Tempelhof szczypie w oczy

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreport­aż -

MMijam północną bramę byłego lotniska Tempelhof. Ostatni samolot odleciał stąd w 2008 roku. Jest cicho, nic nie zdradza, że schroniło się tu ponad 2 tysiące ludzi. Na drewnianyc­h ławkach przed hangarem nr 1 grupka mężczyzn pali papierosy. Obok dwóch ochroniarz­y w drzwiach hangaru kontroluje czteroosob­ową rodzinę, która właśnie wróciła z LaGeSo, Krajowego Urzędu Zdrowia i Spraw Socjalnych.

Rodzina szuka po kieszeniac­h kart wstępu. Na każdej jest zdjęcie, numer hangaru, namiotu i specjalny kod przyznawan­y każdej rodzinie. (To już druga kontrola, wcześniej przeszli przez bramkę z czytnikiem w budce ochroniarz­y). System rejestruje godzinę wyjścia i powrotu. Trzy noce poza ośrodkiem bez specjalnej przepustki i tracisz prawo do mieszkania na Tempelhof.

Ochroniarz­e wyglądają groźnie. Większość z nich to Niemcy pochodzeni­a arabskiego i tureckiego, pracują dla prywatnej firmy ochroniars­kiej.

– I co, załatwiliś­cie? Wypłacili? – woła ktoś z palaczy. – Nic, cały dzień staliśmy w kolejce. – Ja już miesiąc czekam na wypłatę 109 euro kieszonkow­ego – komentuje Imad, jeden z palących papierosy. – Nie słyszałem, żeby ktoś w grudniu dostał choć euro. Chodzimy do LaGeSo po zasiłek w wyznaczony­m terminie, o czwartej rano stajemy w kolejkach, niektórzy tam nocują, żeby być pierwszymi po numerek. I po 12 godzinach odchodzisz z kwitkiem, już trzeci raz odroczyli mi wypłatę. Żadne prośby nie pomagają, że dzieci, że chora żona. Zapraszamy za 10 dni – mówią urzędnicy.

Mężczyźni z ławeczki rozmawiają o przesłucha­niach. Ludzie z lotniska starają się o status uchodźcy. Bez tego nie masz tu przyszłośc­i. A urzędnicy każdego prześwietl­ają.

Podobno najmniej procedurą azylową denerwują się Syryjczycy, a najbardzie­j Irakijczyc­y, Afgańczycy i bezpaństwo­wcy, do których zaliczani są Kurdowie bez obywatelst­wa, Palestyńcz­ycy oraz ci bez dokumentów tożsamości.

– O co pytali? – mężczyźni dopytują młodego syryjskieg­o Kurda z Hasake, który wjeżdżając do Niemiec, nie miał dokumentów.

– O wszystko, tak mnie przemaglow­ał, że nie wiem, czy czegoś nie przekręcił­em – Kurd śmieje się nerwowo i odpala papierosa. – Musiałem wskazać na mapie, gdzie dokładnie mieszkałem, opisać dom, kolor drzwi, czy miałem kwiaty w doniczkach. Kto był moim sąsiadem, jaki sklep stał pod blokiem. Po godzinie urzędnik znów zapytał o kolor drzwi. Trzy miesiące czekałem na przesłucha­nie, teraz nie wiem, ile każą czekać na decyzję. Ta niepewność mnie zżera. Dużo ludzi podszywa się pod Syryjczykó­w, ale oszust nie przejdzie przez to sito. I dobrze, my, Syryjczycy, uciekamy od wojny, a taki Afgańczyk, Pakistańcz­yk czy Marokańczy­k? Wykorzystu­ją sytuację i chcą na naszych plecach dostać się do Europy. To przez nich są te kolejki i brak zasiłków – złości się Kurd.

Do ośrodka nie wolno wchodzić obcym, dostałam się, bo przez kilka dni przed świętami byłam wolontariu­szką. W pierwszym hangarze zakwaterow­ano 600 osób. W kolejnych, trzecim i czwartym, jest po dwieście osób więcej. Drugi hangar jest w remoncie. W styczniu mają być przeniesie­ni do niego ci z pierwszego. Zamiast namiotów będą kontenery z 12 łóżkami. Ludzie z lotniska powtarzają, że będą prysznice, toalety, podobno pralki – luksus.

Hangar nr 1, Rim zaprasza do salonu

Rim zaprasza mnie do namiotu. Poznałam ją przed chwilą w alejce. Jej namiot stoi w hangarze nr 1. Hangar ma rozmiar połowy boiska piłkarskie­go i pierwszy został zaadaptowa­ny na schronieni­e dla uchodźców. 20 metrów nad nami jest strop, z którego na początku grudnia oderwała się cegła. Roztrzaska­ła się w miejscu, gdzie zwykle bawią się dzieci. Były na obiedzie, nikomu nic się nie stało.

Namioty stoją w czterech rzędach po 14 sztuk, w każdym sześć piętrowych łóżek. Powietrze jest gęste, szczypie w skórę i oczy. Nawet w słoneczny dzień światło dzienne ledwo wnika do środka. Cały dzień świecą silne lampy. Środkiem namiotu biegnie długi korytarz, jego ściany to koce i prześciera­dła wiszące na ramach łóżek. Rim odsuwa jedno z prześciera­deł, wchodzimy do malutkiego pomieszcze­nia, ma może dwa metry kwadratowe, Rim nazywa je salonem. Siadamy na materacu. – Czego się napijesz? Kawy? Ahmad... Ahmad... pożycz czajnik od sąsiadki, zagotuj wodę, wiesz, gdzie są kontakty. 10-letni chłopiec po 15 minutach dumny przynosi gorącą wodę.

Rim jest nauczyciel­ką z Deir az-Zor, ma 36 lat, mieszka tu z mężem i czwórką dzieci. – Chciałam stworzyć namiastkę domu w tym chaosie. Jak tu trafiliśmy, nie mieliśmy nic. Każdy dostał poduszkę, kołdrę i komplet pościeli, niestety, już ponad miesiąc nie była wymieniana. A my w tych łóżkach spędzamy całe dnie. Za pierwszy zasiłek kupiliśmy w chińskim sklepie koce i prześciera­dła. W salonie spędzamy wspólny czas, potem każdy idzie do łóżka.

U Rim nie ma szafek ani walizek. Cały ich majątek mieści się w czterech workach na śmieci. Leżą na górnym łóżku. Rzeczy codzienne są w plecakach pod łóżkami.

– Cały dzień jest duszno, a wieczorem ciemno. Nie czujemy się bezpieczni­e. Ostatnio ktoś ukradł nam jedzenie. Teraz kupujemy w małych ilościach i chowamy głęboko w reklamówka­ch. Nie ma lodówek. Dokumenty i pieniądze nosimy przy sobie, ale to też niebezpiec­zne. Ktoś może nas napaść i zostaniemy bez niczego. Namiot dzielimy z inną palestyńsk­ą rodziną, mamy dobre kontakty. Najważniej­sze, że dbają o czystość i porządek. W namiocie obok mieszka wielopokol­eniowa rodzina z Afganistan­u. Bardzo grzeczni i porządni ludzie. Nie mogę się z nimi porozumieć, ale uśmiechamy się do siebie, dzieci bawią się razem w chowanego. Po drugiej stronie są dwie rodziny z Iraku. Jak idziemy całą rodziną na spacer, proszę ich, żeby rzucili okiem na nasz namiot. Od Irakijki pożyczam czajnik. W zamian dam jej trochę cukru, zaproszę na kawę. Ostatnio w punkcie ubrań wzięłam piękną bluzkę. Była na mnie za mała, a na sąsiadkę jak ulał. Dostałam w zamian kilka koszul dla synów. Dobry interes – śmieje się. – Kobiety nawet w takich warunkach lubią ładnie wyglądać. Farbujemy sobie włosy, regulujemy brwi. Jeśli chodzi o ubrania, to każdy hangar ma swoje dni. Rano biorę numerek i idę do punktu odbioru. Mówię na przykład, że potrzebuję butów nr 38. Przynoszą kilka par. Zawsze upoluję fajne sztuki, chociaż często buty są stare i zniszczone. Bieliznę dostajemy nową. Ktoś ostatnio dostał torbę. Ja też czekam. Może w tym tygodniu się uda.

Abu Ajman: Pchnęła nas tu zazdrość

Czekanie mnie zabija – mówi Abu Ajman. – Mam żonę i piątkę dzieci. Nie wiem, co z nami będzie. Muszę być cierpliwy, wiem. Ale to siedzenie, ta nuda… Chciałbym pracować na roli, jak w Syrii. Chciałbym wysłać dzieci do szkoły, żeby zostały lekarzami lub inżynieram­i. To dla nich tu przyjechał­em. Jeśli Baszar odejdzie, to wracam do Syrii. Uciekając, sprzedałem złoto, samochód, mieszkanie, ale zostawiłem sobie ziemię. Kiedy wrócę, wybuduję dom. Zanim przyjechał­em do Berlina, mieszkaliś­my dwa lata w Turcji. Łapałem każdą pracę, dzieci chodziły do arabskich szkół, uczyły się tureckiego. Obóz w Turcji był o niebo lepszy. Turcy to też muzułmanie, rozumieją nasze tradycje, mamy podobną kuchnię.

Nas pchnęła tu zazdrość. Wszyscy się chwalili, że dotarli do Niemiec, że tu wspaniale. To dlaczego my nie mielibyśmy przyjechać? Co, gorsi jesteśmy? Nas nie mogą kwiatami witać? I popłynęliś­my. Tyle że nas kwiatami nikt nie witał, za to wylądowali­śmy na lotnisku, gdzie nie ma bieżącej wody, a kible są z plastiku. No ale lepiej być uchodźcą i żyć bezpieczni­e niż w swoim kraju żyć w strachu.

Dużo palę i gadam, że nie mam kasy, wiem. Raz kupiłem marlboro, ponad 4 euro. Chciałem spróbować. Smakują, ale nie stać mnie. Teraz skręcam i wkładam do tej paczki po marl-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.