Mistrzowski warsztat Lidii

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Tochman Springer - Wojciech Tochman

gronie bliskich, przyjaciół i współpracowników Lidii Ostałowskiej, zmarłej w styczniu wielkiej reporterki, autorki „Dużego Formatu”, zastanawiamy się, jak chcemy pamięć o niej publicznie pielęgnować. Mamy już kilka pomysłów. W związku z tym szperam w internecie i w archiwach w poszukiwaniu wszystkiego, co Lidii dotyczy. Oczywiście głównie znajduję jej reportaże. Te w książkach („Cygan to Cygan”, „Farby wodne”, „Bolało jeszcze bardziej”) są przez czytelników pamiętane i podziwiane. Ale i te zamieszczone tylko w prasie (głównie w „Gazecie”, w której pracowała od 1989 roku) są ważne, mądre i ciekawe. „Każdy tekst był podniecający – powiedziała kiedyś w rozmowie z miesięcznikiem „Zwierciadło”. – Dopiero niedawno zauważyłam, że tym, co mnie zawsze interesowało, były różne tożsamości. Etniczne, grupowe, kobieca, seksualna itd.”.

Pamiętamy, że Lidia Ostałowska pojechała do Medjugorje w czasie, kiedy grzmiały tam działa? I przywiozła reportaż „Teraz objawienie”. Opowiadała w nim, zwięźle i bez emocji, jak codzienny kult Królowej Pokoju miesza się tam z codzienną wojenną śmiercią, wojennym biznesem i operą mydlaną oglądaną codziennie w telewizorze. Autorka niczemu się nie dziwiła, nawet wojnę przyjmowała z jakimś zrozumieniem, jak coś, co się ludziom raz na jakiś czas przydarza. Tak jak objawienia Najświętszej Marii Panny. Niczego ani nikogo nie ganiła, z nikogo nie szydziła, każdego uważnie słuchała. Pisząc, nie komentowała. Jakby nam, czytelniczkom i czytelnikom, chciała powiedzieć: jak wam tak to potrzebne, sami sobie oceniajcie innych.

„Nie byłaś w domu karmiona opowieściami wojennymi?” – spytał autor „Zwierciadła”.

Odpowiedziała: „Dobra, to powiem to. Zawsze musiałam patrzeć na historię z kilku perspektyw, bo z takiej pochodzę rodziny. Moja babcia, wielka polska patriotka, nie mogła znieść tego, że moja matka wyszła za mąż za co prawda oficera polskiej armii, ale tej spod Lenino, który wcale Polakiem nie był. Był Rosjaninem. Powstanie warszawskie było po drugiej stronie Wisły, a matka, choć była w Szarych Szeregach, nie zdążyła się tam przedostać. Wojsko stało na tamtym brzegu, mieszkało po domach. Tak moja matka poznała mojego ojca. Cierpienie babci było szalone. W ciemnej sukni szła na ślub córki. Wojna się skończyła, był 1945 rok. Mój ojciec musiał się bardzo starać, żeby pozwolono mu zostać w Polsce, bo pochodzących z Rosji żołnierzy odsyłano, a śluby z Polkami nie były dobrze widziane. Nie wiem, co nakłamał, komu zapłacił i jak to było, ale został. Był ruskiem, kacapem. Przyjaciele odwrócili się od mojej mamy, bo wyszła za okupanta. Więc zawsze miałam dwa doświadczenia – patriotyczno-AK-owskie i radziecko-komunistyczne, choć ojciec nie należał do partii. Miałam wdrukowane, że doświadczenia mogą być różne. Czasem sprzeczne, nawet w jednej opowieści, w jednej rodzinie”.

Rodzinna historia Lidii nigdy wśród przyjaciół nie była tajemnicą. Ale przeoczyłem, że powiedziała o tym publicznie. Zwykle nie rozprawiała o swoich sprawach, nawet w szerszym towarzyskim gronie. Była dyskretna, powściągliwa i, jak sama w tamtym wywiadzie przyznała, „dość nieufna”.

„Zawsze jestem obca. I wcale tego nie ukrywam. Kiedy pisałam o Paktofonice, nie mogłam ukrywać, ile mam lat. To byli chłopcy w wieku moich synów. Spotkałam się z nimi, bo chciałam zrozumieć własne dzieci, ich świat. Zawsze startuję jako obca i muszę się wkupić. (…) Traktowali mnie trochę jak powietrze. Ale jak z kimś jesteś przez tydzień, potem drugi, to zaczyna być dla ciebie człowiekiem. I ja zaczęłam być dla nich człowiekiem. W pozycji człowieka utwierdziłam się raz, kiedy rozmawiałam z ich dziewczynami. No, może jeszcze kiedy balangowałam z nimi po koncercie. Była to niegrzeczna balanga. Powiedzieli: »Teraz ty masz coś na nas, my mamy na ciebie. Teraz już jesteś nasza«. Dopiero wtedy doszło do zasadniczych rozmów, które pokazały ich człowieczeństwo, ich świat”.

W ciągu prawie 30 lat przyjaźni z Lidką przegadaliśmy wiele wieczorów (i przetańczyliśmy!), uczyłem się od niej zawodu, napisaliśmy nawet razem kilka tekstów. Ale kiedy w Polskiej Szkole Reportażu padł niedawno pomysł, bym wyłożył studentom, na czym polegał mistrzowski warsztat Lidii Ostałowskiej, poczułem, że nie powinienem. Po co mam mówić za Lidię, skoro sama to tu, to tam sporo o swojej pracy powiedziała. Na przykład Remigiuszowi Grzeli, którego znakomitą rozmowę zamieszczoną w sierpniu 2015 roku w „Zwierciadle” tutaj dziś tak obficie cytuję.

I dzisiaj poszukuję słów Lidii Ostałowskiej, których w sieci i bibliotekach nie znajdę. Ktokolwiek je posiada jakoś zapisane, proszę o wiadomość: wojciech.tochman@instytutR.pl. Postaramy się je ułożyć wszystkie obok siebie. Niech Lidia o swojej pracy sama mówi. Nikt lepiej tego nie zrobi. Ja mogę tylko powiedzieć, że tęsknię jak cholera.

„Przyjaciele odwrócili się od mojej mamy, bo wyszła za okupanta”

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.