W Locie już nie klaszczą

Zdarza się, że prezes LOT-u zamyka się ze stewardesą i pokazuje, jak myć toaletę

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Kłopoty Podniebnego Przewoźnika - TEKST EDYTA BRYŁA ZDJĘCIA MACIEJ ZIENKIEWICZ /AGENCJA GAZETA

„Zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną!” – szefowa związku zawodowego LOT-u wezwała do strajku.

Duma nad Syberią

2013 rok. Bez zgody związków LOT wypowiedział regulamin wynagrodzeń – pracownikom obcięto pensje. Rozpoczął się trwający do dzisiaj spór zbiorowy.

2014 rok. LOT-owi groził upadek, dostał ponad 0,5 mld pomocy publicznej. Musiał likwidować połączenia, zwalniał pracowników. Ale za dużo, więc znów zatrudniał, tyle że na kontrakty, bo po przyjęciu pomocy od rządu nie mógł zwiększyć zatrudnienia.

2016 rok. Szefem LOT-u został Rafał Milczarski z Radomia, maturzysta katolickiej szkoły średniej w Wielkiej Brytanii, absolwent ekonomii na Uniwersytecie w Cambridge. Wprowadził do Polski brytyjskiego przewoźnika kolejowego cargo i został szefem Związku Niezależnych Przewoźników Kolejowych. Wojował z państwowym monopolem na kolei, wzywał do prywatyzacji PKP Intercity i PKP Cargo, a także likwidacji PKP SA. – Rząd powinien się skupić na promowaniu konkurencji na torach, a nie wspieraniu Grupy PKP – mówił w 2010 roku.

W Locie, tym razem spółce skarbu państwa, Milczarski trafił na dobry czas. W branży już trwała hossa, wszystkim firmom się powodziło. LOT przywracał stare połączenia, otwierał nowe. W 2017 roku osiągnął rekordowe 280 mln zł zysku.

Wojciech, wieloletni steward w Locie: – Wie pani, jaka to była przykrość, gdy wcześniej LOT wyprzedawał majątek? Casinos Poland, hotel Marriott, swój budynek i działkę w centrum Warszawy. Było źle pod każdym względem. A jaka była radość, gdy w 2016 roku LOT kupił 49 proc. udziałów w Nordice [estońska linia lotnicza] albo jak otworzył bazę w Budapeszcie! To uspokaja, gdy firma znowu idzie do przodu. A pozwolenia na przeloty nad Syberią? Miało ich nie być i LOT dopłacałby majątek, bo musiałby latać dłuższą trasą. Nie wiem jak, ale Milczarski załatwił te pozwolenia w kilka dni. Dzisiaj też jest strach o pracę, ale nie jak wtedy, gdy ciągle się baliśmy, że LOT upadnie.

Pokład chorych

Dobrym wynikom pomaga też oszczędzanie na pracownikach. Nadal LOT zatrudnia tylko „przedsiębiorców”, czyli samozatrudnionych pilotów i stewardesy. Milczarski chce, żeby także etatowcy rezygnowali z umów o pracę i przeszli na samozatrudnienie, bo etaty są „nienowoczesne i niekonkurencyjne”. Nowi nie mają wyboru, etatowcy się nie zgodzili. – Myślę, że się na nas za to obraził. Słyszeliśmy od niego, że bierzemy kasę za nic, gdy chodzimy na zwolnienia lekarskie – mówi jeden z pilotów.

Samozatrudnienie wkurza związkowców, bo niedługo etatowcy będą w mniejszości. Jak wtedy będą mogli cokolwiek wywalczyć? Nie można się bez etatu nie tylko zrzeszać w związkach, ale też liczyć na świadczenia. Poważna choroba lub ciąża eliminuje z pracy i zostaje się bez środków do życia.

Żeby kasa się zgadzała, „prowadzący działalność” latają nawet wtedy, gdy są chorzy.

Janek, 28 lat, steward, od dwóch lat w Locie: – Raz poprosiłem lekarza, by dał mi zwolnienie nie na tydzień, tylko na cztery dni, bo akurat wtedy miałem w grafiku sporo godzin do wylatania. Nie chciałem tracić tej kasy. Lekarze kręcą na to głową, mówią, że to chore, ale się zgadzają. Rozumieją, że potrzebujemy pieniędzy. Ale to się może źle skończyć. Jak jeden kolega poleciał chory, to potem od razu dostał zapalania ucha. Przez dwa tygodnie nie mógł pracować. Kilka razy latałem chory.

Michał, jeden z pilotów, zatrudniony na firmę: – Na chorobowe LOT niechętnie się zgadza. Przełożeni wypytują, czy na pewno nie dam rady. A jak już, to musimy przynosić zwolnienia lekarskie jak etatowcy. Bo niby mam swoją firmę, umowa nie przewiduje nawet urlopu, a na wzięcie dnia wolnego piloci muszą otrzymać zgodę LOT-u – mówi.

Gdy popytać o zdrowie, to wszyscy z personelu latającego mają końskie, a problemy ukrywają. Bo co, jeśli na badaniu lekarskim wyjdzie na jaw choroba, która wyklucza z zawodu? Nikt głośno nie narzeka, tylko znika na chorobowe i ostro się kuruje. Leczą sypiące się kręgosłupy, rozregulowany organizm, żylaki.

Po locie do Los Angeles i z powrotem stewardesy są czasem tak zmęczone, że idą od razu na zwolnienie lekarskie. Niektóre nie są w stanie funkcjonować bez tabletek na sen. Agnieszka Szelągowska, szefowa pokładu, wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego: – W tej pracy nie ma dziennej rutyny, że wstajesz rano, robisz śniadanie, idziesz do pracy. Rytm dobowy mamy rozregulowany

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.