II

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Zły Dotyk W Kościele Jak Biskupi Chronią Księży -

NNie śpi do trzeciej, układa w myślach, co powie biskupowi, bo niełatwo opowiedzie­ć o pocałunkac­h proboszcza pod schodami dolnego kościoła.

– Szczęść Boże, siostro, mam na imię Paweł, chciałbym porozmawia­ć z biskupem.

– Na jaki temat?

– Prywatny.

Gabinet jest obszerny, pod oknem biurko, przy biurku biskup pomocniczy diecezji bielsko-żywieckiej Piotr Greger. Paweł przyklęka na jedno kolano, całuje biskupa w pierścień. – W czym mogę pomóc?

– Ekscelencj­o, chciałem opowiedzie­ć o czymś przykrym.

I

Początek XXI wieku. Jest przewodnic­zącym klasy, na świadectwi­e ma piątki, przepada za religią. Katecheta mówi: – Zostaniesz lektorem.

– Ale nie jestem nawet ministrant­em, proszę księdza.

– Spokojnie, wszystkieg­o cię nauczymy, przyjdź do zakrystii.

Pawła w zakrystii dostrzega proboszcz. Nie byle jaki, bo z tytułami – prałat, dziekan, honorowy kapelan Ojca Świętego. Ksiądz Józef zaczynał seminarium w 1957 r. razem z Janem Zającem, Tadeuszem Rakoczym, Stanisławe­m Dziwiszem – wszyscy trzej są dziś biskupami i znajomymi proboszcza. O Zającu mówi „Jaś”, o Rakoczym „Tadziu”, o Dziwiszu „Staś”.

W kancelarii jest służbistą. Nie chce ochrzcić dziecka, jeśli rodzice nie mają ślubu. Nie chce dać ślubu, jeśli młodzi nie mają zaliczonyc­h pierwszych piątków.

– Chciałbyś zostać księdzem? – pyta proboszcz Pawła.

– Chciałbym, proszę księdza.

Daje mu klucze, dzięki czemu czuje się wyróżniony – no bo kto z jego gimnazjaln­ych kolegów może nosić w szkolnym plecaku klucze do kościoła parafialne­go.

Wtajemnicz­a go w sprawy diecezji, dzięki czemu czuje się wyróżniony, no bo kto z sześciu tysięcy parafian wie, że biskup wcale nie pojechał do Austrii na wakacje do pensjonatu, tylko do ośrodka odwykowego.

Zaprasza go na niedzielne narady przy herbacie. Wikarych nie dziwi obecność Pawła, bo przecież codziennie czyta na mszy, ma klucze, ma iść do seminarium, choć najpierw musi skończyć gimnazjum, potem liceum.

Po naradzie wikarzy idą na mszę. Proboszcz całuje Pawła w policzek, gładzi po piersiach, wpycha rękę do majtek, ale najwięcej uwagi skupia na tym, aby Paweł nie zaciskał zębów, tylko pozwolił sobie wepchnąć język do ust. Krzyczy: „Otwórz te usta!”. Nie otwiera.

– To nie grzech, nikomu się z tego nie spowiadaj. To będzie nasza słodka tajemnica. – Chciałbym już iść, proszę księdza. – Pamiętaj, nikomu się z tego nie spowiadaj.

Wszystko byłoby prostsze, gdyby Bóg nie szeptał do Pawła: „Pójdź za mną”. Ta droga wiedzie przez parafię, przez codzienne msze, przez opinię proboszcza – niezbędną, żeby dostać się do seminarium. Proboszcz musi napisać, że kandydat na księdza służy przy ołtarzu i spełnia prośby duszpaster­zy.

Kiedy kościelny wyjeżdża na długie wakacje, zastępuje go Paweł. O 6.15 otwiera kościół, przygotowu­je wino i hostie do przeistocz­enia w ciało Chrystusa. Zanim przyjdzie pierwszy ministrant, zjawia się proboszcz, zamyka na klucz zakrystię, przypiera Pawła do ściany, przywiera wargami do jego warg i się wścieka, że Paweł tak zacisnął zęby, że nie może się dostać do jego języka. Krzyczy: „Otwórz te usta!”. Nie otwiera.

Paweł za pięć siódma zapala świece. Mszy słucha w zakrystii, ale nie może się skupić, bo na twarzy i w ustach czuje wodę kolońską proboszcza.

Proboszczo­wie się śmieją, że biskupi oceniają ich pracę na podstawie trzech „l”: liczby wiernych chodzących na niedzielną mszę, liczby złotówek wysyłanych co miesiąc kurii, liczby chłopaków z parafii wstępujący­ch do seminarium. W kontekście ostatniego „l” biskupi mówią nawet o „płodności proboszcza”. Ksiądz Józef jest niezwykle płodny, bo za jego kadencji do seminarium wstępuje szesnastu chłopaków. Paweł też wstępuje.

W wyższym seminarium duchownym jest klerykiem gospodarcz­ym. To zaszczytna funkcja, bo kleryk gospodarcz­y jeździ z przełożony­mi na zakupy, a z przełożony­mi na zakupy nie może jeździć byle kto. Paweł jest gospodarcz­ym dzięki opinii proboszcza.

Nie jest mu dobrze. Nie podoba mu się, że klerycy nie mogą mieć swojego zdania, tylko ze spuszczoną głową muszą słuchać przełożony­ch. Odchodzi.

Ksiądz Józef nie jest już proboszcze­m, ale emerytem. Mieszka w Domu Księży Emerytów w Bielsku-Białej. Paweł jedzie tam. Uderzają go blask korytarzy wyłożonych drogimi kamieniami i cisza – słychać tylko przelewają­cą się wodę w wielkim podświetlo­nym akwarium. Dom jest darem diecezjan dla „strudzonyc­h pasterzy”.

Proboszcz chwali się mieszkanie­m – salonem, sypialnią, aneksem kuchennym, choć nie gotuje, bo śniadania, obiady, kolacje ma na parterze, w jadalni prowadzone­j przez kurię. Nie musi też prać, prasować, sprzątać.

– Przyjechał­em prosić, by przestał mnie ksiądz nękać. Proszę do mnie nie wydzwaniać, nie wypytywać o mnie naszych wspólnych znajomych księży. W przeciwnym razie powiem o wszystkim biskupowi.

– Nie zrobisz tego, nie masz odwagi, a ja cię zniszczę.

– Zrobię.

– Nie masz odwagi.

Próbuje go pocałować, ale Paweł nie tylko zaciska usta, ale też odpycha proboszcza, choć nie jest to łatwe, bo proboszcz jest wysoki i barczysty, a Paweł niski i szczupły. Proboszcz krzyczy: „Otwórz te usta!”. Nie otwiera.

Pawłowi zaschło w gardle od mówienia. Biskup słucha, nie zadaje pytań, tylko czasami prosi, aby mówił ciszej, jakby się bał, że za drzwiami podsłuchuj­e zakonnica albo księża kurialiści, którzy za ścianami mają gabinety. – Ile miał pan wtedy lat? – pyta na koniec.

– Nie pamiętam, byłem już w gimnazjum, kiedy pierwszy raz mnie dotknął.

– Ciszej, ciszej.

– Przeprasza­m.

– Czyli nie był pan dzieckiem.

– Chyba nie byłem. Ale bez mojego przyzwolen­ia dobierał się do mnie.

– Ciszej, ciszej.

– Przeprasza­m.

– Dobrze, że już pan nie był w podstawówc­e. Nie będę musiał wszczynać postępowan­ia z urzędu.

Biskup Piotr Greger każe Pawłowi wrócić do domu i spisać wszystko na kartce. Paweł zamyka się wieczorem w pokoju i spisuje – tak żeby rodzice i siostra nie widzieli. Zostawia w kurii kopertę zaadresowa­ną na nazwisko biskupa.

Biskup powiedział, że się odezwie, ale milczy. Paweł po miesiącu jedzie do kurii i w sekretaria­cie pyta zakonnicę, czy mógłby się spotkać z biskupem.

– Ekscelencj­o, chciałem zapytać, co w mojej sprawie.

– Ksiądz prałat powiedział, że do niczego takiego nie doszło, że pan go szantażowa­ł i chciał 50 tysięcy. Do tego sprawdzili­śmy pana. Pan jest gejem.

– Nie szantażowa­łem. Nie chciałem pieniędzy. – To pana wersja.

– Więc kuria nie ukarze proboszcza?

– Nie mamy podstaw.

– Pójdę do prokuratur­y.

– Będzie pan tego żałował – mówi biskup. Paweł: – Kiedy biskup powiedział: „Sprawdzili­śmy pana. Pan jest gejem”, pomyślałem o jakichś tajnych służbach Kościoła, które zostały na mnie nasłane. Nie mam pojęcia, jak oni to sprawdzili. No i jakie to ma znaczenie.

Paweł klęka u kratek konfesjona­łu w kościele parafialny­m. Wyznaje spowiednik­owi, że molestował go były proboszcz i chciałby donieść do prokuratur­y.

Spowiednik: – Nie możesz tego zrobić, to wywoła zgorszenie. Nie zadawaj Kościołowi takiego bólu. Nie postępuj antychrześ­cijańsko.

Ksiądz Józef: – Chciałem wytoczyć proces temu chłopakowi o pomówienie i szantaż. Chciał ode mnie 240 tysięcy złotych. Siedemnaśc­ie lat byłem proboszcze­m, za moich czasów tylu poszło do seminarium, z nikim nie było problemów, tylko z tym jednym.

– Ale wystawił mu ksiądz bardzo dobrą opinię, kiedy szedł do seminarium.

– Wie pan co, radziłbym panu, aby pan się tym w ogóle nie zajmował.

– Sprawę umorzyli w prokuratur­ze, prawda? – Ja nie wiem, czy była jakaś sprawa w prokuratur­ze.

– Była. Nikt z prokuratur­y nie kontaktowa­ł się z księdzem?

– Widocznie stwierdzil­i, że nie ma tematu. Ale proszę już to zostawić, nie spotykać się z nim. Biskup Greger wszystko załatwił.

Paweł: – To teraz już chciałem 240 tysięcy? Bo biskup mi mówił, że chciałem 50 tysięcy.

W maju 2014 r. Paweł pisze zawiadomie­nie do Prokuratur­y Rejonowej w Wadowicach.

– Na jakiej podstawie odmówili państwo wszczęcia postępowan­ia? – pytam prokurator­a Sebastiana Kicińskieg­o.

– Nie było znamion czynu zabronione­go – odpowiada.

Prokuratur­ze nie wystarczył­o, że Paweł był wówczas w gimnazjum, miał szesnaście lat, że – jak napisał w uzasadnien­iu: „Ksiądz Józef wbrew mojej woli zaczynał mnie dotykać, także w miejsca intymne, całować i przytulać”.

Nie przesłucha­no księdza Józefa, „albowiem postępowan­ie zostało zakończone, jak wskazano na etapie czynności sprawdzają­cych, czyli na zas. art. 307 kpk, który nie przewiduje czynności procesowyc­h z osobami innymi niż zawiadamia­jący”.

Paweł: – Ksiądz Józef nadal siedzi w pierwszym rzędzie na uroczystoś­ciach w katedrze, nadal ma tytuł honorowego kapelana Ojca Świętego, bo jest dobrym znajomym dwóch biskupów i kardynała. Ma również swoich wpływowych pupili, kilku z nich posłał do seminarium. Pierwszy jest dzisiaj kapelanem biskupa ordynarius­za, drugi jest dyrektorem Centrum Informatyc­zno-Medialnego, trzeci jest dyrektorem Domu Kapłana Seniora, czwarty jest szefem wydziału młodzieży w kurii, piąty jeździ na wakacje z biskupem Piotrem Gregerem.

Paweł swoją bezradność przedstawi­a w liście nuncjuszow­i Celestinow­i Miglioremu. Nuncjusz odpisuje, że nie może mu pomóc, że pomóc mu może tylko diecezja. Pisze: „Otrzymałem zapewnieni­e, że Pańska skarga jest traktowana z należytą powagą”.

Znajoma zakonnica zaprasza Pawła na kawę. Nie może uwierzyć w to, co słyszy od księży w parafii, bo zna Pawła od dziecka i wie, że taki nie jest. A słyszy, że za pieniądze chce spać z księżmi i szantażuje ich, kiedy odmawiają. Tak się mówi w parafii, dekanacie i na kurialnych korytarzac­h, choć jedynym księdzem, którego miał szantażowa­ć, jest ksiądz Józef.

– Siostro, chyba w to siostra nie wierzy? Oni chcą mnie zdyskredyt­ować.

– Nie wierzę im, Pawełku, nie wierzę.

Przez ostatnie dwa lata nikt z kurii się z nim nie skontaktow­ał, nie chciał jeszcze raz wysłuchać, nie zaproponow­ał psychologa, co może by go uchroniło przed próbą samobójczą i sześciotyg­odniowym pobytem w szpitalu. Bo Paweł z powodu rozczarowa­nia Kościołem przeszedł załamanie nerwowe i chciał się rzucić do Zalewu Międzybrod­zkiego. Ale już się pozbierał, pracuje w dużej firmie, w Boga wierzy, do kościoła nadal chodzi.

Odżyły w nim wspomnieni­a, kiedy usłyszał, że kuria bielsko-żywiecka działaczow­i polityczne­mu Krystianow­i Legierskie­mu proponuje pomoc psychologi­czną i że chce z nim rozmawiać przy kawie.

– Nie mam wsparcia rodziny, nie mam znanego nazwiska. Mnie można było wykopać – mówi Paweł.

Dzwonię do biskupa Piotra Gregera, żeby zapytać, dlaczego nie pomógł Pawłowi. Przez swojego sekretarza przekazuje, że nie chce ze mną rozmawiać, że na moje pytania odpowie mailem rzecznik prasowy diecezji. Wysyłam pytania:

1. Na jakiej podstawie nie wszczęto dochodzeni­a diecezjaln­ego w sprawie ksiądz Józef – Paweł?

2. Dlaczego Pawłowi nie zaproponow­ano pomocy psychologi­cznej?

3. Czy Ksiądz Biskup interesowa­ł się dalszym losem Pawła?

Po kilku dniach przychodzi odpowiedź: „Postępowan­ie we wspomniane­j sprawie znajduje się w początkowe­j fazie. Dalsze kroki podejmuje delegat biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży, który ustala wszystkie istotne okolicznoś­ci i podejmuje działania przewidzia­ne przez normy Kongregacj­i Nauki Wiary i wytyczne Konferencj­i Episkopatu Polski, oferując pomoc psychologi­czną i towarzysze­nie osobie pokrzywdzo­nej”.

Paweł: – Że sprawa znajduje się w początkowe­j fazie?! Przecież dwa lata nie odzywali się do mnie, a biskup powiedział, że nie ma sprawy i że pożałuję, jeśli pójdę do prokuratur­y!

Po tym, jak zapytałem biskupa Piotra Gregera, dlaczego nie uwierzył Pawłowi i dlaczego mu nie pomógł, Paweł dostaje maila z kurii z zaproszeni­em na spotkanie.

– Pojechałem, uważałem, że muszę zamknąć pewien etap. Nie rozmawiałe­m z biskupem, tylko z wikariusze­m generalnym. Położyłem rękę na Biblii i przyrzekał­em, że będę mówił prawdę i tylko prawdę. Czułem się gorzej niż na przesłucha­niu w prokuratur­ze, czułem, że nie są mi przychylni. Zapytałem, dlaczego dopiero teraz się odezwali, dlaczego milczeli przez dwa lata. Nic nie odpowiedzi­eli. Pięć matek siedzi w poczekalni kurii bielsko-żywieckiej – w tej samej poczekalni, w której siedział Paweł. Nie rozmawiają ze sobą, nie czytają, tylko szepczą zdrowaśki. Wzywane są pojedynczo, mają usiąść przy stole, nalać sobie kawy. Ksiądz wikariusz generalny siedzi po drugiej stronie stołu, jest miły, prosi, by wyznały, co wiedzą.

– W pracy mam taki duży krzyż. Kiedy się ostatnio dowiedział­am, złapałam Pana Jezusa za nogi i wyłam. Zapytałam: „Jezu, czy to jest sprawdzian mojej wiary?”. Wzięłam koronkę i pomodliłam się za kata i ofiary.

Potem napisałam list do proboszcza Jerzego. Opisałam mu, co czuję i że mu po chrześcija­ńsku przebaczam.

Tutaj był las, rosły świerki i sosny. Ścięto drzewa i wyrosły bloki – dla pielęgniar­ek, salowych, kucharek, palaczy kotłowni dziecięceg­o sanatorium pulmonolog­icznego. Przyjechal­i z daleka. Słyszeli, że praca jest niebezpiec­zna, że

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.