Lipiec w Potoczarach

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Tochman Springer - Wojciech Tochman

I nie uważaj tych, którzy zostali zabici na drodze Boga, za umarłych. Przeciwnie, oni są żyjący!

Przygotowujemy pogrzeb 32 ofiar – ogłosiła w czerwcu Lejla Cengić, rzeczniczka bośniackiego instytutu powołanego do poszukiwań zaginionych w trakcie wojny 1992-95. Chodzi o uroczystość, która co roku 11 lipca odbywa się w Potoczarach koło Srebrenicy. Tam 11 lipca 1995 muzułmańskich mężczyzn i chłopców wyższych niż 140 cm serbscy mężczyźni oddzielili od żon, matek, córek i sióstr. Dzieci i kobiety (z wyjątkiem 11) wywieziono na pas ziemi niczyjej. Stamtąd poszły do swoich – do Tuzli. Ale mężczyzn, chłopców i te 11 kobiet – zatrzymano. Na spisanej później liście – 8372 nazwiska zgładzonych.

Zabić tylu ludzi? To nieprosta sprawa. Zabrała ponad tydzień. Odnaleźć tyle ciał, ukrytych w masowych grobach, potem je rozpoznać – to jeszcze trudniejsze. „Ekshumacje Srebrenicy” ruszyły w 1996 roku i trwają do dzisiaj.

Pierwsze pogrzeby odnalezionych i zidentyfikowanych zorganizowano w Potoczarach w 2003 roku. Dotychczas pochowano tam 6575 osób. Plus tych 235 rozpoznanych, którzy zgodnie z wolą najbliższych spoczęli na cmentarzach w rodzinnych wsiach.

Są i takie ciała (tzn. kości w worku), którym, dzięki badaniu DNA, udało się już nadać imiona i nazwiska, ale wciąż ich nie pogrzebano. Zdaniem rodzin nie są wystarczająco kompletne. Bliscy czekają. Może podczas kolejnych ekshumacji specjaliści znajdą jeszcze kilka drobnych kości albo choć jeszcze jedną kość długą… Nie całkiem lekkie szczątki lżej będzie oddać ziemi ponownie.

Są i ci, których w ogóle nie ma. Ani kosteczki. Nie wiadomo, gdzie leżą. Z roku na rok coraz mniej ekshumacji. W okolicy zostały jeszcze małe groby zbiorowe (tzn. więcej niż jedno ciało)

i te pojedyncze. Najtrudniej je znaleźć. – Srebrenica wciąż szuka ponad tysiąca ofiar – powiedziała prasie Lejla Cengić.

Wśród 35 osób (liczba wzrosła w ciągu ostatnich dni), które zostaną pochowane pojutrze – trzech nieletnich.

Edin Burić – 17 lat. Ekshumowany w 2001 roku z grobu w Liplje niedaleko Zvornika. Razem z nim leżał o rok młodszy Vesid Ibrić. Ale jego rówieśnika Ferisa Mehmedovicia wykopano bliżej Srebrenicy: część szczątków w 2000 roku w grobie koło Glogovej, część dziewięć lat później w Zalazje. To znaczy, że mordercy zacierali ślady.

Wyobrażam to sobie: jacyś mężczyźni (rolnicy, nauczyciele, murarze, fryzjerzy, lekarze) otwierali koparkami tzw. groby pierwotne. Wyciągali ciała chłopców i ciała mężczyzn. Tych, których przed miesiącem zabili, może przed trzema. Łyżka koparki to w dole, to w powietrzu, to nad wywrotką. Tak kilkaset razy. Kilkadziesiąt kursów wywrotki. I zrzut trupów do nowych dołów, trudniejszych do znalezienia. Spychacz.

Pojutrze w Potoczarach pożegnamy także jedną kobietę. Remzija Dudić miała 20 lat, była w szóstym miesiącu ciąży. Jej mąż Nazija Dudić miał 22. Zamordowano ich razem. I razem wrzucono do dołu we wsi Rašića Gaj. Ich rodziny to jakoś pociesza? Uspokaja? Jasna, prawniczka z Mostaru, o której za chwilę, z pewnością by nam opowiedziała, jakie to szczęście być tak zamordowanym: z tymi, których kochamy.

„Kiedy się patrzy na tak straszne nieszczęścia, to szalenie mocne staje się poczucie, że najpierw jest się człowiekiem. A dopiero później człowiekiem określonej narodowości. Człowieczeństwo łączy w nieszczęściu, w jego przeżywaniu. Chciałoby się, żeby ludzie tak to rozumieli” – Tadeusz Mazowiecki, specjalny sprawozdawca ONZ z krajów byłej Jugosławii w latach 1992-95, powiedział te słowa w wywiadzie, który zamieściłem w „Magazynie Gazety” w 2002 roku. Były mi bliskie, więc niedługo potem umieściłem je jako motto w książce „Jakbyś kamień jadła”. To opowieść o kobietach, które w Bośni poszukują swoich zamordowanych mężczyzn: ojców, mężów, braci, synów.

Dziś, kiedy przed ludźmi uciekającymi z wojny ryglujemy granice, opowiedziałbym Tadeuszowi Mazowieckiemu o czymś, co w tym tunelu nieczułości wydaje się światłem. Wciąż, panie premierze, jestem pytany o czerwone kalosze. Na Facebooku, na spotkaniach autorskich. Poszukiwała ich Jasna, prawniczka z Mostaru.

Z dwójką dzieci i mężem, było lato 1992, uciekła z miasta do rodzinnej wsi. Tam miało być bezpieczniej. Nie było. Męża Serbowie zabrali do lasu. Jasnę oddzielili od dzieci i zbiorowo zgwałcili. Dzieci już nie zobaczyła. Ajla – dziewięć miesięcy, Amar – cztery lata, w czerwonych kaloszach. – Ciała dzieci są tak delikatne – wyjaśniała mi dr Ewa Klonowski, antropolożka sądowa, główna bohaterka mojej bośniackiej opowieści – że już dawno się mogły rozłożyć. Zamienić w proszek.

Gumowe kalosze przetrwały? Taką Jasna miała nadzieję. I dzisiaj, panie premierze, po tylu latach czytelnicy w Polsce wciąż łączą się z Jasną w nieszczęściu, w jego przeżywaniu. Obchodzi ich ból Muzułmanki z Mostaru. Tak jak pana obchodziło cierpienie Muzułmanów w Bośni i Hercegowinie. W Sarajewie pamiętają to panu z wdzięcznością.

W całym kraju ekshumowano 25 tysięcy zamordowanych. Rozpoznano i pochowano – 23 tysiące. Do nieodnalezionych ofiar Srebrenicy dodajmy poszukiwanych z okolic Sarajewa, Banja Luki, Bihacia. Na liście zaginionych – wciąż siedem tysięcy ofiar. Dwie z nich – dzieci Jasny.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.