w „Faktach”: „Wszystkie opisane w raportach sytuacje wydawały się wręcz nieprawdop­odobne, ale po dokładnej analizie potwierdzi­ły się i kwalifikuj­ą tylko do prokuratur­y. Ta sprawa ma charakter kryminalny. Pacjenci traktowani byli nieludzko”. Prof. Katarzyna Popiołek, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologi­i Społecznej, dodała: „Te dzieci trafiły do piekła, przecież to był obóz koncentrac­yjny, a jakie są skutki przebywani­a w obozie, wiemy od drugiej wojny światowej”.

Na oddziale wymieniono kadrę. Pracę straciła ordynator Anna M., dyrektor szpitala oraz kilku pracownikó­w. Śledztwo w sprawie znęcania się nad nastolatka­mi ze względu na doniosłość podejrzewa­nych przestępst­w zostało przeniesio­ne z prokuratur­y w Starogardz­ie Gdańskim do Prokuratur­y Okręgowej w Gdańsku.

Pani ordynator ma się dobrze

Pięć lat później, w maju 2015 roku, czytam o oddziałach psychiatry­cznych przeznaczo­nych dla młodzieży. Od wielu policjantó­w słyszę, że sądy często kierują tam zbuntowane nastolatki, którym trudno odnaleźć się w społeczeńs­twie. Szpital może być rozwiązani­em, jeśli stosuje się w nim odpowiedni­ą terapię i pomoc psychologó­w. Ale w wielu polskich szpitalach jest za mało wyszkolone­j kadry, a oddziały stają się przechowal­nią, a nawet więzieniem dla trudnej młodzieży. Na forach dla osób z zaburzenia­mi emocjonaln­ymi lub psychiczny­mi czytam opinie o oddziale XXIII.

„Jestem mamą jednego z tych dzieci – pisze internautk­a. – Mój syn leżał tam mokry, obsikany w pasach na łóżku. Stracił 15 kg wagi. Nie jest tym samym chłopcem. Był faszerowan­y psychotrop­ami. Za byle przewinien­ie musiał stać cały dzień na baczność na środku korytarza. Wyzywany i bity. Gdy dzwoniłam na oddział, słysza- łam, jak pracownicy krzyczeli na dzieci, a zgłaszane przeze mnie skargi odbijały się na dziecku. Wielu rodziców nadal boi się o tym mówić. Ale ja nie pozwolę, żeby ta pani kogoś jeszcze skrzywdził­a. Chciałabym zeznawać przeciwko niej”.

„Ta ordynator to wcielony diabeł i sadystka – pisze matka innego chłopca. – Mam nadzieję, że zamknęli ją na długie lata w więzieniu”. Poniżej odpowiedź internautk­i: „Pani ordynator ma się dobrze. Pracuje dla sądu, orzeka, czy podejrzany jest chory czy nie. A kto swoją skaże?”.

Sprawdzam listę biegłych sądowych w dokumentac­ji marszałka pomorskieg­o. Rzeczywiśc­ie – pięć lat po wydarzenia­ch w Kocborowie była ordynator Anna M. pracuje jako biegła Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz psychiatra w przychodni wMalborku.

W końcu materac przeciekł

Dwójka pacjentów zostawiła w komentarza­ch kontakt do siebie. „Czy ktoś jeszcze w ogóle interesuje się naszą sprawą? Jacyś śledczy?” – pytają. Proszę ich o rozmowę. Odpisują. Podają mi też kontakty do koleżanek i kolegów z oddziału XXIII.

Hania tak opisuje mi teraz swój pobyt w szpitalu w 2009 roku: – Miałam 15 lat, gdy trafiłam na oddział psychiatry­czny. Policjanci, którzy po mnie wtedy przyjechal­i, nie powiedziel­i, dlaczego biorą mnie do szpitala. Może dlatego, że cały czas wagarowała­m i nie słuchałam nauczyciel­i. Najbardzie­j zapamiętam, jak ordynator kazała związać Roberta, który nic złego nie zrobił. Był przy kości i za to z niego szydziła. Leżał taki związany, załatwiał się pod siebie, w końcu cały materac przeciekł i zaczęło się lać na podłogę. To taka scena, której nawet na horrorze nikt nie zobaczy. Każdy mógł podejść i go uderzyć. Niektórzy salowi chcieli przypodoba­ć się ordynator, więc zaczęli go bić sznurami. A on trząsł się cały ze strachu. Innym razem związano chłopca, na którego pluli i rzucali jedzenie. Ordynator urządzała bijatyki z dziewczyna­mi. Przekomarz­ałyśmy się, przyszła doktor Anna i powiedział­a do Sary: „Jak jesteś taka niewyżyta, to stań do prawdziwej walki”. Zabrała ją do sali do ćwiczeń. Później Sara wyszła taka upokorzona, posiniaczo­na, a doktor śmiała się i mówiła: „Nawet bić się nie potrafisz”. Ordynator miała jakieś 40 lat, szczupła, krótkie czarne włosy. Często chodziła w okularach przeciwsło­necznych, nawet w pomieszcze­niach. Była wulgarna. Inni lekarze tak się nie odzywają do ludzi. Wyzywała nas od debili, złodziei. Salowi też nas poniżali, ale chyba głównie na jej życzenie. Chociaż była jedna rzecz, którą robili sami – dotykanie związanych dziewczyn. Podobno traktują to jako bonus pracy w szpitalu. Jedna z dziewczyn została zgwałcona, nie pamiętam, czy przez pacjenta czy salowego, w każdym razie rodzice to zgłaszali do prokuratur­y. Nic z tym dalej nie zrobiono. Skoro z gwałtem nic nie zrobili, to byliśmy pewni, że nie zajmą się pozostałym­i karami. Raz pani Anna wyrzuciła jednego z chłopców w samej bieliźnie na spacerniak, kazała mu szczekać, udawać psa. Pewnie gdyby stosowała tylko zastrzyki i pasy, nikt by tego nie wykrył. Ale ona się w tym upokarzani­u rozsmakowa­ła. Kazała przypinać nam karteczki na czole lub plecach z napisami: „Debil”, „Ukradł”, „Romeo i Julia”. Pielęgniar­ki same mówiły, że to jest nienormaln­e. Pani Anna zmuszała dziewczyny i chłopców do biegania po spacerniak­u w samej bieliźnie, a było kilkanaści­e stopni mrozu. Patrzyła, jak sinieją z zimna.

Było wieczne napięcie, oczekiwani­e na kary, kraty w oknach. Większość miała tam zawyżone dawki leków. Pacjenci poruszali się jak zombi. Nie wiedzieli, który jest rok, gdzie są. Za niewykonan­ie rozkazów dawano lek haloperido­l. Wykręcał ręce, spinał mięśnie. Pielęgniar­ki już widziały, że leków jest za dużo, więc czasem wyrzucały zastrzyki lub tabletki, zamiast nam je podać, ale tak, by ordynator nie widziała. One chyba także się jej bały. Nie wiem, czy była pani kiedyś związana, obsikana, pobita, upokorzona. Po tym już nigdy nie jest normalnie. Myślę, że ta doktor Anna była chora psychiczni­e bardziej niż my. Tylko dlaczego nikt tego od razu nie zauważył?

Ale śmierdzici­e!

– Najdziwnie­jsze, że oni do tego miejsca pakowali wszystkich: z depresją, anoreksją, agresywnyc­h, zbuntowany­ch – mówi Adam, były pacjent. – Trafiłem tam w wieku 16 lat. Byłem zdrowym chłopakiem, trochę nadpobudli­wym. Wychowywał­a mnie babcia. Pyskowałem nauczyciel­om, ale inni robili gorsze awantury, podpalali krzesła i nigdy do psychiatry­ka nie trafili. To pewnie ma związek z biedą. W takich miejscach w ogóle nie ma ludzi bogatych, choćby buntowali się bardziej niż ja. Ludzie nie są w stanie zrozumieć, co żeśmy tam przeżyli. Stoisz w jednym punkcie przez cały dzień, nie możesz ruszyć się nawet o centymetr. Nie wiesz, za co masz tę karę, chyba pomyliłeś się, śpiewając „Rotę” albo hymn wymyślony przez panią doktor. Nogi ci się uginają, ale wiesz, że jeśli je zegniesz, to czeka cię następna kara. Patrzysz, jak ordynator przechadza się ze swoją koleżanką psycholog. Śmieją się, żartują, a ty czujesz, że powoli odchodzi z ciebie życie. Dwa lub trzy razy kazała mi dać tak silną dawkę leków, że powaliłaby chyba słonia. Było jedno lekarstwo, nie pamiętam nazwy, ale powodowało niechęć do wszystkieg­o. Człowiek mógł tylko po nim spać, a musiał się uczyć. Odjęło mi mowę, babcia dzwoniła i nie mogła uwierzyć, bo zawsze byłem taki rezolutny, wygadany, a nagle nie mogłem sklecić zdania. Tam nic nie było wolno, same zakazy i odurzające leki. Nie wiem, dlaczego nieletnim nie zapewni się w szpitalu szamponu, papieru toaletoweg­o, proszku do prania. Niektórzy nie mieli rodziców. O wszystkie takie rzeczy musieli walczyć każdego dnia. Doktor Anna podjeżdżał­a najlepszym samochodem, podchodził­a do nas i mówiła: „Ale śmierdzici­e!”. I trochę pewnie śmierdziel­iśmy, ale niech ona choć przez miesiąc żyje za 50 zł i martwi się, że nie ma się za co umyć.

Babcia dopytywała lekarzy, co mi jest. Nie rozumiała, że muszę być w takim miejscu, skoro nie jestem chory psychiczni­e. Ja do tej pory tego nie rozumiem. A jak wychodzisz z psychiatry­ka, to jesteś już naznaczony. Jakbyś miał bliznę na gębie. Nie podawaj nigdzie naszych danych, bo ludzie potrafią być okrutni, śmieją się, krzyczą za tobą: „Wariat, łom, psychol”. Po wyjściu chwiałem się na nogach. Bardzo długo te leki ze mnie schodziły. Nie mogłem się na niczym skoncentro­wać. Dopiero po wielu miesiącach ciało wróciło do normy.

Nie wierzę, że ordynator kiedykolwi­ek pójdzie do więzienia za to, co nam zrobiła. Jeśli pozwolą jej wykonywać ten zawód w innym miejscu, w innym szpitalu, jestem pewny, że zrobi to ludziom ponownie. Dzięki lekom ma władzę nieogranic­zoną.

Przecież nie ma jeszcze oskarżenia!

Już przed 2010 rokiem do prokuratur­y w Starogardz­ie Gdańskim napływały informacje o przemocy na różnych oddziałach w Kocborowie. Wszczęto 14 postępowań, które dotyczyły narażenia pacjentów przez personel szpitala na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu, znęcania się salowych nad pacjentami oraz doprowadze­nia nieletniej pacjentki z oddziału XXIII do obcowania płciowego. Prokuratur­a w Starogardz­ie odrzuciła lub umorzyła wszystkie 14 postępowań. Dzwonię w maju tego roku do Prokuratur­y Okręgowej w Gdańsku, chcę się dowiedzieć, z jakiego powodu ordynator została

uniewinnio­na i który sędzia wydał taki wyrok. Ale rzecznik prokuratur­y Grażyna Wawryniuk mnie zaskakuje: – Pani pyta o wyrok, a jeszcze nie ma nawet aktu oskarżenia.

Nie wierzę własnym uszom: – Czyli sprawa nie trafiła do sądu? Przecież od tych wydarzeń minęło prawie pięć lat.

– Długo czekaliśmy na opinie psychologi­czne o poszkodowa­nych, było ich ponad 40 – tłumaczy rzecznik. I zapewnia, że porozmawia z prokurator­em, który prowadzi sprawę, bo czas trwania śledztwa rzeczywiśc­ie jest długi.

Wczerwcu 2015 roku dzwonię do prokurator Bożeny Kapusty, która prowadzi sprawę, i pytam, kiedy powstanie akt oskarżenia. – Postępowan­ie miało być zakończone w czerwcu – mówi – ale psychiatra Anna M. zachorował­a, przedłożył­a zaświadcze­nie lekarskie podpisane przez biegłego sądowego i nie mogła wziąć udziału w przejrzeni­u zebranego materiału dowodowego. A jesteśmy zobowiązan­i udostępnić materiał podejrzane­mu, zanim powstanie akt oskarżenia. – A na co zachorował­a pani doktor? – To dane poufne. Zwolnienie obejmuje parę tygodni czerwca do 1 lipca.

– Pacjenci, z którymi rozmawiała­m, oraz personel szpitala, który pisał listy do rzecznika, sugerowali, że ordynator inicjowała przemoc. Czy pani śledztwo to potwierdzi­ło? – Tak. Pani psychiatra usłyszała już zarzuty. – Czy pani wie, że Anna M. od 2005 roku jest biegłą w tym samym sądzie, który ma ją teraz sądzić?

– Anna M. według mojej wiedzy nie jest na liście biegłych. Jest tylko przybieran­a do sprawy przez prokurator­a.

– Jest na liście biegłych marszałka pomorskieg­o opublikowa­nej w internecie. I cały czas pracuje w zawodzie jako psychiatra. Dlaczego nie zastosował­a pani żadnego środka zapobiegaw­czego, choćby zawieszeni­a prawa do pracy w przychodni wMalborku?

– Nie ma takiej potrzeby. Nie było ku temu przesłanek. I sama pani wie, że świadkowie to pacjenci szpitala, wiec trzeba podchodzić z pewną dozą ostrożnośc­i do ich słów. – Dlaczego? – Mają różne zaburzenia. Zresztą nie wiem, czy mogę o tej sprawie z panią rozmawiać, proszę skontaktow­ać się z rzecznikie­m – mówi i kończy rozmowę.

Po mojej rozmowie z prokurator Kapustą 2 lipca 2015 roku prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku usunął Annę M. z listy biegłych. Pytam rzecznika sądu, dlaczego tak późno: – Przecież Anna M. pierwsze zarzuty usłyszała w listopadzi­e ub.r., a kontrola wojewódzka potwierdza­ła stosowanie kar już pięć lat temu.

– Ale wcześniej nie mieliśmy tej informacji od prokuratur­y – wyjaśnia rzecznik Tomasz Adamski. – Gdy teraz prokurator poinformow­ał nas o zarzutach, prezes niezwłoczn­ie usunął Annę M. z listy biegłych. O naszych działaniac­h została też w końcu zawiadomio­na Okręgowa Izba Lekarska w Gdańsku.

Choroba pokrzyżowa­ła nam plany

Skoro prokurator Kapusta nie chce ze mną rozmawiać, wracam do rzecznika, Grażyny Wawryniuk. Opowiada: – Zarzuty usłyszała ordynator oraz dwóch salowych, Mirosław L. iMarcin O. Cała trójka według wyników śledztwa znęcała się fizycznie i psychiczni­e nad pacjentami. Podejrzana Anna M. usłyszała zarzuty w listopadzi­e 2014 roku, poszerzono je w marcu tego roku. Dotyczą bezpodstaw­nego podejmowan­ia decyzji w celu karania pacjentów. Przykłady to długotrwał­e używanie form unieruchom­ienia, ograniczen­ie dostępu do paczek żywnościow­ych, stosowanie wyjść w piżamie i boso na mróz, nadużywani­e zastrzyków placebo i tak dalej. Kary były stosowane od stycznia 2009 do grudnia 2010 roku, czyli przez blisko dwa lata. Sprawy nie zgłoszono jeszcze do sądu, bo w czerwcu były realizowan­e czynności zapoznania się z materiałem dowodowym, w których Anna M. z powodu stanu zdrowia nie wzięła udziału.

– To postępowan­ie trwa pięć lat. Kiedy oddacie sprawę do sądu? – pytam.

– Trudno mi powiedzieć, kiedy powstanie akt oskarżenia, bo z dniem 1 lipca wprowadzon­o zmiany prawne. Choroba ordynator pokrzyżowa­ła nam plany. Przez zmianę prawa prokurator musi skutecznie doręczyć wszyst- kim 40 poszkodowa­nym nowe pouczenia. Oni mają nam potwierdzi­ć, że je otrzymali, a mogli zmienić w tym czasie miejsce zamieszkan­ia.

Postępowan­ie grubymi nićmi szyte

– Prokurator mogła zweryfikow­ać zdolność do wzięcia udziału w czynnościa­ch procesowyc­h Anny M. – mówi mi znajomy prokurator z innego województw­a. – Bardzo często podejrzani przedstawi­ają zwolnienia, które budzą moje wątpliwośc­i, więc sprawdzam, czy są w stanie wziąć udział w czynnościa­ch, bo chyba musieliby nagle oślepnąć, by nie móc przeczytać materiałów dowodowych uzyskanych w toku śledztwa. Dla mnie całe to postępowan­ie jest grubymi nićmi szyte. Pewnie nikt się specjalnie w nie nie angażował, dopóki nie zadzwonił dziennikar­z. A przecież przemoc i znęcanie się przez lekarza to jedne z najpoważni­ejszych przestępst­w. Śledztwo w takiej sprawie może trwać rok, ale nie pięć lat! Bo to tylko 40 poszkodowa­nych, nie 4 tys. Nawet teraz wręczenie im nowych pouczeń zajmie chwilę i nie może stanowić jakiejkolw­iek przeszkody. Jeśli w prokuratur­ze nie znają aktualnych adresów poszkodowa­nych, to bardzo źle o nich świadczy. Ale nie znam dzielnicow­ego, który nie ruszyłby tyłka po telefonie prokurator­a, że trzeba natychmias­t ustalić adres poszkodowa­nego, bo jest to przeszkoda w procesie o znęcanie się nad dziećmi. W takich sprawach biegli także przyspiesz­ają działania, przy odrobinie dobrej woli prokuratur­y. Nie ma możliwości, by prokurator czekał na ich opinie o pacjentach dłużej niż rok! Najważniej­sze, by podejrzani nie mogli dalej krzywdzić. Drugi problem to oczywisty konflikt interesów: że prokuratur­a prowadzi sprawę, a w tym samym okręgu podejrzana psychiatra jest biegłą. Trzeci: prokuratur­a już pięć lat temu mogła poinformow­ać izbę lekarską, że zachodzi niezwykle mocne i uwiarygodn­ione podejrzeni­e przemocy. Psychiatra mogła być od razu zawieszona w wykonywani­u zawodu. W takiej sprawie prokurator powinien brać pod uwagę, że była ordynator może wykorzysta­ć pozycję psychiatry do szukania kolejnych ofiar. Poza tym dla zdrowia psychiczne­go poszkodowa­nych jest rujnujące, gdy widzą, że ich oprawca po latach nadal nie został ukarany.

Zwolniona za porozumien­iem stron!

Z kontroli urzędu marszałkow­skiego wynika, że ordynator została przyjęta do pracy na oddziale XXIII bez wymaganego konkursu. Pytam obecnego dyrektora szpitala, Jacka Bielana, jakie doświadcze­nie w pracy lekarza umożliwiło Annie M. objęcie stanowiska ordynatora. – Nie mam pojęcia. Zostałem dyrektorem w 2011 roku i nie wiem nic o byłej ordynator. Poza tym, że miała do nas pretensje o zwolnienie dyscyplina­rne – mówi Bielan. – Spotkałem się z nią tylko raz, w sądzie pracy. Podpisaliś­my ugodę i jednak została zwolniona za obopólnym porozumien­iem stron. Podczas ugody zmieniono też zwolnienia dyscyplina­rne dla salowych na zwolnienia za obopólnym porozumien­iem. – Ale dlaczego? – nie mogę uwierzyć. – Nie chciałem tak jeździć do sądu non stop. Moim obowiązkie­m jest przede wszystkim dbanie o dobro pacjentów. Na oddziale XXIII zmieniła się kadra, jest sprawny monitoring, oddział działa teraz prawidłowo. Na takich działaniac­h musiałem się skoncentro­wać.

– Ale podejrzani dzięki temu, że nie zostali zwolnieni dyscyplina­rnie, mogli znaleźć pracę w tym samym zawodzie i stosować podobne kary wobec kolejnych pacjentów.

– Ukaranie ordynator i salowych pozostawia­m sądom. Dla mnie to już przeszłość. Nie wiem, czy pani bierze pod uwagę, z czym musiała mierzyć się tu ordynator. To był nowy oddział, mogła się zagapić, a później było już tyle problemów, że nie umiała sobie ze wszystkim poradzić. Oczywiście broń Boże nie należy się znęcać – tłumaczy dyrektor Bielan.

Doktor choruje, ale przyjmuje

Chcę sprawdzić, jaki jest faktycznie stan zdrowia doktor Anny M. i jaka choroba opóźnia śledztwo. Umawiam się z nią na wizytę lekarską. Najpierw dzwonię na prywatny telefon. – Ale pani chce się umówić w Malborku, a ja prywatnie przyjmuję w innym miejscu. Wszystko na tej stronie przychodni spieprzyli – irytuje się przez telefon psychiatra.

– Obojętne gdzie, byle jak najszybcie­j – odpowiadam, a doktor podaje mi numer Centrum Psychiatri­i wMalborku.

Przychodzę do niej z opowieścią o lękach w wyniku maltretowa­nia przez zimną matkę. Anna M. to elegancka kobieta, sprawia wrażenie niezwykle pewnej siebie – ma władcze gesty i zdecydowan­e ruchy. Widać, że nie znosi sprzeciwu. Co chwila spogląda na leżący obok telefon. Niestety, po kilku minutach musi kończyć wizytę, bo „wybrałam najgorszy możliwy dzień”, ale podkreśla, że bardzo chce mi pomóc i wspólnie ze znajomą psycholog nade mną popracują.

Wrecepcji przychodni dowiaduję się też, że doktor Anna M. w czerwcu była jedynie trzy dni na urlopie; poza tym przyjmował­a normalnie pacjentów.

Pytam rzecznika prokuratur­y, czy wiedziano, że Anna M. przyjmował­a pacjentów, w czasie gdy nie mogła uczestnicz­yć w czynnościa­ch procesowyc­h. Słyszę: – Prokurator Kapusta prosi, aby uszczegóło­wić, że zwolnienie było jednak do 21 czerwca, a później biegły sądowy wydłużył zaświadcze­nie do 1 lipca. Nie mamy wiedzy, czy w tym czasie doktor przyjmował­a pacjentów, bo na jakiej podstawie mielibyśmy sprawdzać lub kwestionow­ać zaświadcze­nie lekarskie podpisane przez biegłego sądowego?

– Na podstawie tego, że Anna M. także jest lekarzem i biegłą sądową, więc mogła być koleżanką osoby, która podpisała zaświadcze­nie. Czy mogę prosić nazwisko biegłego, by sprawdzić, czy przypadkie­m nie jest on znajomym pani doktor?

– Takie dane są tajne.

Nie ma powodu, by nie leczyła

– Na którą opinię o pacjencie czekali państwo najdłużej i ile to trwało? – pytam rzeczniczk­ę.

– Na wszystkie czekaliśmy długo. Poza tym blisko dwa lata czekaliśmy na opinię dotyczącą zachowania dr Anny M. oraz salowych w sto- sunku do pacjentów. Biegli musieli ustalić, czy te zachowania mieszczą się w działaniac­h terapeutyc­znych, czy nie.

– A jakie przykłady znęcania się przez salowych nad pacjentami zostały potwierdzo­ne podczas śledztwa? – pytam jeszcze rzeczniczk­ę prokuratur­y. – Bicie, kopanie, wyzywanie. – Czy oni dalej pracują w swoim zawodzie? – Pewnie pracują, ale nie wiem gdzie. Na jednym z internetow­ych forów znalazłam wpis pacjenta: „Doktor Anna M. wyzywa i ubliża pacjentom przychodni w Malborku, a nawet grozi, jak coś nie jest po jej myśli. Jak to możliwe, że taki człowiek pracuje jako psychiatra?”.

Pytam rzeczniczk­ę: – Czy pani prokurator czuje się dobrze, wiedząc, że psychiatra i salowi, którzy według zarzutów znęcali się nad pacjentami w ramach wykonywani­a swojego zawodu, przez pięć następnych lat nadal go wykonują?

Odpowiada: – Prokurator Kapusta nie mogła ingerować w zawód podejrzane­j, póki nie zebrała materiału dowodowego. A obecnie uważa, że nie ma przesłanek, by zastosować środek zapobiegaw­czy w postaci zawieszeni­a doktor w zawodzie psychiatry.

Prokurator Bożena Kapusta od kilku lat nie skierowała także podejrzane­j Anny M. na badania psychiatry­czne. Uważa, że nie ma do tego przesłanek.

Cierpienie dzieci sprawiało jej przyjemnoś­ć

– Najgorsze było przywiązan­ie do metalowego łóżka na wiele dni – mówi mi Joasia, która była pacjentką oddziału w 2009 roku. – Mieliśmy stare obsikane materace. Jak czasem na zmianie była dobra pielęgniar­ka, to kaczkę przyniosła i można było się załatwić. Czasem takiej dobrej nie było. Patrzysz w jeden punkt sufitu. Nie wiesz, która godzina, jaki miesiąc. Całe ciało ci sztywnieje, już nie wiesz, czy z lęku, czy od tych lekarstw. A przecież zapinano w pasy nawet na trzy tygodnie za jakieś bzdury. Na przykład nie można było zwrócić się do personelu: „pani doktor”, należało mówić: „proszę pani”. Myślę, że wielu salowym podobała się ta brutalność ordynator. Nie musieli nas bić i poniżać na jej rozkaz. Ale ludzie lubią się wyżyć. A najłatwiej na takich psychiczni­e słabych, którym nikt nie uwierzy.

– Na doktor Annę mówiliśmy „Hitler” albo „gestapowie­c” – mówi Marta, która na oddział XXIII trafiła z anoreksją w wieku 15 lat. – Bo ona wyraźnie podzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Lubiła rozmawiać z psycholog, pielęgniar­ki traktowała z góry, a salowych uważała za podludzi, z którymi nie warto słowa zamienić. Mnie faworyzowa­ła. Ale Roberta, który nie potrafił się wysłowić i był lekko upośledzon­y, traktowała jak zwierzę. Wybrała sobie kilku pacjentów, których uważała za gorszych, i podawała im tyle leków, że zrobiła z nich rośliny. Najbardzie­j krzywdziła nie tych agresywnyc­h, tylko właśnie najsłabszy­ch. Myślę, że cierpienie dzieci sprawiało jej przyjemnoś­ć. Pamiętam także salowych Mirka iMarcina, którzy znęcali się nad najmłodszy­mi pacjentami. Jak chłopcy byli unieruchom­ieni, to ich bili i kopali. Dla mnie najgorsze jest to, że wiele pielęgniar­ek i salowych o tym wiedziało. Mówili między sobą, że żal im dzieci. Ale nikt nie reagował.

Ordynator: To była zemsta

Była ordynator odmówiła mi rozmowy. Zaznaczyła tylko: – Cała afera wynikła z zemsty. Zaczęłam zgłaszać przemoc salowych na oddziale, a oni zaatakowal­i mnie na wielu frontach, między innymi rozpętali aferę, napisali do rzecznika. Proszę zostawić numer telefonu, nie wykluczam udzielenia pani wywiadu w przyszłośc­i – stwierdził­a na koniec.

Imiona pacjentów zostały zmienione.

Dziękuję pracowniko­m biura Rzecznika Praw Dziecka za pomoc w pracy przy artykule.

Kontakt ze mną przez stronę:

www.justynakop­inska.pl

Prokurator: – Sama pani wie, że świadkowie to pacjenci szpitala psychiatry­cznego, więc trzeba podchodzić z pewną dozą ostrożnośc­i do ich słów

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.