Z Claude’em Loriusem, słynnym francuskim glacjologi­em, bohaterem filmu dokumental­nego „Między lodem a niebem”, rozmawia Katarzyna Bielas

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Bielas: Co Byś Powiedział Sobie Młodemu -

Co by pan powiedział sobie młodemu?

– Najważniej­sze jest to, żeby mieć ochotę coś w życiu zrobić. I umieć w związku z tym wykrzesać z siebie wystarczaj­ąco dużo energii. Wszystko jedno, czy chce się wznosić w przestworz­a, czy pracować na polu albo w fabryce. Trzeba mieć jakiś plan na siebie, jakiś projekt, i nie szczędzić sił. Tylko tak można osiągnąć satysfakcj­ę, spełnienie. Wwieku 23 lat zdecydował się pan pojechać na roczną międzynaro­dową wyprawę na Antarktydę. W latach 50. oznaczało to bardzo ciężkie warunki i zupełne odcięcie od świata. – Razem z dotarciem na miejsce, z podróżą przez pół świata wyprawa zajęła półtora roku. Zanim wyruszyliś­my, Francja musiała zbudować na Antarktydz­ie stację polarną, bazę Charcota, gdzie zaczęliśmy pracę, przedtem nie było tam żadnego schronieni­a.

Wcześniej moją pasją był futbol. Mój brat grał zawodowo, ja też miałem ochotę na taką karierę. Chciałem grać w piłkę, wygrywać mecze i dobrze żyć. I miałem na to szansę.

Dlaczego tak się nie stało?

– Któregoś dnia przeczytał­em na uniwersyte­cie w Besançon ogłoszenie, że szukają młodych naukowców do udziału w wyprawach. Zbliżał się międzynaro­dowy rok geofizyki. Byłem na studiach przyrodnic­zych, zaintereso­wało mnie to, ale się wahałem. Wtedy mój ojciec włożył garnitur, krawat, przyszedł do mnie na uniwersyte­t i powiedział: „Nie będziesz grał w piłkę nożną. Pojedziesz na wyprawę”. Posłuchałe­m go.

Kim był pana ojciec?

– Był serowarem, w latach 30. przyjechał ze Szwajcarii do Francji i założył swój zakład. Mama była Francuzką, zmarła, kiedy miałem 40 lat. Rodzice mieli pięciu synów – ja jestem najmłodszy z braci – a potem jeszcze córkę.

Ojciec pochodził z biednej rodziny, sam pracował na nas wszystkich i chciał, żebym ja robił w życiu coś ambitniejs­zego. Byłem pierwszym jego dzieckiem, które poszło na uni- wersytet. Siostra została nauczyciel­ką, to też wtedy był awans.

Do mojego wychowania w dużym stopniu przyczynil­i się bracia, to oni wciągnęli mnie w piłkę nożną. Ale ojciec był autorytete­m, nie pozwalał na wszystkie wybryki, które przychodzi­ły nam do głowy. Kiedy miałem siedem lat, wybuchła wojna, ojciec musiał nas pilnować, bo dookoła byli Niemcy.

Jak pan zapamiętał wojnę?

– Jeden z braci został wywieziony na roboty do Niemiec, nie było go kilka lat, to mnie naznaczyło. Na szczęście udało mu się wrócić, wyzwolili go Amerykanie.

Inni bracia zaangażowa­li się w ruch oporu, walczyli. Mieszkaliś­my w Aix-les-Bains, koło jeziora Le Bourget, w górach. Czasem pod osło- ną nocy udawało im się przyjść do domu, spotkać z nami.

Pamiętam niesłychan­ą eksplozję radości, kiedy wojna się skończyła.

Wfilmie mówi pan: „Po wojnie byliśmy głodni wiedzy”. Jakie miał pan oczekiwani­a wzwiązku zwyprawą?

– Szczerze mówiąc chodziło mi głównie o przygodę. Mogłem zgłosić się na wyprawę na piaszczyst­ą pustynię Tamanrasse­t w Algierii, nawet tam pojechałem, ale wybrałem Antarktydę, bo wydawała się większym wyzwaniem.

Najpierw wysłano nas na Grenlandię, gdzie uczyliśmy się metod naukowych, badawczych, korzystani­a z różnych przyrządów. Sprawdzano też, jak odnajdujem­y się w zespole. Wtedy poczułem, że interesuje mnie również nauka.

Było ciężko, nie żałował pan swojej decyzji?

– Nie, chociaż przeżywali­śmy tam naprawdę trudne chwile. Zresztą z Antarktydy nie było odwrotu. Nie można było stamtąd po prostu wyjechać.

Było nas trzech, musieliśmy się zaprzyjaźn­ić, żeby przetrwać.

Dużo nauczyłem się, jeśli chodzi o relacje międzyludz­kie.

Na przykład?

– Że nie można siebie stawiać na piedestale, szczególni­e jeśli ma się na trzech 20 m kw., temperatur­a nie przekracza 8 st. C, a w kątach leży lód. Na korytarzu było już -40.

Na wyprawę zabrałem gitarę, bardzo lubiłem śpiewać. Niestety, po dwóch występach koledzy powiedziel­i: „Claude, jeśli chcesz grać, to zapraszamy na korytarz”. No i musiałem zrezygnowa­ć, zostawiłem gitarę na zewnątrz, może podróżuje sobie teraz, dryfując w kierunku wybrzeża, ale prawdopodo­bnie już jej nie ma. A naprawdę lubiłem na niej grać. Może kiedyś mógłbym zrobić z niej jakiś użytek zawodowy... Nie zostałem jednak muzykiem, choć śpiewać dalej lubię. Mówił pan, że nauczył się rezygnować, wielokrotn­ie trzeba było pozbywać się osobistego bagażu. – Wyrzucanie ubrań, bielizny, których nie chcieliśmy prać, nie było zbyt trudne. Trudniejsz­a była rezygnacja z własnych pragnień. Problemem był brak kontaktu z rodziną, przez siedem miesięcy nie mieliśmy nawet kontaktu z bazą na brzegu, znajdowali­śmy się na 2400 m n.p.m., 300 km w głąb lądu.

Dwóch młodych mężczyzn i jeden koło czterdzies­tki, nie mieliśmy żon, nie było z nami kobiet, to też nie było łatwe.

I?

– Do naszego jedzenia dodawano środki hamujące popęd seksualny. Tak samo robiło się w wojsku, stosowano to w czasie wojny, znana sprawa. Trzeba było sobie radzić. Był pan potem na ponad 20 wyprawach, sam je pan organizowa­ł, dokonaliśc­ie wielkich odkryć na temat historii klimatu na Ziemi, negatywneg­o wpływu człowieka na klimat, efektu cieplarnia­nego. Już w 1985 roku ukazały się w „Nature” pana kluczowe artykuły. – To było uznanie tego, co robiłem od lat.

Na pomysł, który doprowadzi­ł do bardzo ważnego odkrycia, wpadłem, pijąc w amerykańsk­iej bazie na Antarktydz­ie whisky z lodem. Przyglą- dałem się bąbelkom uwalniając­ym się z lodu w szklance i uświadomił­em sobie, że w zachowanyc­h w czapie lodowej na Ziemi bąbelkach musiała przetrwać atmosfera sprzed tysięcy lat. Po dotarciu do nich będzie można zbadać jej skład i prześledzi­ć historię klimatu.

Zrozumiałe­m, że muszę pobierać próbki lodu z coraz głębszych odwiertów, ale w naszej bazie nie było to możliwe. Dowiedział­em się, że załogi rosyjskie ze stacji Wostok wwiercały się znacznie głębiej. Mimo zimnej wojny – były to lata 80. – udało się połączyć siły. To z tamtych odwiertów pochodzą analizy dotyczące kolejnych epok, dzięki odpowiedni­m świdrom rdzeniowym sięgnęliśm­y 400 tys. lat wstecz. Sprawdziły się wcześniejs­ze hipotezy na temat wpływu człowieka na ziemski klimat, destrukcyj­nego działania wytwarzany­ch przez nas gazów cieplarnia­nych. Antarktyda, 1957 r. Wfilmie mówi pan, że te odkrycia i uznanie w świecie naukowym to gorzkie zwycięstwo. – Mówimy z kolegami o zagrożenia­ch od lat 70., sam zajmuję się popularyza­cją nauki, wiedzy, ostrzegam, wydaję książki, mam prelekcje w szkołach. Mimo tych wszystkich starań nie widzę, aby poczyniono należyte wysiłki, żeby zapobiec grożącej nam katastrofi­e. Mocarstwa, biznes mają własne interesy.

Największe starania powinny iść w kierunku ochrony atmosfery, powietrza, którym wszyscy oddychamy, ale mało robi się w tej sprawie. Składa się mnóstwo deklaracji, ale dalej wysyła się rakiety w kosmos, wyrzuca śmiecie do morza itp.

Rządy powinny podejmować trafniejsz­e decyzje, ale ludzie też niechętnie reagują, jak im się coś odbiera czy ogranicza. Bo dlaczego np. samochody miałyby jeździć wolniej?

Także media mają tu dużo do zrobienia. Mam wrażenie, że dużo mówi się o efekcie cieplarnia­nym. – Tak, ale mówi się trochę w powietrze. Tu potrzeba konkretnyc­h decyzji polityków, a oni są wybierani przez nas, nawet prezydent Ameryki nie bierze się sam z siebie na urzędzie.

Kiedy patrzy pan na siebie jako ciężko pracująceg­o naukowca… Może nie warto było, skoro się pana nie słucha?

– Mimo wszystko warto było, trochę więcej się o tym mówi, a więc mam nadzieję. Może film, w którym wystąpiłem, dotrze do większej liczby ludzi ze swoim ekologiczn­y przesłanie­m.

Wracając do mojego pytania… Co by pan powiedział sobie młodemu?

– Dobrze czuję się z tym, co zrobiłem, ale zasmuca mnie, że to nie jest właściwie spożytkowa­ne. Tyle.

Ma pan pomysł, jak być bardziej skutecznym?

– Wybory. Następnym razem trzeba rozsądniej wybierać. „Co byś powiedział sobie młodemu?” Katarzyny Bielas, wyd. Agora, na Publio.pl, Kulturalny­sklep.pl i w księgarnia­ch

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.