Wołanie wolnych strzelców

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Tochman Springer - Filip Springer

Pierwszy raz dowiedziałem się, jak to działa, gdy wysłałem propozycje pięciu tematów do jednej z dużych redakcji. Zachwyceni redaktorzy zamówili wszystkie, a ja pomyślałem, że przez kolejne miesiące nie będę się martwić o rachunki. Potem zamilkli. Wysłałem im pierwszy materiał, drugi. Kilka ponagleń. Cisza. W końcu przyszedł mail: „Panie Filipie, dziękujemy za tematy, są świetne, robią je już nasi autorzy”. Redaktorkę, która się pod tym mailem podpisała, mam do dziś wpisaną w telefonie jako „Nie odbierać”. Nadal pracuje w mediach.

Kilka tygodni później z dużego tygodnika napisali mi, żebym im dorobił na wczoraj zdjęcie do fotoreportażu, który trzymali od dwóch miesięcy. – Nie mogliście powiedzieć wcześniej, że macie jakieś uwagi? – zapytałem. – Jak nie dorobisz zdjęcia, to nie puścimy materiału – usłyszałem w słuchawce. – A zwrócicie mi koszty podróży? – rzuciłem, ale już się rozłączyli.

I tak bywało często. Gdy przychodziło rozliczenie, ale tylko za tekst, bo zdjęcia „zrobiłem przy okazji”. Albo gdy odkrywałem w umowie, że redakcja będzie handlować tymi zdjęciami gdzie popadnie, a ja nic z tego nie dostanę.

Albo gdy trzymali mój reportaż cztery miesiące, a gdy zagroziłem, że wyślę go gdzie indziej, to napisali wprost, że wtedy już nic więcej u nich nie opublikuję.

Albo gdy redaktor zapytał, czybym czegoś nie napisał, chociaż od pół roku trzymał dwa moje teksty w szufladzie.

Albo gdy dzwonił do mnie bohater, że podpis pod zdjęciem robi z niego idiotę – bo nikt przed publikacją nie wysłał mi ostatecznej wersji reportażu, więc nie miałem szansy skorygować podpisu od redakcji. Nawet nie wiedziałem, że ten materiał idzie.

Ale najwięcej zrozumiałem, gdy po dwóch dniach od wysłania maila z propozycją tematu do działu fotograficznego „New York Timesa” otrzymałem odpowiedź od jego szefa, że dziękują, ale nie są zainteresowani. Ale żebyśmy pozostali w kontakcie. Na odpowiedź z analogicznego działu jednej z dużych polskich gazet czekam szósty rok.

To wszystko było kilka lat temu. Mógłbym zapomnieć. Ale przypomniało mi o tym ponad 80 dziennikarek i dziennikarzy zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej. To wolni strzelcy – ludzie bez etatów, uzależnieni od współpracy z redakcjami. Dostarczają magazynom i portalom większość publikowanych tam reportaży. Teraz rozesłali list do redaktorów naczelnych i wydawców. Domagają się ucywilizowania zasad współpracy. Chcą wiedzieć przed publikacją, ile dostaną za tekst, czy i kiedy zostanie opublikowany, nie chcą dokładać ze swego honorarium do kosztów podróży służbowych. Nie domagają się etatów. Chcą być tylko traktowani fair – po partnersku. Mają świadomość warunków panujących na rynku prasowym. Ale napisali ten list, bo wierzą, że gazety nie powinny stosować praktyk, które same piętnują, opisując nieuczciwych pracodawców i wykorzystywanych pracowników. To, jaką odpowiedź dostaną, jest trochę testem na szczerość intencji prasy.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.