Krystyną de Walden-Gałuszko, psychiatrą, psychoonko­lożką, rozmawia Katarzyna Bielas

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Bielas: -

Co by pani powiedział­a sobie młodej?

– Nigdy wcześniej nie myślałam o życiu w ten sposób, a teraz jestem trochę zdziwiona. Żyłam w przekonani­u, że jestem osobą wewnątrzst­erowną, ale po zastanowie­niu wiem, że czasy, w których żyłam, bardzo ograniczał­y moje wybory. Ogromny wpływ mieli też na mnie ojciec, babcia ze strony mamy, mąż...

Jako dziewczynk­a myślałam o studiowani­u rolnictwa, chciałam gospodarzy­ć na swoim.

Czyli gdzie?

– Na Wileńszczy­źnie, w moim majątku Kamionki, który przed wojną został wydzierżaw­iony i w którym byłam może dwa razy. Do 1939 roku mieszkaliś­my z rodzicami w Gdyni ze względu na pracę ojca w Komisariac­ie Rządu i w marynarce wojennej. W sierpniu 1939 skończyłam cztery lata, we wrześniu wybuchła wojna, ojciec jako dowódca okrętu „Wicher” został na miejscu, a my z mamą i babcią wyjechałyś­my do majątku ciotki w Rakańcach, 20 km od Wilna. Najpierw do Warszawy własnym fiacikiem za służbowymi samochodam­i z rodzinami innych oficerów, dalej już same. Mama, Maria de Walden z domu Łokuciewsk­a, była piękna, wysportowa­na, jeździła konno i sama prowadziła samochód. Mam przebłyski z tej podróży na wschód: upał, domagałam się lodów, ale nie dało się nawet wysiąść, bo samochodów wokół tyle, co dziś w korku. Dotarłyśmy jakoś do tych Rakańc i zostałyśmy do końca wojny. Żyłyśmy tam, mając co jeść, we względnym spokoju, nie licząc wywózki ciotki z mężem, jako obszarnikó­w, na Sybir. Na szczęście dwa lata po wojnie wrócili.

W tamtym czasie ogromny wpływ miała na mnie babcia. Jej opowieści, nauki, ziemiański styl życia, obserwowan­ie kuzynów pracującyc­h na roli – utrwaliły we mnie przekonani­e, że w przyszłośc­i też powinnam tak żyć. Wyobrażała­m sobie, że będę dobrą dziedziczk­ą.

Raczej się to nie udało.

– Przed repatriacj­ą w 1945 roku babcia oprowadził­a mnie po mieście, po kościołach, prosiła, żebym wszystko dobrze zapamiętał­a, bo już tu nie wrócimy. Była wielką patriotką, wielbiciel­ką Piłsudskie­go, Traugutta, karmiła mnie opowieścia­mi o powstaniac­h, czytała na głos Biblię. Nauczyła mnie swojego patriotyzm­u, religijnoś­ci, kultu powstańców i przekonani­a, że najgorsi pod słońcem są Rosjanie. Wdrukowała mi też do głowy pogląd, że w relacjach damsko-męskich powinnam być wyniosła, a najważniej­sze dla kobiety są godność i ambicja.

Drugi ważny człowiek to ojciec Stefan de Walden, komandor, dowódca ORP „Wicher”, jeniec oflagu w Woldenberg­u, w 1947 roku sprowadził z Anglii polskiego niszczycie­la „Błyskawicę”…

– Zostałam z ojcem sama, bo mama umarła na gruźlicę w czasie długiej podróży, już w Polsce, w sylwestra 1945 roku. Zamieszkal­iśmy w Gdyni, ojciec poszedł do pracy w marynarce wojennej.

Nasze relacje nie były łatwe zarówno emocjonaln­ie, jak i światopogl­ądowo. Ojciec chciał zweryfikow­ać moje ukształtow­ane przez babcię poglądy, co w dużej mierze mu się udało. Miał krytyczny stosunek do Piłsudskie­go, nie znosił martyrolog­ii, kultu przegranyc­h powstań, uważał, że nie powinno się pokazywać wszystkim swoich ran. Był wierzący, ale ostro krytykował Kościół, tępił dewocyjnoś­ć. Chciał pokazać, że Ewangelia, Chrystus to coś innego niż nauka Kościoła. Kładł nacisk na duchowość, wewnętrzny aspekt wiary. Walczył z teściową o pani duszę.

– Byłą teściową, bo ożenił się po raz drugi. Pamiętam, że byłam w ogromnym kryzysie. Tylko w niechęci do komuny byliśmy zbieżni, zresztą ojciec ze swoją niezależno­ścią w poglądach bardzo mi imponował.

Kiedy chciałam iść na polonistyk­ę, stanowczo mi odradzał ze względu na ideologię, to był początek lat 50. Jego argumenty do mnie trafiły, ale nie wiedziałam, co robić, w końcu wylądowała­m na farmacji, która zupełnie mnie nie interesowa­ła. Mało brakowało, a udałoby mi się tego uniknąć.

W jaki sposób?

– Zdałam, i to dobrze, ale nie chcieli mnie przyjąć, bo za radą macochy chodziłam do szkoły urszulanek. Zwołali komisję, zapytano mnie, czy znam z historii powiedzeni­e „nóż w plecy” i co ono znaczy. A ja na to, że np. w 1939 roku Związek Radziecki napadł na Polskę. Na pytanie o szkołę odpowiedzi­ałam, że u urszulanek chciałam pogłębić swoją wiarę. Byłam harda, bardzo z siebie dumna – mój ojciec ze mnie też – i pewna, że farmację mam z głowy. Niestety, przyjęli mnie, uznali, że będę dobrym przykładem na to, że nie kierują się ideologią.

Skończyła pani studia?

– Tak, ale męczyłam się na tej farmacji, nie mogłam się odnaleźć. Potem też nie. Chciałam pracować naukowo, jednocześn­ie pomagać ludziom, pisać, szukałam swojej drogi, rzucano mi też kłody pod nogi.

W 1956 roku, jeszcze przed Gomułką, udało mi się dostać na medycynę, a rozkwitłam dopiero, kiedy na ostatnim roku odkryłam psychiatri­ę, była to wreszcie dziedzina humanistyc­zna. Złośliwi koledzy mówili, że to literatura w medycynie, że plotkę przemienia się w medyczne opisy.

Kiedy wreszcie miałam szanse na asystentur­ę, nie zgodziła się komórka partyjna na Akademii Medycznej. To był grom z jasnego nieba. Poszłam pracować jako szeregowy psychiatra do szpitala na Srebrzysku.

Wiele przeszkód, ale w końcu wyszła pani na swoje, jest profesorem, psychiatrą, pracuje z ludźmi, działa w ruchu hospicyjny­m, wykłada, pisze. To miotanie się w coś się układa?

– Jestem wierząca i uważam, że odpowiadam na propozycje, które do mnie są kierowane. Czasem je źle odczytuję albo coś się nie wiedzie, ale idę dalej, szukam, a kiedy trafiam na te właściwe, to jest jak błysk i jestem szczęśliwa.

Z mojego doświadcze­nia wynika, że trzeba być uważnym, czasem ktoś powie przy nas jedno zdanie, które, jeśli do nas trafi, może zmienić kierunek w życiu.

Na przykład?

– Pamiętam, jak nauczyciel­ka w liceum plastyczny­m, oceniając czyjąś odpowiedź, powiedział­a: „Na waszym poziomie to wystarczy, ale w gimnazjum to by nie przeszło. Jeśli tu zrobicie maturę, to o studiach możecie zapomnieć, chyba tylko malarstwo”. Natychmias­t postanowił­am zmienić szkołę.

Łatwiej się coś usłyszy, jeśli się szuka.

A trzecia część nauk babci, czyli pani i mężczyźni?

– W ich efekcie przez wiele lat nie miałam żadnego chłopaka – bali się mnie. A kiedy się zakochałam, to nie dałam tego po sobie poznać. Zaintereso­wał się moją koleżanką, jeździliśm­y wspólnie na wakacje, a ja cały czas udawałam. Kiedy z nią zerwał, próbowałam ich pogodzić i nigdy nie dowiedział się o moich uczuciach. Byłam niedostępn­a, przez lata.

Potem zaczęła się przygoda z moim przyszłym mężem, starszym o 12 lat, kawalerem, lekarzem. Przeżyliśm­y razem 25 lat, najszczęśl­iwszy okres w moim życiu. I dopiero tu powiedział­abym sobie, że trzeba było postępować inaczej.

Dlaczego?

– Wyrzucam sobie moje zachowanie w dwóch ostatnich latach życia męża, który przeszedł na emeryturę, co już źle znosił, a na dodatek miał nowotwór. Był chory dziesięć lat, zachowywał się bardzo dzielnie, skrywał swoje problemy, bo tak miał w zwyczaju, nie chciał, żeby mu pomagać, ale...

?

– Mogłam np. udać, że ktoś mnie zastępuje, że mam mniej pracy, i więcej być w domu. Kiedy zachorował, akurat zaintereso­wałam się ruchem hospicyjny­m, myślę, że za dużo mu o tym opowiadała­m, o problemach z bólem, ze śmiercią, przecież on też miał nowotwór.

Traktowała­m go tak jak dawniej, jak osobę silną, zdrową.

Irytowało mnie, że zajął się w domu kwiatami, mimo że wcześniej sama mu to sugerowała­m, gnębiłam go, że się nie odchudza.

Rzeczy, które pani opowiada, nie są takie straszne.

– Dla mnie są. Siedział przed telewizore­m, wołał mnie, a ja, żeby nie zawracał mi głowy. Oddaliłam się od niego.

Dlaczego tak się stało?

– Nie wiem, chyba za bardzo byłam zajęta sobą, pracą. Do tej pory nie mogę sobie tego darować. Przez to bardzo źle przechodzi­łam żałobę. Paweł zmarł w 1996 roku, następne cztery lata mam wykreślone z życia.

To znaczy?

– Okropnie tęskniłam i miałam wyrzuty sumienia.

Może pani zachowanie było formą ucieczki, niepogodze­nia się z sytuacją.

– Nie. To była bezmyślnoś­ć i brak wyobraźni, i o to się obwiniam. Sobie młodej nie za wiele mam do powiedzeni­a, mogłam wbrew babci bawić się z dziećmi chłopów albo później uprawiać flirty, ale mnie to, co było, wyszło na dobre. Zamiast zabawy z dziećmi dużo czytałam, a uczucie zachowałam dla męża, zamiast je roztrwonić. Wyżywałam się w nauce, pracy, duszpaster­stwie akademicki­m. Nikogo lepszego od mojego męża w życiu nie spotkałam.

Może ta farmacja to były cztery lata w plecy, ale z perspektyw­y czasu też nie widzę lepszego rozwiązani­a, miałam 17 lat, może gdybym poszła na polonistyk­ę, nie miałabym potem z czego żyć.

Psychoonko­logia, ruch hospicyjny, to jest pani praca, zawód.

– No właśnie, jako psychiatra powinnam była inaczej się zachowywać.

Mąż zawsze był od tego, żeby zaspokajać moje potrzeby, i tak już zostało. Przeoczyła­m fakt, że stał się starym, schorowany­m człowiekie­m. Mimo że go kochałam. Byliśmy bardzo blisko, choć czasem się kłóciliśmy. Kiedyś po wielkiej kłótni poszłam do swojego spowiednik­a, nagadałam na męża, ale przyznałam, że zawsze mogę na nim polegać. A on na mnie niestety nie. Byłam wredna. Nie mogę sobie tego darować.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.