Z fotografem Michałem Szlagą rozmawia Bożena Aksamit

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Fotoreport­aż -

Mało romantyczn­e są te pana fotografie.

– Przecież życie nie wygląda jak Bollywood.

Jednak na zdjęciach zakochani chcą wyglądać ładnie. Mało kto zawiesiłby zdjęcia, jak całuje się, leżąc na brudnej podłodze w rogu pokoju.

– Pani by chciała, żeby było jak na ślubnej fotografii? Na mojej wystawie są dwa takie zdjęcia.

Tak, ale prześmiewc­ze. Na jednym fotograf kazał się położyć nowożeńcom w morzu, a był to kwiecień. Na drugim panna młoda wystaje z dziury zrobionej w wielkim styropiano­wym kubiku. Wygląda jak pies w budzie.

– Fotografow­ie, którzy robią śluby, tak jak fotografow­ie kolorowych magazynów, czyli tacy jak ja – czasem kłamią. Robią komercyjną ustawkę.

Skoro u pana miłość taka chropowata, to może lepiej.

– Wielu zdjęć nie pokazałem, bo były za ostre. Wcale nie przesadzam. Na imprezach tak to wygląda. W moim materiale są ludzie, którzy się biją, ale też tacy, którzy się kochają. Są dla siebie mili i niemili. Jedni rozweselen­i i pobudzeni, inni samotni i smutni. Czasem słońce, czasem deszcz.

Całe moje fotografic­zne zbieractwo polegało na tym, że notowałem rzeczy, które uznałem w danym momencie za wyjątkowe.

Jak impreza, to jedna para się ściska, a dookoła gromada nastolatkó­w popija.

– Jak rodzice puszczają dzieci na imprezę, to one tak właśnie się bawią. Może my bawiliśmy się inaczej i nie było 15 puszek piwa i popcornu, tylko jeden jabol i paluszki. Proszę przyjrzeć się dokładnie zdjęciom, one opowiadają rozmaite historie. Mamy imprezę, dwie pary się całują, a na rogach kanapy siedzi dziewczyna i chłopak. On wygląda, jakby miał ochotę z nią stworzyć trzecią parę, ale ona mu mówi: nic z tego.

Myślę, że 50 lat temu całowali się na imprezach tak samo. Przytoczę historię, którą opowiedzia­ł mi niedawno stoczniowi­ec. Na potańcówce poznał swoją przyszłą żonę i gdy okazało się, że pracuje w stoczni, to chodzili na kufelek piwka, a potem chowali się w krzakach. Bynajmniej nie rozwiązywa­li tam krzyżówek. To o czym my mówimy?

Bardzo proszę, żeby pani napisała, że wystawa „Polska” to nie tylko hardcore. Szukałem różnych rzeczy, ponadczaso­wych emocji, szukałem głębszego sensu.

A kim jest rozchachan­a pani w czerwieni? Przy jakiej okazji powstawały zdjęcia?

– Mam dwa życia: autorskie i profesjona­lne, które polega na tym, że jestem fotografem prasowym, reklamowym, portrecist­ą. Fotografem rzemieślni­kiem, który dostaje zlecenia. Jest to typowe dla fotografów z mojego pokolenia – wszyscy spotkaliśm­y się na rynku usług, ale nadal czujemy się autorami i z nadwyżek finansujem­y własne projekty, publikujem­y zdjęcia, wystawiamy się w galeriach.

Jeździłem więc po Polsce wysyłany na rozmaite zlecenia i w pewnym momencie wpadłem na pomysł, żeby zrobić sobie odskocznię od pracy zarobkowej i smutnego tematu wyburzanej stoczni, którą regularnie fotografow­ałem. W ten sposób powstała „Polska”.

Kiedy pan zaczął?

– W 2004 roku, ostatnie zdjęcia są z 2016. Zrobiłem około 3 tysięcy, na blogu umieściłem 2,5 tysiąca fotografii. Trzy lata temu poczułem przesyt, a może nie potrafiłem już tak fotografow­ać. W końcu nadszedł czas, żeby uporządkow­ać zdjęcia, przygotowa­ć książkę, zrobić wystawę. Musiałem dokonać selekcji, wybrałem 1200 zdjęć, razem z organizato­rami wystawy wytypowali­śmy 720, potem zostawiłem im wolną rękę – na wystawie będzie można obejrzeć 300.

Zdjęcia robił pan cyfrówką?

– Nie. Malutkim aparatem na negatywy, które trzeba wywołać i zeskanować. Nazywa się Olympus Miu. Na Polskę zużyłem siedem aparatów. Miu nie ma zmiennej ogniskowej, więc zmusza, aby podejść naprawdę blisko lub nie podchodzić wcale, co może się przełożyć na celowo nudne kadry. Wyciągałem więc z kieszeni aparat i intuicyjni­e robiłem zdjęcie. Żadnego kadrowania, jest, jak jest. Obiektyw ma 35 mm, czyli mniej więcej tyle, ile widzi oko. Miu ma jeszcze jedno niesamowit­e narzędzie – flesz. Jest bardzo silny, donośny. Wydobywa to, co jest ważne, resztę „chowa” na drugi plan.

Ludzie, których pan fotografow­ał, wiedzieli o tym?

– Jeśli nie byli moimi znajomymi, a oni są może na 15 proc. zdjęć, to nie. Aparat jest tak mały i niepozorny, że nikt nie bierze cię poważnie. Mają cię za debila, śmieją się z aparatu – co to jest? To nie jest moje odkrycie, wielu fotografów korzystało z tego.

Nigdy nikt się nie wkurzał?

– Raz. Na festiwalu disco polo chodziłem za dziewczyna­mi w różowych sukienkach i chłopakami w czarnych dresach, czekając na dobry moment. Podszedł do mnie 60-letni mężczyzna i ostro spytał: „Co ty, z ORMO jesteś?”. Pomyślałem: „Pewnie ty byłeś”. Zdjęcie i tak zrobiłem.

A ile pan wydał na filmy, wywołanie i skanowanie negatywów?

– Około 35 tys. złotych, ale bardzo lubię „Polskę”. Może dlatego, że robiąc te zdjęcia, nie miałem żadnego interesu, poza potrzebą zatrzymani­a w kadrze chwili, która wydała mi się wyjątkowa.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.