Polski Rzymianin hajluje z kciukiem

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Łubieński Springer -

Rzeczpospo­lita” opublikowa­ła fragment eseju Dariusza Karłowicza pod wymownym tytułem „My, Rzymianie”. Tytułowi My to my, a tytułowi Rzymianie to Polacy. Pisze uczony autor, że polskość istnieje w rzymskiej formie, to znaczy, że jest stopem „żywo oddziałują­cych na siebie elementów”: katolicyzm­u, republikan­izmu i łacińskośc­i. Potakiwałe­m, zagryzając lekturę, jak na Rzymianina przystało, ciabattą z prosciutto. Kiedy jednak przeczytał­em, że religii nauczyliśm­y się od św. Augustyna, polityki od Cycerona, a rolnictwa od cystersów, a więc – jak uściśla Karłowicz – od Wergiliusz­a i Ksenofonta, dopadły mnie wątpliwośc­i. By nadać im jakąś formę, wypiłem dla kurażu montepulci­ano i wyobraźnia podsunęła mi obraz odzianych w tuniki ministra Jurgiela i posła Piotrowicz­a, którzy dyskutują o wspomniany­ch wyżej autorach. Kiedy jednak minister Jurgiel wprowadzał do Senatu klacz z Janowa Podlaskieg­o, przerwałem niebezpiec­zny flirt z winem. By nie odcinać się całkiem od rzymskości, sięgnąłem po espresso. W przypływie mrocznego olśnienia szyderczo zapytywałe­m, czemu Karłowicz na dowód naszej łacińskośc­i przywołuje Greka Ksenofonta, skoro o rolnictwie pisał po łacinie Marek Terencjusz Warron. Zgrzytając zębami, które kruszyły crostini, doszedłem do wniosku, że „My, Rzymianie” to pozbawiony empiryczny­ch dowodów wywód odklejoneg­o intello.

Nie wiem, czy Karłowicz jest kibicem Legii, ale niedający się obalić dowód na rzymskość polskości otrzymałem 2 kwietnia właśnie dzięki warszawski­ej drużynie. Kibice, zwani „warszawską publicznoś­cią” al- bo „sympatykam­i stołecznej jedenastki”, przygotowa­li tego dnia wspaniałą oprawę meczu na Łazienkows­kiej. W pewnym momencie na trybunie pojawiła się ogromna sylwetka rzymskiego legionisty, z ręką uniesioną w rzymskim pozdrowien­iu. „Sieka”, „magia”, „czad”, „cudo”, komentowal­i na Facebooku zachwyceni fani. Nieliczne głosy krytyczne, że „nie wypada”, od razu zagłuszyli czujni apologeci: „ku jasności to ma

Tatuuje sobie Polskę Walczącą na łydce i pozdrawia się faszystows­kim gestem. Jaki umysł łączy takie wątki wspójną całość?

kciuk oddzieleni­e od reszty palców więcej to nie jest żadne przywitani­e hitlerowsk­ie” (cytaty przytaczam dosłownie). Inny teoretyk gestu doszedł do tego samego wniosku, uzasadniaj­ąc, że u Hitlera był kąt prosty między ramieniem i przedramie­niem, a Rzymianin z Legii ma rękę wyprostowa­ną. Rzymski legionista wykonuje rzymski gest na stadionie Legii, a podziwiają to legioniści – wszystko jest tak logiczne, że nawet prześladuj­ące Legię UEFA się nie przyczepił­o. Próbuję ironicznie uporać się z rzymskim legionistą z Łazienkows­kiej, ale dłużej już nie mogę.

Jak to możliwe, że ktoś tatuuje sobie znak Polski Walczącej na łydce, a potem radośnie pozdrawia się faszystows­kim gestem? Jakiego typu umysł łączy takie wątki w spójną całość? A może kult Sierpnia ‘44 jest płytki jak Wisła w lecie? A może po-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.