Jądro satrapy, czyli baśń o dyktaturze

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Wkroczyłem do mojej zaprzyjaźnionej księgarni na Puławskiej z impetem i determinacją, wtargnąłem brutalnie, aby natychmiast znaleźć jakąś inspirującą nowość, która skutkowałaby ekstatyczną lekturą. W tym celu wziąłem się do przeglądania nowych polskich powieści, tak się złożyło, że powieści politycznych i groteskowych zarazem; kartkowałem je, nie umiejąc jednak wykrzesać przekonania, że winienem się zagłębić w te historie o Polsce, nie z winy znakomitych autorów, lecz z tej przyczyny, że ostatnimi czasy odczuwam gwałtowną niechęć do groteskowego opisywania alternatywnych wizji Polski; mnie niestety groteska, tym bardziej dosadna groteska, tragicznie już nuży. Terminalnie jestem zmęczony groteską, zdaje mi się, iż literatura za pomocą groteski, choćby najbardziej niedorzecznej, i tak rzeczywistości nie przeskoczy; baśń jedynie, realizm magiczny mogą stanąć na wysokości zadania.

Jednocześnie w trakcie tego panicznego kartkowania w księgarni na Puławskiej dopadła mnie świadomość, że mam przecież w domu całkiem udany zestaw powieści politycznych – ale nie o Polsce – w tym rzecz, którą od dawna chciałem powtórnie przeczytać – „Jesień patriarchy” Gabriela Garcii Márqueza mianowicie. Jest to klasyka realizmu magicznego w swej najbardziej radykalnej wersji, dlatego wielbiciele „Stu lat samotności” czy „Miłości w czasach zarazy” mogą uznać to dzieło za niekoniecznie zrozumiałe, ale jak już zrozumieją, to oszaleją z czytelniczego szczęścia. To opowieść o karaibskim dyktatorze, starym, zdziwaczałym i rozpaczliwie samotnym, stojącym na progu śmierci, a ściślej to już nieżywym, choć naturalnie śmierć jego jest ukrywana przed ludem. Nawet tak potężny, wszechwładny prędzej czy później i tak umrze – i choćby chciał umrzeć wzniośle, to i tak umrze żałośnie: narrator powieści opowiada o znalezieniu jego ciała rozszarpanego przez sępy i o całej jego baśniowej historii. Jak wiadomo, Karaiby i Ameryka Łacińska dały światu cały szereg obłąkanych dyktatorów, a przez to dały też światu zestaw wielkich powieści o dyktatorach. Ach, jakże wspaniale ci Latynosi pisali o swoich dyktatorach, na jakież wyżyny literackie się wspinali? Jak się ich czyta, to aż zazdrość bierze, że mieli takich potworów u władzy, a u nas niestety, no cóż, niestety co najwyżej groteska.

U Garcii Márqueza nie wiadomo za bardzo, jak się powieściowy kraj nazywa i gdzie leży, prócz tego, że na Karaibach, kiedy się urodził i jak się nazywa naprawdę wódz narodu, też nie jest jasne. „Zgrzybiałe dziecko” – tak o nim pisze autor i właściwie już możemy go sobie wyobrazić: zdziecinniałego, wrednego starca, infantylnego i okrutnego zarazem, otoczonego przez dwór podleców i wspieranego przez jakieś zagraniczne potęgi. Ów dziecinny starzec nie dlatego tak się u władzy trzymał, że był geniuszem, jak utrzymywali pochlebcy, czy też na skutek zbiorowego lunatykowania społeczeństwa, jak powtarzali przeciwnicy, ale z tej przyczyny, że otaczał się wiernymi, pełnymi psiego oddania miernotami; wyłącznie dzięki nim on trwał niezłomnie i zdawałoby się, że będzie trwał wiecznie. Potrzebował dwóch typów ludzkich wokół siebie: żywych i słabych dworzan oraz niezłomnych, lecz martwych bohaterów narodowych, ponieważ: „Ojczyzna bez bohaterów, to jak dom bez drzwi” – powiadał.

Tylko dwie osoby miał dyktator, które mógł nazwać bliskimi: swojego sobowtóra, mającego zginąć zamiast dyktatora, gdyby ktoś postanowił dokonać zamachu, oraz matkę, jedyną osobę, którą w życiu kochał naprawdę, ponieważ ów patriarcha z powieści Garcii Márqueza uważał, że ojciec się nie liczy, ojciec jest nieważny i poniekąd nieistniejący, a każde dziecko należy wyłącznie do matki; niedziwne, że postanowił ją kanonizować i żądał od Kościoła uznania świętości swojej matki. Mimo podeszłego wieku w zasadzie był zdrowy, prócz tego, że miał pewną przykrą przypadłość, mianowicie musiał nosić bandaż przepuklinowy na jednym jądrze – tylko to jedno jądro mu straszliwie doskwierało, ale poza tym był okazem zdrowia; co zrobić jednak z tym, że owo jądro tak straszliwie wpływało na jego życie, że nie mógł w pełni ze swej władzy korzystać? Nawet wówczas, gdy przyszedł go nawracać nuncjusz papieski – bo dyktator, mimo iż stał na czele kraju żarliwie katolickiego, to w Boga wcale nie wierzył i Boga miał jeszcze niżej i głębiej niż przepuklinę – nie dał się nawrócić, a jedynie domagał się, aby mu jądro wyleczyć. „Po co chcecie mnie nawrócić, skoro i tak robię wszystko, co chcecie?” – zanosił się starczym śmiechem satrapa, bo mimo iż niewierzący, to rządził krajem katolickim (a katolicyzm latynoski jest czymś więcej niż tylko katolicyzmem), a skoro rządził krajem katolickim, to robił wszystko, czego żądał Kościół, bo Kościół i tyrania w jednym stali domu.

I owo jądro satrapy, można powiedzieć, że jądro ciemności, było jedyną oficjalną jego chorobą, wszak dobrze jest, kiedy nawet nieśmiertelni mają jakieś słabości, na przykład słabą piętę bądź jądro właśnie – to ich przecież jakoś uczłowiecza, z olimpijskich wyżyn do zwykłych ludzi sprowadza. Kiedy czytamy, jak dyktator, już nie mając siły chodzić, wozi na wózku inwalidzkim swoje chore jądro, z niepojętych powodów czujemy współczucie. I nie umie już ani czytać, ani pisać, bo od kiedy jest sam na sam ze swoim krajem i ze swoją bezgraniczną władzą, to „przestał sobie psuć krew koszmarem prawa pisanego, by rządzić wyłącznie osobiście i żywym słowem o każdej porze i na każdym miejscu” – wystarczy, że słowem mówionym wyda rozkazy, a jego słowo stanie się prawem, choćby i wbrew istniejącemu prawu. Rządzi ze spokojem i zręcznością, „otoczony tłumem trędowatych, ślepców i paralityków”, a jest tak stary, że nawet nie pamięta swojej młodości, a poza tym nikt już nie pamięta, że była kiedyś inna władza – on jest przedwieczny, niemający początku, choć widać przecież, że mający swój koniec, bo owa tytułowa „jesień” jest właśnie o jesieni życia, o wielkim konaniu, które jest nieodwołalne i cokolwiek by dworzanie mówili ludowi, cokolwiek by z pałacu wychodziło jako oficjalne komunikaty o nadzwyczajnym zdrowiu władcy, to nawet on śmierci się nie przeciwstawi i ci, którzy mają większą wiedzę nie tylko o jądrze, już walczą w koteriach o schedę.

Kiedy dyktator przebiera martwego sobowtóra w swój mundur, by imitował jego zwłoki, pojmuje, że stał się nagle najbardziej samotnym człowiekiem na świecie – samotność dyktatorów to nic nadzwyczajnego, bycie satrapą otoczonym wyłącznie pochlebcami i miernotami to oczywisty los każdego dyktatora, dyktator niebędący przerażająco samotnym człowiekiem, człowiekiem przerażonym wizją własnej samotnej śmierci, która nawet dla pochlebców i miernot będzie czymś na kształt oczyszczającej ulgi, nie jest dyktatorem. A śmierć sobowtóra tym straszniejsza jest, że tylko on miał odwagę mówić dyktatorowi w oczy prawdę, nikt inny się nie ośmielał.

Czytam tę arcytrudną powieść, czytam w zachwycie i przerażającej świadomości, że przez swoje skomplikowanie formalne może być dla dzisiejszego czytelnika, bombardowanego powieściami grubymi, acz pisanymi językiem przezroczystym, prostszym nawet od gazetowego, trudna do przełknięcia i zrozumienia. Ale jak się ją czyta, to można pojąć, że władza jest okrutną baśnią, lecz to akurat forma baśni najlepiej obnaża całą słabość, iluzoryczność, nagość i śmiertelność władzy.

Nie dlatego tak się u władzy trzymał, że był geniuszem, ale z tej przyczyny, że otaczał się wiernymi, pełnymi psiego oddania miernotami, wyłącznie dzięki nim on trwał niezłomnie i zdawałoby się, że będzie trwał wiecznie

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.