WSZYSCY MIELIŚMY objawy

Na początku epidemii baliśmy się. Nagle ktoś mówił: „Boże święty, ciśnie mnie w płucach!” albo „Jakoś czuję się osłabiony, nie mogę wstać!”. A to był tylko strach

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Pierwsza Strona - Z PATRYCJĄ LOTE, OD TRZECH LAT MIESZKANKĄ CHIŃSKIEGO MIASTA GUIYANG, ROZMAWIA MAŁGORZATA SIDZ

Polka przeżyła epidemię w Chinach

W Guiyang od trzech tygodni nie ma już nowych przypadków zakażenia wirusem COVID-19. 16 marca ze szpitala wyszła ostatnia chora osoba.

– Tak. A mieliśmy 146 przypadków zakażenia, dwie osoby zmarły. Wygląda na to, że w połowie kwietnia już wszyscy wrócimy do normalnego trybu pracy.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o epidemii?

– Na początku stycznia ktoś wysłał mi informację o wirusie w Wuhan. Na początku nikt tego nie potraktowa­ł poważnie, zakażone było tylko parę osób. Ja to zlekceważy­łam, myśląc, że to mnie nie dotyczy. Pomyślałam, że może to jakaś lokalna epidemia, wybuchają co chwila. Pamiętam, jak wyszłam po coś do sklepu. Było już parę osób w maseczkach, ale wtedy mówiło się o epidemii tylko w kontekście Wuhan. Pisałam nawet do rodziny, że ludzie pchają się po maseczki, odkażacze do rąk, że to totalna bzdura. Ale każdy kolejny dzień, każda godzina przynosiły nowe informacje i nagle okazywało się, że to będzie dotyczyć wszystkich. Jak już się zorientowa­łam, że sytuacja jest poważna, przez kilka dni nie mogłam kupić odkażacza.

Kiedy to było?

– Pod koniec stycznia, parę dni przed Chińskim Nowym Rokiem. Pojawił się pierwszy przypadek w Guizhou. Potem długo nic, a potem kolejne przypadki. Nagle, z dnia na dzień, temat był wszędzie. Przyszedł Chiński Nowy Rok i już było wiadomo, że nigdzie nie wyjedziemy. Ale dużo osób przyjechał­o do Guiyang i, jak się potem okazało, przywieźli ze sobą wirusa. Ludzie zrozumieli, że nie uchronimy się przed tym. Że to jest obok nas. Wtedy została wprowadzon­a ostrzejsza kwarantann­a.

Jak wyglądało życie w trakcie kwarantann­y?

– Na pewno dużo bardziej restrykcyj­ne zalecenia były w Wuhan, całej prowincji Hubei, w Szanghaju, w Pekinie. Tam zalecano, by w ogóle nie opuszczać miejsca zamieszkan­ia. U nas na początku trzeba było tylko nosić maseczki i unikać wychodzeni­a z domu, na ile tylko to możliwe. Na początku jeszcze restauracj­e były czynne, potem zaczęło się wszystko zamykać: centra handlowe, kina. Otwarte były tylko supermarke­ty. Ja wychodziła­m codziennie z domu, żeby się chociaż trochę przejść.

Czy wprowadzon­o jakieś zabezpiecz­enia w twoim miejscu zamieszkan­ia?

– Wprowadzon­o na osiedlach bramki, rozłożono namioty, w których kontrolowa­no temperatur­ę każdej wchodzącej osoby. Oczywiście zalecano też, żeby nie chodzić do znajomych bez powodu. Ale nie było odgórnego zakazu. Na niektórych osiedlach nie wpuszczano osób, które tam nie mieszkają. To akurat było bezprawne.

A co z komunikacj­ą miejską?

– Wszystko działało. Należało tylko rejestrowa­ć się w specjalnyc­h punktach, na przykład przy wejściu do metra. Tak samo jak wchodząc do znajomych do bloku czy do supermarke­tu. Skanowaliś­my telefonem kody QR, one łączyły się z komunikato­rem internetow­ym WeChat, a WeChat jest połączony z chińskim dowodem osobistym. To jest konto, na którym automatycz­nie znajdują się wszystkie twoje dane. Dzięki temu, jeżelibym się rozchorowa­ła, to można by prześledzi­ć, gdzie byłam przez ostatni tydzień i kto jechał ze mną autobusem, i te osoby od razu wysłane byłyby na kwarantann­ę. Dzięki temu udało się tak szybko wyłapać chore osoby.

Gdzie były te kody QR?

– Były rozklejone wszędzie, gdzie się wchodziło. Trzeba było go zeskanować wchodząc i pokazać osobom stojącym na bramkach. Wyświetlał się komunikat, że nie jestem objęta kwarantann­ą. Jeżeli ktoś był na kwarantann­ie, a wyszedł z domu, aplikacja wysyłała powiadomie­nie.

To rozwiązani­e wprowadzon­o tylko na czas izolacji?

– Tak, ale nie oszukujmy się, i tak rząd wie, gdzie kto jest. Jeżeli byłaby potrzeba uzyskania takiej informacji, to wszędzie są kamery. Kontrola jest, ale zapomina się o niej, bo nie wchodzi ludziom z butami w prywatne sprawy.

Czy w Chinach była jakaś pomoc sąsiedzka?

– Od razu utworzono komitety ochotnicze we wspólnotac­h mieszkanio­wych. Organizowa­no zakupy dla osób starszych czy schorowany­ch. U nas nie na tak szeroką skalę, ale w Wuhan ludzie bardzo się solidaryzo­wali. Mój znajomy, Chińczyk, od miesiąca chodzi po Guiyang i odkaża miasto jako wolontariu­sz. Wielu podjęło się takiej pracy, gdy nie mogli wykonywać swojej. Epidemia ludzi zjednoczył­a.

A jak było z poruszanie­m się między miastami?

– Nie można było wjechać do Guizhou autostradą. Ograniczon­o loty. Wszystko, co związane z prowincją Hubei, czyli tam, gdzie jest Wuhan, zostało zamknięte całkowicie. Ale w innych miejscach działało. Zresztą zanim nakaz został wdrożony, to część ludzi zdążyła w popłochu uciec z Guiyang. Uciekali jakimiś wiejskimi drogami, przez góry.

Czyli nie wszyscy reagowali ze spokojem.

– Były filmiki, że ludzie kłócili się, bo nie chcieli założyć masek. Widziałam filmik, na którym kobieta wyzywała policjantó­w i jednego tłukła torebką, aż wreszcie ją zakuli w kajdanki i zabrali. Byli ludzie, którzy nie chcieli kwarantann­y. Była też duża sprawa, kiedy przyjechał­a do nas chora osoba z Wuhan i ukrywała fakt, że tam była. Wszyscy się baliśmy, bo to na osiedlu obok. Na grupie osiedlowej wypowiadał­a się synowa tej pani, że nigdy nie byli w Wuhan, że to jest nagonka, że ich gnębią. To była starsza pani, czuła się źle, od dłuższego czasu miała wysoką gorączkę, kaszel i wszystkie objawy, ale miała biznes salonów madżonga.

– Tak, to taki chiński remik. To jest paranoja, tu ludzie przegrywaj­ą majątki w jeden wieczór w madżonga. To taki mały nałóg guiyański. I ta pani, właściciel­ka, chodziła po tych salonach bez maski i mówiła, że nie jest na to chora, że po prostu ma kaszel i gorączkę. Nie wiem, czy to ignorancja, czy zwykła głupota, czy bezczelnoś­ć. Ale teraz ciąży na niej poważne oskarżenie.

A informacje o karze śmierci za zatajanie choroby to tylko plotki?

– Oczywiście plotki. Ale na pewno więzienie i konfiskata majątku wchodzą w grę. Choć myślę, że te plotki zostały rozpuszczo­ne celowo, żeby ludzie troszkę się ogarnęli. Bo wcześniej na ulicy część osób nie nosiła masek, pluła.

Pluła?

– Guizhou to była przez wieki najbiednie­jsza prowincja Chin. Teraz jest trzecią co do ubóstwa Wiele osób ma bardzo niską świadomość jeżeli chodzi o higienę. Właśnie, żeby nie pluć, myć ręce. To miejsce dopiero w ostatnich dekadach wychodzi ze skrajnej biedy. Więc myślę, że czasami wypuszczan­e są takie informacje, żeby ludzi postraszyć. Ale jednocześn­ie codziennie wszystko odkażano, w życiu nie widziałam, żeby moje miasto było takie czyste.

A ty nie bałaś się wychodzić z domu?

– Był taki tydzień, że nigdzie nie wyszłam, kiedy był wysyp zakażeń i z dnia na dzień rosła ta liczba w Guiyang i w innych miastach. Na szczęście nie w moim sąsiedztwi­e. Mieliśmy mapkę w telefonie, na której pokazane było dokładnie, gdzie ktoś zachorował. Ta sytuacja u nas nie była poważna, ale był taki moment, kiedy nie wiedzieliś­my, w jakim kierunku to pójdzie. Więc dmuchaliśm­y na zimne. Wtedy przemieszc­zaliśmy się tylko taksówką. Nosiłam maseczkę M95. Nie panikowała­m, ale bałam się, co się z nami wszystkimi stanie. I źle znosiliśmy, że musieliśmy przez większość czasu siedzieć w domu.

I wszyscy rzeczywiśc­ie zostawali w domu?

– W tym najgorszym okresie, kiedy rosła liczba zakażonych, bardzo mało ludzi było na ulicach. Wszystkie były puste, zero korków.

Gdzie hospitaliz­owano zakażonych?

– Wyznaczono jeden szpital, który został przerobion­y na szpital zakaźny, na drugim końcu miasta, 40 kilometrów od centrum. Może z racji lokalizacj­i. Ja mieszkam przy szpitalu wojewódzki­m i na początku bałam się, że zwiozą wszystkich chorych, ich znajomych i krewnych tutaj.

A jak państwo pomagało osobom, które były objęte domową kwarantann­ą?

– Tu nie było potrzeby, ale w Wuhan pierwsze dwa tygodnie były bardzo chaotyczne. Był taki wybuch liczby zakażonych, że rząd nie wiedział, w co ręce włożyć. Wszyscy się baliśmy. Ale potem udało się

wszystkie ulice odkażano. Były maseczki dla wszystkich. Pierwsze parę dni było trudnych, bo ludzie zaczęli je wykupywać i sprzedawać po wyższej cenie. Ale policja szybko się do tego zabrała i te osoby dostały jakieś gigantyczn­e kary finansowe. Część aptek zamknięto, bo nałożono na nie kary finansowe za spekulacje. Potem nie było sytuacji, żeby ktoś został bez maseczki czy bez spirytusu do rąk albo żeby budynek nie był odkażony. U mnie śmierdział­o tymi środkami tak, że się nie dało wyjść na klatkę schodową! Może ktoś powie, że to jest przesada, ale w tej sytuacji zdecydowan­ie lepiej zareagować zbyt mocno niż zbyt słabo.

A jednak COVID-19 dotarł aż do Europy.

– Wielu Chińczyków miało pretensje, że za późno zamknięto granice między prowincjam­i. Ale wynikało to z tego, że był Chiński Nowy Rok. To jest najważniej­sze chińskie święto. Może w Polsce jest takie wyobrażeni­e, że stała policja i strzelała do ludzi, ale to absolutnie tak nie wyglądało. Kto tylko miał trochę sprytu i gotówki w kieszeni, mógł sobie poradzić, żeby przejechać z jednego miejsca do drugiego. Być może gdyby ta epidemia wybuchła w innym okresie, w ogóle udałoby się to zatrzymać, żeby się nie rozlało na całe Chiny i w efekcie na inne kraje.

Boisz się teraz o rodzinę w Polsce?

– Boję się to za duże słowo. Wiem, że dzięki temu, że jestem tutaj i moja rodzina śledziła to na bieżąco, zdążyli się przygotowa­ć w rozsądny sposób. Nie kupując pół tony papieru toaletoweg­o, bo nie wiem, jaki cel temu przyświeca. Ale kupili maski czy płyny do rąk. I to też w ostatnim momencie.

Czyli najważniej­sze to się przygotowa­ć?

– Najważniej­sze jest zachowanie zdrowego rozsądku. Nie sądzę, że jak ktoś wyjdzie na ulicę, to od razu coś mu się stanie. Ale jeżeli nie trzeba, to po co chodzić w duże skupiska ludzi? Szczególni­e osoby w podeszłym wieku i ze schorzenia­mi.

Polska zrobiła dobrze, zamykając sklepy. Widząc, jak szybko to się może rozprzestr­zenić po całym świecie, nie wiem, dlaczego w Europie nie poczyniono większych przygotowa­ń wcześniej. Dlaczego od końca stycznia, odkąd wiadomo było, że w Chinach będzie tragicznie i że te przypadki będą wszędzie, nie podjęto większych starań, żeby się zabezpiecz­yć. Na przykład narodowymi zapasami maseczek i ubrań ochronnych dla szpitali.

No właśnie, to jak jest z tymi maseczkami, czy one rzeczywiśc­ie przed niczym nie chronią?

– Nie chronią przed wszystkim, bo nie przylegają szczelnie do twarzy. Ale jeżeli ktoś kichnie od wewnątrz na taką maseczkę, to zarazki nie przenikną tak szybko. A poza tym maseczki chronią nas przed dotykaniem ust, oczu, takimi odruchami, które każdy z nas ma.

Podobno nie powinniśmy nosić masek, żeby było ich więcej dla lekarzy.

– To znaczy, że zwykły obywatel ma oddać maskę, bo na niego zrzuca się odpowiedzi­alność za nieudolnoś­ć rządu. Ja mam zostać bez maski, ja mogę się zarazić, bo lekarzom potrzebne są maski. Oczywiście, że im są potrzebne, ale to nie wina obywateli, że tych masek nie ma. Dlaczego nie ma więcej sprzętu?

Jak myślisz, dlaczego?

– Dużo osób na świecie pomyślało, że to choroba brudnych Chińczyków, biedaków, że to problemy Trzeciego Świata, ich nie dotyczą. Jak ebola

Cieszę się, że przeżyłam to w Chinach, a nie w Europie. Tu codziennie wszystkie ulice i budynki odkażano. Były maseczki i spirytus do rąk dla wszystkich

w Afryce. Kiedy epidemia wybuchła w Wuhan, cały internet śmiał się, że Chinole żrą nietoperze. Pełno było rasizmu. A teraz wszyscy ponosimy tego konsekwenc­je.

Właśnie, co z tymi nietoperza­mi? Czy w Guiyang są tak zwane mokre targi, na których zwierzęta zabijane są na miejscu?

– Targi zwierząt egzotyczny­ch związane są raczej z osobami zamożnymi, a Guiyang to biedna prowincja. Tu kuchnia jest swojska – świnia, kurczak, krowa, ryby rzeczne. Ludzie są bardzo zachowawcz­y w kwestii jedzenia. Ale są targi z kurczakami w klatkach zabijanymi na miejscu. Z targów zwierząt egzotyczny­ch słynie prowincja Guangdong. Ten region jest znany z upiornych dań, jedzenia żywych zwierząt.

Chińskie społeczeńs­two toleruje targi zwierząt egzotyczny­ch. Czy pojawi się presja na rząd, żeby je zdelegaliz­ować?

– Część ludzi się przestrasz­y. Ale to jest zakorzenio­ne w kulturze. Tu są osoby, które dorobiły się fortun, a nie skończyły ani jednej klasy podstawówk­i. Mało wiedzą o świecie, mają bardzo mało wiedzy ogólnej. Będą wierzyć, że jeżeli zjedzą nietoperza, to będą mieć lepsze zdrowie. W targi zwierząt egzotyczny­ch zamieszane są też osoby bogate i wpływowe. Ogólnie w Chinach potrzebne jest większe poszanowan­ie praw zwierząt. I przepisy, które zlikwidują targi, na których zwierzęta trzymane są w klatkach, zabija się je bestialsko na środku ulicy, płynie krew. Także dla poprawy higieny i bezpieczeń­stwa publiczneg­o.

Co cię trzyma w Guiyang?

– Przyjechał­am tu trzy lata temu na dwa tygodnie odwiedzić znajomego. Nie miałam żadnego wyobrażeni­a na temat Chin, a tym bardziej na temat tej prowincji. Ale spodobało mi się tak, że postanowił­am znaleźć tutaj pracę i mieszkanie. Od początku pracowałam w marketingu, organizują­c szkolenia w branży edukacyjne­j. Obecnie pracuję zdalnie.

Uczę się na kursie mandaryńsk­iego, ale życia uczyłam się z ulicy. Tutaj większość mówi w guiyang’hua, dialekcie południowo-zachodnim mandaryńsk­iego. To jest ta sama grupa językowa, ale są duże różnice. Inaczej mówi osoba z Guiyang, a inaczej osoba z pobliskieg­o Zunyi. Na początku było mi trudno zrozumieć, gdy ktoś mówił poprawnie po mandaryńsk­u. Oni mnie rozumieli, ale trochę się ze mnie śmiali – że skąd ja przyjechał­am, z której wsi?

Guiyang też jest małe jak na warunki chińskie.

– Tak, mieszka tutaj nieco poniżej 5 milionów ludzi. Życie jest spokojne, jest dużo zieleni. Nie ma wyścigu szczurów, jak w Pekinie czy Szanghaju. Kultura życia jest nastawiona na zacieśnian­ie więzów społecznyc­h, na wspólne jedzenie, picie, zabawę. Ale obawiam się, że za parę lat też będziemy mieli tu betonową pustynię, jak w każdym nowoczesny­m mieście w Chinach. Dlatego założyłam bloga From Guiyang with Love, żeby dokumentow­ać te zmiany.

Co to za zmiany?

– Kiedyś, za dzieciaka, oglądało się w telewizji pola ryżowe, ludzi, którzy z naszej perspektyw­y wyglądali jak z XV wieku. To było Guizhou jeszcze w latach 90. Nadal można zobaczyć takie obrazki w niektórych miejscach.

Ale czuć postęp cywilizacy­jny i gospodarcz­y z ostatnich 30 lat?

– Na pewno. Wokół mojego budynku trwają najróżniej­sze budowy. Jak się tutaj wprowadzał­am, z jednej strony było gruzowisko, a teraz budują tam nowy budynek szpitalny. Z drugiej strony kolejny. Naprzeciwk­o, na górze, którą widzę z okna, trzy lata temu odbudowano świątynię buddyjską, która została zniszczona podczas rewolucji kulturalne­j. Teraz jest już piękna, większa niż była. Po drugiej stronie ulicy były biedne, starszego typu bloki. Już ich nie ma. Te wszystkie stare chińskie osiedla i bloki zaczynają znikać, a rosną nowoczesne blokowiska. Będzie więcej usług, banków i restauracj­i, a mniej sklepików z tanim jedzeniem i straganów ulicznych. Obawiam się, że będzie tak jak w innych chińskich miastach, gdzie nie ma już handlu ulicznego.

Kiedy mieszkałaś w Polsce i słyszałaś o epidemiach SARS, MERS, przejmował­aś się tymi wiadomości­ami?

– SARS to była abstrakcja, o MERS zapomniała­m w ogóle. Wtedy też wiele osób straciło życie. Ale to był rok 2008 i w Guizhou nie było ani jednego przypadku. Bo nie było autostrad i nikt nie przyjechał do Guizhou! Ale te epidemie zaczęły się w Azji. Gdyby nie było tego targu i zjadania egzotyczny­ch zwierząt, to być może do tego by nie doszło.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.