Naćpane Zło, czyli moje brudne przyjemności

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Złe języki głoszą, że pod postacią celebryty Mariusza Fajkowskiego w powieści „Ślepnąc od świateł” Jakub Żulczyk sportretował Kubę Wojewódzkiego. Ja tę powieść czytałem cztery lata temu, ale nie pamiętam, czy Wojewódzki był inspiracją dla postaci Fajkowskiego, czy też nie, wiadoma sprawa, że jest Wojewódzki nadzwyczaj chętnie portretowany w literaturze, i żeby tylko Żulczyk to robił, to pół biedy. W najnowszym tomie opowiadań Stefana Chwina znajduje się nowela, w której pojawia się postać prowadzącego tok szoł Kuby Wojdanowskiego, dającego za pomocą swej charakterystycznej mowy ciała tajne znaki zawodowym mordercom; lepiej nawet – zawodowy morderca w masce Kuby Wojdanowskiego wykonuje wyrok. Zatem jeśli o Wojewódzkim piszą nawet Chwin i Żulczyk, to ja już nie muszę pisać, bo to o mnie pisze Wojewódzki.

Do Wojewódzkiego chodzili nawet tacy giganci jak Adam Michnik i Andrzej Stasiuk, a ja nie musiałem chodzić, żeby Wojewódzki o mnie napisał na jedenastej stronie swojej książki. Doszedłem do jedenastej strony tej najnowszej sensacji wydawniczej, zobaczyłem, że jestem wspomniany, dalej już czytać nie musiałem. Obejrzałem za to cały serial „Ślepnąc od świateł” wedle powieści Żulczyka i jeśli w istocie celebryta Fajkowski tam sportretowany to Wojewódzki, mogę powiedzieć jedno: Cezary Pazura zagrał go fenomenalnie. Kreację Pazury jako podstarzałego gwiazdora Fajkowskiego w różowym garniturze uznaję za brawurową. Pazura zagrał króla telewizji z mocnym pociągiem do kokainy tak, że jest w tym śmiech i groza, jest Szekspir i jest groteska – scena, w której pijany Fajkowski z rozbitym nosem deklamuje „Który skrzywdziłeś” Miłosza, wejść powinna do kanonu telewizji.

W ogóle aż kłębi się w najnowszym dziele HBO od znakomitych kreacji i nie należy do nich wcale postać główna ponurego dilera narkotyków, ale fenomenalny drugi plan. Oglądając Janusza Chabiora, Roberta Więckiewicza i Jana Frycza jako starych, ale strasznych i bezwzględnych gangsterów, mogę już w ogóle zapomnieć o głównym bohaterze. Po pierwszym odcinku gorąco zapragnąłem rozstać się z tą produkcją na zawsze, zdawało mi się, iż jest to propozycja dla rozwydrzonej młodzieży, ale wytrwałem, nie poddałem się i zwyciężyłem. Ale nie intryga, nie rozbuchana estetyka tego dzieła, nie rozmach i oszałamiające zdjęcia mnie zatrzymały, lecz wyłącznie ciekawość, jak sobie Chabior, Więckiewicz i Frycz poradzą. To oni mnie przytrzymali przed ekranem, nie zaś autorzy scenariusza wraz z reżyserem.

Rolę Frycza uznaję za największą w polskiej sztuce serialowej tego roku, nie wiem, czy są przyznawane nagrody za kreacje serialowe, ale jeśli nie są, to należy natychmiast je ustanowić i Frycza nimi obdarować. Bandyta Dario to jest tak przerażająca postać, że samo jego pojawienie się na ekranie, każda jego mina i każde słowo paraliżują. Ja nie tylko nie chciałbym nigdy spotkać Daria, ja nigdy nie chciałbym mieć do czynienia z Janem Fryczem, bo boję się już nie fikcyjnej postaci, ale wręcz żywego człowieka. A Więckiewicz, który nie schodzi ostatnio z ekranów, daje tu takie popisy, takie monologi, jak ten u wietnamskiego krawca i ten na basenie, że mógłbym w każdym odcinku każdego serialu mieć wielki wulgarny monolog Więckiewicza.

Rzecz znamienna – Warszawa jest tu miastem grzechu, upodlenia, przemocy, ponurym mrocznym konstruktem, przy którym Gotham City jawi się jako Ciechocinek. Im bardziej oglądałem „Ślepnąc od świateł”, tym usilniej przecierałem oczy, tym intensywniej zdawało mi się, że wiodę życie w innym mieście. W serialowej wizji wszyscy w Warszawie ćpają, wszyscy w Warszawie są umoczeni w ponure interesy, a jeśli akurat nie umoczeni, to naćpani, choć zazwyczaj i umoczeni, i naćpani. Literalnie wszyscy: artyści i dziennikarze naćpani, politycy i gangsterzy naćpani, matki, żony i kochanki naćpane, licealiści i studenci naćpani jak malowanie, nie jest wykluczone, że także emeryci i noworodki znajdują się na nieustannym haju, wydając na dragi swoje emerytury i becikowe. Nie jest więc tym bardziej wykluczone, że naćpani są po koloratkę wszyscy księża i naćpane po kornet wszystkie zakonnice, naćpani prawdziwi Polacy i naćpani nieprawdziwi Polacy, naćpana lewica i naćpana prawica, może naćpane po całości chadecja i socjaldemokracja, nawet jeśli nieistniejące – w Warszawie nie trzeba istnieć, żeby być naćpanym.

Jedyną nienaćpaną osobą w całym mieście zdaje się sprzedawca narkotyków, wyrafinowany esteta, słuchający Bacha milczący filozof – do czasu, ma się rozumieć, bo się potwornie naćpa pod koniec serialu. Sceną marginalną, aczkolwiek znamienną jest ta, gdzie zabierając się do sekcji zwłok ciężarnej kobiety przejechanej samochodem przez naćpanego Fajkowskiego, patolodzy znajdują w jej staniku dwie paczki narkotyków: po jednej w każdej miseczce. Dopowiadać nie trzeba, że patolodzy owe narkotyki z biustu nieboszczki przywłaszczą, będą zatem naćpani patolodzy, jako i cała służba zdrowia, a nawet cała służba śmierci, cały aparat policyjny i cały wymiar sprawiedliwości muszą być naćpane.

Uznaję zatem „Ślepnąc od świateł” za rodzaj folderu reklamowego Warszawy jako wielkiego sklepu z narkotykami. Jest to, ma się rozumieć, kreacja artystyczna, aczkolwiek nieco zbyt brawurowa jak na mój gust: umiar potrafi być cnotą, niedociskanie pedału wulgarności i przemocy bywa lepszą drogą do wstrząśnięcia widzem, a nawet obudzenia w nim jakiejś refleksji – tutaj na refleksję nie ma miejsca. Jeśli pokażesz cały świat jako przesiąknięty wulgarną brutalnością, to nie pokażesz żadnej wulgarnej brutalności. Jeśli pokażesz całe miasto jako wielki naćpany organizm, to nie pokażesz żadnego miasta. Jeśli będziesz dawał emfatyczne, starotestamentowe tyrady o zagładzie miasta grzechu – nic nie powiesz. A zarazem przecież przytłoczony wulgarnością i obrazem Warszawy jako biblijnej Sodomy, której należy się apokaliptyczna zagłada, oglądając serial, który mnie odrzuca, zarazem uwolnić się od niego nie mogę – mając wcześniej obejrzane trzy odcinki, w jeden wieczór obejrzałem pięć kolejnych, aż do finału ośmioodcinkowej produkcji. Kiedyż ja ostatnio pięć godzinnych odcinków z rzędu obejrzałem? Zaspokoiłem w ten sposób jakieś swoje ponure żądze i mroczne fantazje? Naćpałem się tym serialem?

Unde malum? – ktoś zakrzyknie staroświecko. Skąd Zło? Z badań focusowych, z rozpoznania rynku, odpowiadam. Z przekonania, że nic tak jak Zło się nie sprzedaje dzisiaj, czy powieść piszesz, czy serial kręcisz, Zło wyłącznie jest mechanizmem promocyjnym, powiadam wstrząśnięty wypowiedzianym przez siebie banałem. Zło stało się powierzchowne, co wcale nie kłóci się z tym, że ma Zło pretensje do pozowania na grecką tragedię.

Zło w ostatnich czasach nadmiernie się stało dosłowne, nazbyt ostentacyjne, zbytnio wulgarne i prostackie, a zarazem zadziwiająco manieryczne. Może byłem naćpany, ale „Ślepnąc od świateł” zdało mi się manieryczne i przefajnowane. Ja przez te wszystkie seriale i powieści zaczynam mieć coraz gorsze mniemanie o Złu, zaczynam wątpić w inteligencję Zła, jestem wręcz Złem rozczarowany, jest mi przykro z powodu obniżenia metafizycznych standardów przez Zło. Szatan, widząc obraz Zła w dzisiejszej kulturze, byłby wielce zniesmaczony – tyle wyrafinowanych zabiegów na nic, tyle idei, ideologii, tylu Faustów, tyle kuszeń, tyle cyrografów, tyle zabiegów intelektualnych po próżnicy. Czynienie Zła to dziś robota dla dresiarza, a nie Księcia Ciemności.

Warszawa jest tu miastem grzechu, upodlenia, przemocy, przy którym Gotham City jawi się jako Ciechocinek

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.