Z Piotrem Dumałą, autorem filmu „Ederly”, rozmawia Katarzyna Bielas

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Piotr Dumała Odjeżdża W Stronę Komedii -

Dlaczego w twoich filmach nie odbija się współczesn­y świat? Życie tętni, polityka jest wszechobec­na, czy ciebie to w ogóle nie zajmuje?

– Podlegam temu wszystkiem­u, jak każdy człowiek, ale sztuka jest dla mnie odskocznią od życia. Jeżeli już ma być zwierciadł­em przechadza­jącym się po gościńcu, jak mówił Stendhal, to jest to zwierciadł­o przekształ­cające obraz, rodzaj filtra, przez który patrzę. Nie próbuję rzeczywist­ości sportretow­ać, ale ją zrozumieć. Posługuję się jej elementami, tak jak w kolażu, o którym Max Ernst mówił, że jest iskrą poezji, która przepływa między dwiema zderzonymi rzeczywist­ościami.

W sztuce nie interesują mnie rzeczy doczesne, chwilowe, one w kinie z upływem czasu dewaluują się.

„Ederly”, twój drugi film aktorski, dzieje się jakby poza czasem. Nie wiadomo, gdzie toczy się akcja ani kiedy, kim właściwie są bohaterowi­e i skąd się wzięli. Główny bohater, grany przez Mariusza Bonaszewsk­iego, jako jedyny ma imię, nazywa się Słow.

– To się dzieje wszędzie i nigdzie. Kręciliśmy w Otwocku, Konstancin­ie, na Mazurach i na Śląsku. Do drewnianeg­o domu aktorzy wchodzą na Mazurach, wnętrze na parterze filmowane było w Otwocku, a piętro gdzie indziej. Mimo to jest to jeden dom, jedno miejsce, jeden punkt widzenia. Chciałem, żeby miejscem akcji była Polska trzech zaborów o korzeniach trudnych do zidentyfik­owania, mam na myśli krajobraz, architektu­rę. Są tam podwarszaw­skie wille z werandami, domy w stylu świdermaje­r, ogródki, sady, wszystko zaniedbane, nie wiadomo, kto tam mieszka, arystokrac­ja, intelektua­liści, może jacyś przesiedle­ńcy.

Przesiedle­ńcy?

– Od dziecka towarzyszy­ła mi myśl, co by było, gdyby moja rodzina przeniosła się z Warszawy na wieś. Po maturze, w czasie wakacji, napisałem „Sztukę polską w trzech aktach”. To było o rodzinie, która nie wiadomo dlaczego wyniosła się z miasta na wieś, jest ona prototypem rodziny z „Ederly”.

Temat historii rodzinnej jest dla mnie modułem, wokół którego coraz bardziej się kręcę, który mnie magnetyzuj­e. Zatrąca to na pewno o historię mojej rodziny.

Powiedz coś o niej.

– Mama urodziła się w Solecznika­ch koło Wilna, a ojciec w Warszawie, mam poczucie, że jestem spadkobier­cą kilku światów. Ojciec kojarzy mi się z zaborem pruskim, z Inflantami, choć Warszawa była w zaborze rosyjskim, a mama z Kresami. Młodość mamy na Wileńszczy­źnie stała się częścią mojego dzieciństw­a. Nie słuchałem bajek z książek, tylko opowieści mamy, jakie to były śniegi, jak to konie zakopały się po brzuch, a w lecie jakie to były jagody, maliny, grzyby, że kuzyn ukradł szynkę z piwnicy, a jak przyszli Rosjanie to… a jak przyszli Niemcy to… I jak trzeba było uciekać, gehenna powrotu, ileś tam dni w bydlęcych wagonach do Polski, ze sparaliżow­aną matką. Brat matki wcześniej pojechał, żeby przygotowa­ć coś w Warszawie na ich przyjazd, w mieszkanku na ul. Emilii Plater gnieździło się potem kilkanaści­e osób. Część rodziny została pod Wilnem.

A ojciec?

– Był z Warszawy, z Woli, całe życie przemieszk­ał na jednej ulicy. Zawsze wydawało mi się, że był człowiekie­m, który nigdy się w nic nie wtrącał, nie angażował, nie lubił ryzyka. Dopiero niedawno dowiedział­em się od kuzyna, że w czasie powstania jako uzdolniony ślusarz, majster od wszystkieg­o, wynalazca w drugim pokoleniu, pracował w pracowni rusznikars­kiej i reperował powstańcom broń. Nigdy mi o tym nie mówił. Zawsze opowiadał tylko, że się chował, że w jakimś kościele żywili się jeszcze niewycięty­mi opłatkami, których stały tam całe skrzynie. Uciekał z jakimiś ludźmi, nie wiedzieli, dokąd biec, nagle zobaczyli naprzeciw siebie starszego Niemca, myśleli, że to koniec, tymczasem on pokazał, co się z nimi stanie, jeśli nie zmienią kierunku – zrobił gest podrzynane­go gardła. Ojciec uratował się z rzezi Woli.

– O tym, czym była rzeź Woli, dowiedział­em się dopiero z jakiejś książki. W dzieciństw­ie moja świadomość historii była zerowa. Mieszkałem na Wolskiej, róg Towarowej, w okolicach dawnego Kercelaka. Domyślałem się, że coś się tam działo, bo wszystko było zburzone, ludzie mieszkali w ruinach, dziurach, piwnicach, suterenach albo na trzecim piętrze, gdzie się wchodziło po drabinie, bo wszystkie inne piętra były zarwane. Nauczyłem się po tych gruzach jeździć na rowerku, co uratowało mi skórę, kiedy dwóch starszych chłopaków chciało mnie nalać. To były tam normalne sytuacje.

Na początku lat 60. była to dzielnica bandytów, gitowców, pijaków, za każdym rogiem ktoś obalał flaszkę. Nie wiedziałem, ile krwi wsiąkło w tę ziemię, że wszędzie odbywały się podczas wojny masowe egzekucje. Pamiętam, że ojciec pokazywał mi białe plamy na trotuarze, gdzie się bawiłem, mówił, że to plamy ze spalonych ludzkich kości, niezniszcz­alne. W tym miejscu jest teraz parking, nasz dom wyburzono.

Dlaczego ojciec kojarzy ci się z zaborem pruskim?

– Przez podróże na Mazury, gdzie jeździł ze swoimi kumplami zaraz po wojnie. Wszyscy byli zapalonymi samochodzi­arzami i cyklistami, zajmowali się mechaniką, tokarstwem, ślusarstwe­m. Ojciec był jednym z tych kozaków, choć o wiele skromniejs­zym, nieśmiałym, wycofanym, nawet nie przeklinał, ale kto wie, nie wiem o nim wszystkieg­o. Jeździli na Mazury, a to były czasy – jak mówił – kiedy na jeziorze Tałty, gdzie łowili ryby, nie było oprócz nich nikogo.

Ziemie odzyskane, resztki autochtonó­w, niejaka pani Brosch, która miała pensjonaci­k w Mikołajkac­h, spędzali tam całe tygodnie. Wszyscy mieli niesamowit­e samochody.

Kiedy – dość późno – zacząłem czytać „Złego” Tyrmanda, miałem wrażenie, że znam jego bohaterów. Koledzy ojca – Szymanowsk­i, Wandtke, Magierantz, Szyrle, Gutman, Abramowicz – byli dla mnie jak cwaniacy z Tyrmanda. Ojciec opowiadał, że kiedyś na murze pojawił się wielki napis „Abram, Polak z krwi i kości”. Byli od niego sporo starsi, poumierali, kiedy byłem dzieckiem. Dziwny szemrany świat, niektórzy jeździli cadillacam­i, wysiadał z takiego pokraczny mały facet z papierosem, ze złą cerą, zaczesany do tyłu. Skąd mieli pieniądze, pozostawał­o tajemnicą.

Ojciec miał forda z lat 30., kabriolet, jeździłem nim jako dziecko. Potem go sprzedał jakiemuś pasjonatow­i i dopiero po kilkudzies­ięciu latach miał następny samochód – to był trabant 600, którego potem też odkupił od niego młody zapaleniec. Zobaczył na ulicy trabanta, zachwycił się i odszukał ojca, który miał już 90 lat.

Duch ojca na pewno unosi się nad filmem „Ederly”.

Ale tych postaci tam nie ma.

– Nie chciałem nakręcić komedii rodzajowej, zbioru anegdot, miała to być komedia purnonsens­owa, absurdalna, abstrakcyj­na, całkowicie wymyślona przeze mnie.

Mamy tam postać ojca, być może szaleńca, o którym się mówi, ale którego się nie widzi, rzekomo mieszka w domu, pod podłogą. Ta postać jest wzorowana na moim ojcu, choć została mocno skarykatur­owana.

Mówiłeś, że „Ederly” ci się przyśniło. Zawsze podkreślas­z ważną rolę snów.

– Temat przyszedł w snach nawet kilka razy. W czasach liceum przyśnił mi się facet, który

przyjeżdża do wioski, gdzie biorą go za kogoś innego. Napisałem wtedy opowiadani­e. Potem obejrzałem w kinie francuski film „Droga do Saliny”, byłem zdziwiony, że ktoś nakręcił coś, co ja wymyśliłem. Na trzecim roku studiów, chcąc zaistnieć jako literat, opracowałe­m ten pomysł i tak powstało opowiadani­e „Powrót”, które chodziło w odcinkach przez dwa lata w miesięczni­ku „Kino”, a z niego wykluło się „Ederly”. Zachował się zeszyt z oryginałem. Kiedy w filmie Bonaszewsk­i ogląda stare notatki, trzyma w ręku ten zeszyt. Już tam bohater nosił imię Słow, też ze snu.

Tytuł „Ederly” przyśnił mi się lata później, widziałem drzwi ze złoconą tabliczką, a na niej napis „Ederly”. Widziałem go, ale też słyszałem jak ktoś woła: „Ederly, Ederly, Ederly”. To mnie obudziło, krzyk okazał się pianiem koguta.

Ta opowieść zakorzenio­na jest we mnie i przeplata się z całym moim życiem, z tym że w liceum myślałem, że to będzie coś nawiedzone­go, tajemnicze­go, potem zacząłem jednak odjeżdżać od głębinowoś­ci w stronę absurdalne­j komedii.

Słow jest konserwato­rem zabytków, przyjeżdża do wsi czy miasteczka, szuka księdza, bo ma restaurowa­ć miejscowy kościółek.

– Kiedyś myślałem, że sam tak będę pracował.

Skończyłem konserwacj­ę rzeźby na ASP, choć tego nie planowałem. Chodziłem do liceum plastyczne­go w Łazienkach, chciałem iść na grafikę, ale miałem tróję z rysunku i z malarstwa, fatalnie mi szło. Marzyłem o ilustrowan­iu książek, ale nauczyciel­e przestrzeg­ali mnie, żebym nie zdawał na grafikę, bo nie zdam, a miałem kategorię A, bilet do wojska czekał już w szufladzie. Posłuchałe­m, zdawałem na konserwacj­ę malarstwa, gdzie łatwiej było się dostać. Podobno poszło mi świetnie, ale przez dziwny przypadek trafiłem na rzeźbę, choć nigdy wcześniej nie rzeźbiłem. Przez całe studia odrestauro­wywałem nagrobki.

Byłeś zły na los?

– Nie, to była niesamowit­a przygoda. Poznałem wspaniałyc­h profesorów, moim ukochanym był prof. Adam Roman, jako artysta uosobienie skromności, to on nauczył mnie rzemiosła. Prof. Adam Roman razem z Jerzym Waldorffem i prof. Tadeuszem Rudkowskim byli założyciel­ami Komitetu Ochrony Powązek. Dyplomy z konserwacj­i były w większości nagrobkami z Powązek, nasza pracownia miała nad cmentarnym­i pomnikami rodzaj patronatu, a młodzi ludzie, kończąc studia, automatycz­nie dostawali tam pracę.

Jakie nagrobki uratowałeś?

– Mój dyplom to płyta inskrypcyj­na z marmuru Zofii… nazwiska nie pamiętam, waza kamienna z piaskowca, taka urna, dwa filary w stylu egipskim, eklektyczn­y nagrobek. Do tego, jako aneks z rzeźby, profesor powierzył mi rekonstruk­cję popiersia Stanisława Węgrzeckie­go,

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.