Z Jackiem Butrymowiczem, reżyserem, rozmawia Jacek Szczerba

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Polskie Kino W Prl-u -

W PRL-u wiele filmów trafiało na półki głównie z powodów politycznych. Większość z niej zdejmowano, ale pańskiego „Kwiatu paproci” z 1972 roku nie zdjęto.

– Zaczęła się już gierkowska euforia, a my chcieliśmy pokazać, że nie wszystkim dobrze się wiedzie, że na prowincji rządzą układy. Bohater Lolek Gajewski grany przez Bogdana Łazukę, w białym golfie i w białych skarpetkach, to warszawski cwaniak. Pożyczonym citroënem przyjeżdża do małej miejscowości, żeby odebrać od kogoś pieniądze. Dłużnika jednak nie zastaje. W miejscowym hotelu zaczyna się zjazd absolwentów lokalnego liceum. Lolek z powodu rzekomej znajomości angielskiego zostaje tam zaangażowany jako tłumacz. Bo jeden z absolwentów to milioner z Chicago. Lolek zgadza się na tę posadę, usłyszawszy o skarbie, który po wojnie ukryto gdzieś w okolicy… Dzisiaj „Kwiat paproci” przypomina czeskie filmy z lat 60.: kamera przygląda się bohaterom prawie jak w dokumencie, struktura jest luźna, pełno tu drobnych obyczajowych obserwacji.

– Byliśmy wtedy pod wpływem Czechów. Nie należałem do żadnej grupy czy koterii. Wszystkiemu przyglądałem się z zewnątrz. Lolek ma cechy ludzi, których spotykałem w warszawskim Bristolu – żadną pracą sobie rąk nie splamili. Gdy Lolek chce zapalić, zatrzymuje nawet harcerza i pyta go, czy nie ma papierosa. Znajoma Lolka sprowadza do hotelu Włochów. Byli autentyczni, wzięci z włoskiej sekcji Polskiego Radia. Puściłem ich na żywioł. Znanym aktorom dałem niecodzienne zadania. Leon Niemczyk miał osiem dni zdjęciowych, z czego przez siedem spał w łóżku. Nie mógł się z niego ruszyć, bo kamera wędrująca po pokoju, w którym spał, mogłaby wychwycić, że zszedł z planu.

W związku ze skarbem pojawia się motyw wymiany pieniędzy, którą przeprowadzono w PRL-u w roku 1950.

– Mój ojciec pracował w banku. Zamknęli ich wtedy w pracy na dwa dni i dostarczali jedzenie. Przed bankiem stały kryte ciężarówki, potem okazało się, że pełne nowych pieniędzy. Władze przygotowywały wymianę. To było oszustwo: ludzie, którzy mieli rachunki w banku, za 100 starych złotych dostawali trzy nowe, a ci, którzy przynosili na wymianę gotówkę, za 100 starych dostawali jednego. Ludzie znosili pieniądze w walizkach.

Do filmu wtrącała się cenzura?

– Po montażu Jerzy Passendorfer, który był wtedy kierownikiem artystycznym Zespołu „Tor”, powiedział o jednej scenie: „Jacek, wyrzuć to, bo i tak nie przejdzie”.

W akwarium dyrektora hotelu pływała rybka, którą podarował mu milioner z Chicago. Niestety, Lolek przekręcił termostat i rybka zdechła. Trzeba było, nim milioner się zorientuje, złowić nową. Jeden z absolwentów liceum był majorem milicji. Wziąwszy podbierak i przykrywszy mundur płaszczem, pojechał z Lolkiem nad staw. Zatrzymał ich tam patrol milicji. „To wyście gulgotali?” – spytał milicjant lekko podpitych bohaterów, nie rozpoznawszy, że to było rechotanie żab.

Jak „Kwiat paproci” zapółkowano?

– Na dzień przed kolaudacją Passendorfer przy mnie zadzwonił do ministerstwa, by spytać, jaka panuje opinia o filmie. Po jego twarzy widziałem, że jest zła. Po projekcji zaczęło się wyzywanie, że marnie zrobiony, że gówno wyjątkowe. Rozeszliśmy się. Kuba Morgenstern spytał mnie później, czy dostałem protokół z oceną z kolaudacji. Nie dostałem. Bo nawet jeśli dawali zerową kategorię, to film wchodził na ekrany, nikt go nie oglądał i po czterech dniach go z kin wycofywano. Mój „Kwiat paproci” w ogóle do kin nie trafił.

Dlaczego?

– Jest kilka wersji wyjaśnienia. Pierwsza, że szef zespołu się tego nie domagał. Ze mną Passendorfer w ogóle na ten temat nie rozmawiał. Druga – Łazuki – mówi, że film schowano, bo Łazuka jako aktor był wtedy na fali, superpopularny, a u mnie zagrał postać niesympatyczną, cyniczną. Trzecia, że z powodu Stanisława Wohla, Żyda, który był opiekunem artystycznym filmu i po 1968 roku znalazł się na wylocie.

A dlaczego pan nie upominał się o premierę?

– Może z powodu poczucia wstydu – film wydał mi się puszczony. Speszyłem się. Uciekłem w pracę nad „Janosikiem” (1973), którego przez dziewięć miesięcy robiliśmy w Zakopanem. Nie jestem ofiarą systemu: jak się wchodzi do klatki z lwem, nie można mieć pretensji, że się zostało podrapanym. Zamiast kręcić filmy, mogłem przecież pracować w PGR-ze.

„Kwiat paproci” powrócił dopiero w roku 2009.

– W maju 2009 roku urządzono jego premierę w kinie Charlie w Łodzi. Piotr Kardas z Charliego za drugim podejściem odnalazł „Kwiat paproci” w magazynie Filmoteki Narodowej. Za pierwszym odpowiedziano mu, że w katalogach Filmoteki mojego filmu nie ma. Za drugim okazało się jednak, że na półce leży jego jedyna istniejąca kopia.

W Charliem siedzieliśmy z Łazuką w ostatnim rzędzie, słuchając reakcji publiczności. Śmiała się tam, gdzie miała się śmiać, była cicho tam, gdzie powinna – np. gdy gołębiarz grany przez Edwarda Rączkowskiego krzyczy zrozpaczony: „Pan mi obiecał, że mnie stąd zabierze!”. Ale Lolek-Łazuka wraca do Warszawy bez niego.

Koledzy ponagrywali „Kwiat paproci” na płytki DVD, które krążą w obiegu towarzyskim.

Co pan robił przed Szkołą Filmową?

– Skończyłem w Krakowie filologię rosyjską, bo groziło mi wojsko. Nie znałem rosyjskiego, na egzaminie napisałem 11 linijek – „Puszkin eto wielikij poet” – i mnie przyjęli. Gdy pracowałem w Moskwie przy filmie o Feliksie Dzierżyńskim „Znaków szczególnych brak” (1978), swobodnie się dogadywałem. Nauczyłem się rosyjskiego, ale po łebkach. W życiu wszystko robiłem po łebkach.

Przy „Znaków szczególnych brak” pracowałem w Moskwie prawie rok. Oni wszystko robili wolno, bo u nich zarobki były uzależnione od długości pracy. Anatolij Bobrowski reżyserował dość bezbarwnie, za to rosyjscy aktorzy przerastali naszych o głowę.

Mieszkaliśmy w hotelu Pekin, o standardzie domu akademickiego. Wciąż mam ukradziony stamtąd otwieracz do butelek. Podpisałem wysoką międzynarodową umowę, sporo zarobiłem.

A gdzie pan mieszkał w Polsce?

– Na stancji w Łodzi, a w Warszawie dziewięć lat w hotelu MDM, skąd wywalali tylko w dwóch przypadkach: jak były Wyścig Pokoju i Zjazd Partii. Mnie na Wyścig Pokoju zostawiali. No i dwa lata spędziłem w Bristolu. Wtedy dół Bristolu – restauracja – był wysokiej kategorii, ale góra, przed remontem, kategorii drugiej. Mieszkałem w apartamencie Paderewskiego, który miał krzywą podłogę.

Dlaczego właściwie trafił pan do kina?

– Po 1956 roku powstał w Krakowie Teatr 38 prowadzony przez Waldemara Krygiera. Należałem do jego zespołu, konkurowaliśmy z Piw-

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.