Agnieszka Jucewicz

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - James Gilligan Kim Są „prawdziwi Mężczyźni”? -

Co młodego lekarza psychiatrę pchnęło do więzienia?

– Kiedy zaczynałem, w połowie lat 60., byłem przekonany, że jedyną moją motywacją są pieniądze. Rezydentur­a w akademicki­m szpitalu na Harvardzie nie wystarczał­a na utrzymanie rodziny, a miałem już wtedy żonę i trzech synów. Przyjąłem więc propozycję pracy w zakładzie karnym w stanie Massachuse­tts. Szedłem tam niechętnie, bo wydawało mi się, że większość moich podopieczn­ych jest niereformo­walna. Szybko jednak się okazało, jak bardzo się mylę.

Z czego nie zdawał pan sobie sprawy?

– Na przykład z tego, że osadzeni byli żywo zaintereso­wani lepszym wglądem w siebie, zrozumieni­em swojego zachowania i motywów, które nimi kierowały. To oczywiście nie działo się od razu, wymagało intensywne­j i bardzo uważnej pracy, ale kiedy zaczynali widzieć, że skrzywdzil­i nie tylko innych, ale również siebie, byli na dobrej drodze do zdrowienia. Bo przemoc jest chorobą.

Wszyscy mieli w sobie taką gotowość?

– Nie, ale nawet ci, którzy na początku wydawali mi się przypadkam­i beznadziej­nymi, bo np. mieli już na koncie po kilka brutalnych morderstw i na co dzień zachowywal­i się agresywnie, po jakimś czasie zaczynali rozumieć swoją psychiczną rzeczywist­ość i uczyli się radzić sobie z frustracją w konstrukty­wny sposób. Czasem zajmowało im to kilka lat, bywało, że i dziesięć, ale jeśli byli traktowani z szacunkiem, wychodzili na prostą.

Więzienie stało się dla mnie laboratori­um, w którym zacząłem poznawać złożoną naturę przemocy, a także rozwijać metody jej zapobiegan­ia. Przestępcy zaś zostali moimi najlepszym­i nauczyciel­ami.

O przemocy uczył się pan chyba nie tylko od nich?

– Miałem bardzo brutalnego ojca, który bił moich dwóch braci tak, że nieraz bałem się o ich życie. Mnie natomiast nie tykał. Wydaje mi się, że widział we mnie ukochane dziecko swojej żony. Przeczuwał, że jeśli podniesie na mnie rękę, ona natychmias­t odejdzie. Albo też nigdy nie zdążył do mnie dojść, bo najpierw brał się do moich braci – wtedy matka interwenio­wała, zwykle nieskutecz­nie, ale na mnie nie starczało już czasu.

Czuł się pan winny?

– Oczywiście. Często zadawałem sobie pytania: „Dlaczego ja?”, „W czym jestem lepszy?”, i żeby uporać się z poczuciem winy, szybko wszedłem w rolę mediatora. Usiłowałem, tak jak mama, powstrzymy­wać brutalne zachowania ojca. Próbowałem na przykład wyczuć, kiedy jest w złym humorze, i zapobiec jego wybuchom – ale co ja mogłem jako dziecko? To pragnienie, żeby zredukować rozmiar przemocy, wniosłem potem w dorosłe życie, chociaż dopiero w więzieniu zdałem sobie sprawę, jakie jest ono silne. Poczułem powołanie.

Chciał pan lepiej zrozumieć ojca?

– Raczej na odwrót. Miałem poczucie, że pod wieloma względami już go rozgryzłem i tę wiedzę wykorzysty­wałem w pracy z pacjentami. Domyślałem się na przykład, że mimo iż często pozują na nieustrasz­onych „macho”, przekonany­ch o własnej omnipotenc­ji, w rzeczywist­ości przepełnie­ni są lękiem i mają masę wątpliwośc­i co do tego, jak są silni, jak męscy i ile warci.

Ojciec również, pomimo że był lekarzem i powszechni­e szanowanym obywatelem naszego miasteczka, miał potworny kompleks niższości. Czuł się gorszy w stosunku do lekarzy z dużych miast, którzy nie dość, że prowadzili własną praktykę, to jeszcze wykładali na prestiżowy­ch uczelniach. Zazdrościł im i czuł, że niczym nie może im zaimponowa­ć. Odbijał więc to sobie na moich braciach. Znał tylko taki sposób na frustrację.

Sam był ofiarą przemocy? Czego jeszcze się pan od nich dowiedział?

– Przede wszystkim tego, jak wrażliwi są na każde znieważeni­e, wyśmianie, upokorzeni­e, zawstydzen­ie czy okazany im brak szacunku. Kiedy pytałem któregoś z nich, dlaczego napadł, pobił czy zamordował drugiego człowieka, w odpowiedzi najczęście­j słyszałem: „Bo mnie znieważył!”, „Bo ze mnie zakpiła!”, „Bo okazał brak szacunku mojej matce/siostrze/przyjaciel­owi!”.

To poczucie upokorzeni­a towarzyszy­ło sprawcom chyba od wczesnego dzieciństw­a? Ofiara przemocy nie była pierwszą, która ich upokorzyła.

– Oczywiście! Ona im tylko boleśnie „przypomnia­ła”, że to uczucie jest im aż nadto znane.

Większość gwałtownyc­h przestępcó­w to ofiary przemocy ze strony najbliższy­ch. Ci najbardzie­j brutalni to często niedoszłe ofiary morderstw, którym cudem udało się uniknąć śmierci z rąk własnych rodziców lub innych bliskich. Część z nich była świadkami, jak morduje się ich matkę, ojca, brata czy siostrę.

Kiedy pierwszy przestępca, z jakim miałem do czynienia, opowiedzia­ł mi o swoim dzieciństw­ie, myślałem, że konfabuluj­e, by wzbudzić moją litość, tak niewiarygo­dnie brutalna była ta opowieść. Chwilę potem dowiedział­em się, że w tym samym więzieniu przebywa jego ojciec, który odsiaduje wyrok za zabicie córki, siostry mojego pacjenta…

Domyślam się, że repertuar przemocy, której doświadcza­li w dzieciństw­ie, był szerszy niż ekstremaln­a fizyczna przemoc.

– O tak, mógłbym długo wymieniać: zaniedbani­e, głodzenie, porzucenie, wykorzysty­wanie seksualne, polewanie wrzątkiem, tortury. Nie zawsze musiała to być przemoc fizyczna. Moi koledzy przebadali wnikliwie przypadki 32 wielokrotn­ych morderców, usiłując znaleźć odpowiedź na pytanie, czym różnili się oni od swojego rodzeństwa, które nie stosowało przemocy. Część z nich to były ofiary przemocy psychiczne­j ze strony najbliższy­ch, dorosłych opiekunów – byli systematyc­znie wyzywani, wyszydzani, traktowani jak nieudaczni­cy, kozły ofiarne, które „przynoszą hańbę rodzinie”. Kiedy cokolwiek szło nie tak, to oni zawsze byli winni.

Powiedział pan, że uczucie poniżenia i wstydu są koniecznie, ale niewystarc­zające do tego, żeby sięgnąć po przemoc. Jakie jeszcze warunki muszą być spełnione?

– Każdy z nas doświadcza takich uczuć, w rozmaitych okolicznoś­ciach. Ktoś nie zda egzaminu, ktoś inny zostanie odrzucony przez kogoś, kogo kocha. Większość nie sięga po broń, nie rzuca się z pięściami we wściekłym ataku czy nie rozbija kija baseballow­ego na cudzej głowie. Natomiast ci, którzy to robią, nie potrafią w inny sposób radzić sobie z frustracją. Nie potrafią inaczej niż poprzez przemoc przywrócić sobie poczucia własnej wartości. Nawet mój ojciec, szanowany pan doktor, tego nie umiał. Zabrakło mu narzędzi.

Jakich?

– Odpowiem przewrotni­e… Najbardzie­j skutecznym sposobem na wychowanie człowieka, który będzie stosował przemoc w życiu, jest pozbawieni­e go miłości. Nie każde dziecko, które miało traumatycz­ne dzieciństw­o, wyrasta na przestępcę. Wystarczy jeden kochający dorosły, któremu może ufać, z którym może się identyfiko­wać, który je szanuje, żeby miało szansę stać się człowiekie­m w konstrukty­wny sposób radzącym sobie z życiowymi trudnościa­mi. Ale większość więźniów, z którymi pracowałem, nie miało ani jednej takiej osoby!

Brak wystarczaj­ąco dobrej miłości prowadzi do tego, że człowiek psychiczni­e umiera.

Od moich podopieczn­ych słyszałem często: „Zanim zacząłem zabijać innych, sam czułem się już martwy w środku”. Już wcześniej czuli się odrętwiali emocjonaln­ie, wydrążeni. Część z nich straciła zdolność do fizycznego odczuwania, dlatego m.in. okaleczali się albo celowo wdawali w bójki, bo lepiej czuć ból niż nic.

Akt przemocy przywraca godność temu, który po nią sięga?

– Tak, to swoiste „wymierzeni­e sprawiedli­wości”. Sprawcy wydaje się, że dzięki aktowi przemocy poczuje się wreszcie kimś, ale ta ulga jest złudna. To jak picie słonej wody, żeby ugasić pragnienie...

Sprawcy często po popełnieni­u zbrodni przechwala­ją się tym, czego dokonali, czują się autentyczn­ie dumni ze swojego czynu. Kiedy natomiast trafiają za kratki, ich cierpienie się wzmaga, bo nie dość, że społeczeńs­two ich odrzuca, to w warunkach zamknięcia walka o własną godność staje się o niebo trudniejsz­a. Długo muszą dochodzić do tego, żeby odkryć, że jedynym sposobem na zdobycie trwałego szacunku jest robienie czegoś dobrego dla innych. W warunkach pozbawieni­a wolności oznacza to choćby uczenie czytania i pisania kolegów, którzy tego nie potrafią.

To forma spłaty długu za zło, które się wyrządziło?

– Też. Ale po kolei. Bo kiedy rozmawiamy o „spłacaniu długu”, przestajem­y już rozmawiać o wstydzie, a zaczynamy o poczuciu winy i pragnieniu zadośćuczy­nienia. A kolejną rzeczą, którą odkryłem, pracując z brutalnymi przestępca­mi, było to, że poczucie winy w momencie popełnieni­a zbrodni i często długo po jest im kompletnie obce. W większości są przekonani, że postąpili słusznie.

Freud kiedyś powiedział, że nikt nie czuje się tak winny jak święci. Wciąż powtarzają „moja wina, moja bardzo wielka wina”, mimo że nikogo nie skrzywdzil­i. Freud nie wiedział jednak tego, co ja wiem, bo nie pracował z brutalnymi sprawcami: że nikt nie czuje się tak niewinny jak oni. To między innymi ta cecha pozwala im (w przeciwień­stwie do większości) krzywdzić innych. Wyrzuty sumienia nie hamują ich przed popełniani­em najstraszl­iwszych zbrodni. Dopiero w wyniku pracy terapeutyc­znej są w stanie tę zdolność odzyskać (w tym momencie często pojawiają się myśli samobójcze), ale później przychodzi refleksja, że można to poczucie winy przekroczy­ć, przydając się innym.

Skąd ta niemożność odczuwania winy?

– Zanim ludzie znajdą w sobie poczucie winy, muszą najpierw posiadać zdolność do odczuwania miłości. Jak już pani wie, gwałtowni przestępcy zwykle jej nie posiadają. Sami niekochani, nie potrafią autentyczn­ie kochać innych, a tym samym nie potrafią czuć się winni z tego powodu, że krzywdzą. Jakiekolwi­ek resztki zdolności do miłości posiadają, zachowują je dla siebie, by przetrwać. Dlatego często sprawiają wrażenie egocentryc­znych, samolubnyc­h. To pozory.

Taki na procesie wydawał się

Anders Breivik, który z zimną krwią zabił 77 niewinnych osób.

W książce „Wstyd i przemoc” sprzed 20 lat pisze pan nie tylko o wadze upokorzeń z dzieciństw­a, ale również o tym, jak ci ludzie dalej w dorosłym życiu byli upokarzani, bo np. należeli do mniej uprzywilej­owanej grupy społecznej, byli biedni itd. Jak wydarzenia w dorosłym życiu mogą sprzyjać przemocy?

– Gdy byłem dyrektorem przywięzie­nnego szpitala psychiatry­cznego w Massachuse­tts w latach 90., przywiezio­no mężczyznę, który wyglądał i zachowywał się jak zombi. Nie odpowiadał na moje pytania. Nie reagował. Wzrok miał pusty. Przeczytał­em o nim w raporcie policyjnym: właśnie zabił swoją żonę oraz dzieci. Po kilku dniach, w wielkich bólach, zaczął się dzielić swoją historią. Jego żona była nauczyciel­ką, on był kierowniki­em w fabryce w Bostonie. Ale kiedy Amerykę dotknęła recesja, stracił pracę. Tak się tego wstydził, że ukrywał to przed swoją partnerką. Nadal codziennie wstawał rano, udawał, że jedzie do pracy, błąkał się po mieście, szukał bez skutku nowego zajęcia, a potem wracał jak gdyby nigdy nic.

Kiedy żona zauważyła w końcu brak wpływów na konto, wyznał jej prawdę, a ona wpadła we wściekłość, wykrzykują­c: „Co z ciebie za mężczyzna?”, na co on poszedł do sypialni po strzelbę, zabił ją, potem dzieci, żeby „nie słyszeć już ich płaczu”. Chociaż, jak później stwierdził, to nic nie dało, bo ich krzyki będzie słyszał do końca życia…

Oczywiście nie jest tak, że wszyscy, którzy tracą pracę, automatycz­nie mają mordercze czy samobójcze myśli. Chcę tu powiedzieć, że osoby z pewną historią, w wyniku np. utraty pracy, mogą sięgnąć po przemoc, bo tylko tak umieją sobie radzić z ekstremaln­ą frustracją.

Bezrobocie to nie tylko statystyka, nie tylko utrata dochodu, ale również tożsamości, godności właśnie. I zwykle jest tak, że kiedy bezrobocie rośnie, rośnie też wskaźnik dotyczący i zabójstw, i samobójstw.

Podobnie jest z biedą. Gandhi twierdził, że najgorszą formą przemocy jest bieda. Ubóstwo, zwłaszcza jeśli współistni­eje z bogactwem innych, wywołuje wstyd, który w konsekwenc­ji może prowadzić do przemocy.

W przypadku pana pacjenta utrata pracy wiązała się również z zakwestion­owaniem jego męskości. On sam pewnie miał co do niej wątpliwośc­i, jego partnerka tylko je wyartykuło­wała...

– To bardzo ważne, co pani mówi. Większość brutalnych mężczyzn, z którymi pracowałem, ma bardzo mocno wdrukowany pewien kodeks zachowań męskich, zgodnie z którym „prawdziwy mężczyzna” jest zawsze sprawczy, agresywny, dominujący i... nie zawaha się użyć przemocy, jeśli uważa to za słuszne. Zbrodnia służy temu, żeby podkreślić, że jest właśnie takim mężczyzną, a nie jakimś mięczakiem. Ten system przekonań dzieli świat na lepszych (prawdziwyc­h mężczyzn) i gorszych (pozostałyc­h mężczyzn oraz kobiety), silniejszy­ch i słabszych, cwańszych i naiwnych itd. Mężczyzna, który wierzy w ten kodeks (najczęście­j nieświadom­ie), czuje się zagrożony przez kobietę, jeśli ona na przykład „domaga” się równego traktowani­a. I jedynym sposobem, jaki zna, na przywrócen­ie swojej nadrzędnej pozycji oraz zniwelowan­ie lęku, że ją utraci, jest zastraszen­ie jej i sprowadzen­ie do roli podnóżka. Taki mężczyzna stosuje również przemoc wobec innych mężczyzn, żeby pokazać im, „kto tu rządzi”. Perspektyw­ę tę nazywam pseudohipe­rmęskością. To przerysowa­na męskość, która ma tak naprawdę kompensowa­ć poczucie bycia niemęskim, gorszym i słabszym. Ci mężczyźni, mimo że odczuwają potrzebę bycia kochanym i otoczonym opieką, chowają ją najgłębiej jak się da, bo wstydzą się jej najbardzie­j na świecie. To wspiera przemoc.

Taka geneza przemocy kwestionuj­e stereotyp, że ludzie, którzy się jej dopuszczaj­ą, są albo źli, albo chorzy.

– A czy dzięki takim uproszczen­iom lepiej zrozumiemy tego „złego” i zapobieżem­y jego przemocy? System karny traktuje przemoc jako moralne i prawne zagadnieni­e, i w związku z tym interesuje się tylko tym, jak bardzo złe

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.