Detoks

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Orliński Szczygieł Poluje Na Prawdę - Mariusz Szczygieł

Czy chce pan posłuchać o najgłupszej kobiecie świata? To ja. Było tak: „Darek, masz dojechać do szpitala” – napisałam mu w SMS-ie. „Jadę, ciociu, jadę, ale nie mam ubezpieczenia”. „Na detoks przyjmą cię bez ubezpieczenia”. Bo zadzwonił do ośrodka terapeutycznego dla narkomanów. Sam zadzwonił, więc to sukces, i powiedzieli, że musi być po detoksie. Wysłałam mu pieniądze na autobus i jedzenie. No, chyba ich nie stracił na narkotyki, bo pisał spod szpitala. To znaczy pisał, że pisze spod szpitala, a jaka prawda, nie wiem.

Wyszedł dwa lata temu z więzienia, za kradzież siedział – jako recydywista ostatnio chyba cztery lata. W mieście, gdzie mieszka, była oferta… To znaczy nie można powiedzieć, że mieszka, bo ostatnio śpi na klatkach schodowych. Ale była oferta – zniszczone mieszkanie 18 metrów kwadratowych do remontu, którego nikt nie chce. „Ciociu, jak ja bym sobie to mieszkanie odremontował, wreszcie miałbym coś swojego, do pracy bym poszedł, taki mam dobry zawód mechanika”. Zadzwoniłam tam do urzędu miasta, bo mieszkam dwieście kilometrów dalej. „Na pewno wygra przetarg – powiedzieli – bo nie ma innych chętnych. To ruina jest”. Ale on robotny zawsze był, wszystko umiał zrobić, więc myślę: niech ma szansę. Pieniądze za mieszkanie musiał on wpłacić, nie mogła obca osoba. Wysłałam mu w dwóch ratach całą sumę na kupno tego mieszkania. Miał odesłać pokwitowanie. On nie wie, jak ma być napisane, nie umie dobrze tego napisać. Wysłałam pokwitowanie pocztą – miał tylko podpisać i odesłać. Chciałam mieć jakiś dokument. Nie doszedł do niego. Trzy tygodnie twierdził, że nic nie doszło. Na mieszkanie czeka, pieniądze trzyma. „Darek – mówię – wysyłam następne pokwitowanie: masz mi podpisać i odesłać, bo ścigać cię zacznę”. Zamilkł. Nie odbierał telefonów, potem zmienił numer. Dzwonię do urzędu: „Ten pan przestał się zgłaszać”. Myślałam, że zawału dostanę.

Jest synem mojego bratanka. Bratanek też siedział. Jego żona tam tylko była sensowna, ale umarła. Zachorowała na trzustkę, ekspresowa choroba! Szykował się pogrzeb, a bratanek i żona mojego brata stwierdzili, że pięcioletnie dziecko nie może iść na pogrzeb matki. I Darek nie był. W ogóle nie wiedział, że mama nie żyje. Mówili mu, że wyjechała się leczyć. Zawsze o tym pamiętam, jak o nim myślę, i mi się go szkoda robi.

Teraz on ma czterdzieści lat i wszyscy nie żyją: brat, bratowa, bratanek. Żyjemy tylko my: ja i Darek. No, ale po tym jak zniknął, powiedziałam sobie: nie znam cię i nigdy nie znałam, choćbyś się zwijał z bólu – nigdy ci nie pomogę.

Odezwał się po dwóch latach. Ma lęki, że ktoś go zabije. „A co zbroiłeś?”. „Nic, narkotyki biorę i to od tego. Ale już nie chcę, ciociu, mieszkać po piwnicach”. Powiedziałam, że go nie przyjmę. Ma sobie znaleźć ośrodek leczniczy. No, ale detoks najpierw trzeba zrobić.

Zaczął mi pisać: idę do szpitala, już wchodzę. No to ja cała szczęśliwa. Nagle pisze, że nie zostanie tam, bo każą mu oddać jedzenie i picie, które przyniósł, dla pewności, że nie ma tam narkotyków. A przecież nie ma, dlaczego mu nie wierzą? Każą oddać telefon, nie odda, bo zanudzi się na śmierć. I każą podpisać, że zgadza się na podanie leków psychotropowych, jeśli zajdzie potrzeba. A on się nie zgadza, bo pacjent, choćby był uzależniony i chory, a nawet jak się stoczył i jest na dnie, to też człowiek, ma duszę i żyje.

Piszę mu: „Tam są ich zasady, do których ty masz się stosować. Ze swoimi zasadami to na klatkach schodowych wylądowałeś”. Nie pójdzie, już zdecydował.

„No to znowu będziesz śmieciem życiowym! – napisałam. – Nie znam cię i zmieniam numer telefonu i adres, żebyś mnie nigdy już nie znalazł. Precz!”.

„No dobrze, ciociu, to zrobię to dla ciebie i zostanę”. O, ty, k… mać – dla mnie? Dla siebie to robisz! No, chciałam rzucić telefonem o ścianę, aż mnie trząść zaczęło. Wkurzyło mnie, że on łaskę komuś robi, bo idzie na detoks. Chociaż wiem, że każdy powód jest dobry do zaczęcia terapii. Niechby było, że dla mnie.

Nagle pisze: „Żebym chociaż miał zeszyt…”. „Jaki zeszyt?”. „No, jak nie będę miał telefonu, to rysowałbym sobie chociaż”. Czterdziestoletni facet! Tak mnie rozczulił tym, że mu jutro wiozę ten zeszyt dwieście kilometrów do tego szpitala.

Oto, co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.