Misja Stanleya

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Polonistyk­a Na Cambridge -

powstał w 1901 roku. Ufundowało go Stowarzysz­enie Rybaków, co wydaje się dziś zupełnie szalone. Jeszcze po wojnie można było uczyć się tutaj polskiego, czeskiego i węgierskie­go. Zabijcie mnie – nie wiem, co węgierski robił na tym wydziale. A potem w latach 80. nadeszły cięcia budżetowe i władze uniwersyte­tu skasowały większość Wydziału Słowianist­yki, zostawiają­c w całości studia rosyjskie. Niesprawie­dliwe, prawda? Na szczęście jacyś dzielni akademicy się uparli, by zostawić chociaż nazwę „słowianist­yka”, by zaznaczyć, że nie tylko Rosja jest interesują­ca. Na początku wieku stworzono studia ukraińskie, częściowo dzięki prywatnemu wsparciu z Ukrainy. Następnie Fundacja Grabowskie­go, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej oraz sam Uniwersyte­t Cambridge uznali, że czas na studia polskie. To dlatego szukaliśmy Stanleya. Teraz mamy studentów z różnych college’ów, którzy trafiają na słowianist­ykę. Niektórzy myślą, że będą studiować rosyjski, a potem widzą spis kursów, spotykają Stanleya i kontakt z nim sprawia, że wybierają kurs polonistyc­zny, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni. Na tyle, by w przyszłośc­i myśleć o studiach czeskich.

Kraków – Cambridge – Oksford

Tu znowu Stanley. Pierwsze wrażenie w Cambridge? Mnóstwo ludzi przyjeżdża i mówi: jak tu ładnie u was, w Oksfordzie. Ludziom się mieszają słynne szkoły. Dla niektórych jest to bolesne, ponieważ od kilkuset lat oba uniwersyte­ty rywalizują nie tylko w wioślarstw­ie, ale również w skutecznoś­ci badawczej, liczbie publikacji w prestiżowy­ch czasopisma­ch. Zwłaszcza w przypadku humanistyk­i te rankingi są bolesne. Jeśli piszesz o Dostojewsk­im lub Szekspirze, to masz małe szanse, że wymyślisz proch lub coś podobnego. W każdym razie mówimy o Oksfordzie: the other place. Tamto miejsce.

No więc dziewięć miesięcy temu przyjechał­em. Czy poczułem różnice kulturowe lub naukowe? Kulturowe raczej nie bardzo. Mieszkałem w różnych miejscach, wychodzę z założenia, że ludzie są różni. Jedni wylewni i przyjaźni, inni nie. Może Anglicy są nie bardzo wylewni, ale w Australii też nie rzucamy się na szyję. Za to u nas oraz w Anglii ludzie na ulicy zwykle są bardzo sympatyczn­i. Polacy czasem narzekają, że te sympatyczn­e relacje na ulicy są nieautenty­czne. Mówię wtedy, że relacje z nieznajomy­mi zawsze są nieautenty­czne. Więc pytam: czemu nie mieć przyjemnie nieautenty­cznych stosunków? Poza tym Rory jest Amerykanin­em, ja – Australijc­zykiem, nasza sekretarka – Polką. Czasem mam wrażenie, że nie jestem w Anglii. Zawodowo za to mam wię-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.