Czy wiesz, gdzie spędzisz wieczność?

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Islandia Z Własnego Życia - PIOTR MILEWSKI

Świat dookoła tonął we mgle i z trudem udawało mi się cokolwiek dostrzec. Bardzo wyraźnie słyszałem za to wszystkie dźwięki – chrzęst wulkanicznego gruzu pod nogami i popiskiwanie jakiegoś ptaszka. Przeszedłem przez porosłe mchami żwirowisko i stanąłem przy drodze. Samochody wyłaniały się z mlecznej kurtyny tuż przede mną, by roztopić się w bieli, nim zdążyłem rozpoznać ich sylwetki. Gdy wreszcie jeden z nich zatrzymał się tuż obok, nie uwierzyłem w to i przez chwilę stałem bez ruchu, aż zdziwiony kierowca machnięciem ręki przywołał mnie do siebie. – Steinþór – przedstawił się.

Był szczupłym, może nawet chudym mężczyzną o pociągłej twarzy, bladoniebieskich matowych oczach, zapadłych policzkach i kościstych dłoniach. Bladą twarz ozdabiał elegancko przystrzyżony srebrny zarost. Zmarszczki na czole wskazywały, że jego życie nie było wyłącznie pasmem sukcesów. Miał na sobie dżinsy i koszulę, na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał. A jednak było w nim coś niepokojącego. Gdy od czasu do czasu na mnie zerkał, miałem wrażenie, że przeszywa mnie wzrokiem na wylot.

– Miałem przywieźć z lotniska kogoś innego, ale odwołał swój przylot. Gdyby przyleciał, nie zabrałbym ciebie. Przypadek czy przeznaczenie? – zapytał.

– Kto wie? – odpowiedziałem. – Przypadków nie ma! – stwierdził zdecydowanym głosem, marszcząc brwi. – Jest tylko opatrzność i wola Boża.

Zamilkłem.

– Pracuję w telewizji religijnej – ciągnął. – Pewnego dnia, wiele lat temu, wstałem z łóżka i poczułem, że wszystko jest na swoim miejscu, wszystko do siebie idealnie pasuje i tworzy spójną całość. Poczułem spokój, błogość i wielką moc. Tak spłynęła na mnie wiara. Od tego poranka podążam prostą, szeroką drogą. Wiesz, gdzie spędzisz wieczność? – zapytał niespodziewanie. – Czy zastanawiałeś się nad tym? Gdybyś w tej chwili nagle zmarł, to dokąd byś trafił – do nieba czy do piekła?

– Nie wiem... – odpowiedziałem szczerze, zbity z tropu, i mimo woli zerknąłem na kierowcę, czy przypadkiem nie ma zamiaru gwałtownie odbić w bok i rozbić samochodu o skały. Prowadził jednak z dużą wprawą i spokojem.

– Ja też długo nie wiedziałem i się nad tym nie zastanawiałem. Ale już wiem! Dlatego pytam ciebie: czy wiesz, gdzie spędzisz wieczność?

– Nie wiem.

– By wiedzieć, musisz przede wszystkim uwierzyć, że tylko ci, którzy zostali zbawieni, trafią do nieba.

– Jak to zrobić?

– Po pierwsze, uznać siebie za grzesznika. Potem uwierzyć, że Jezus Chrystus zmarł na krzyżu, by zmyć twoje grzechy. Dopiero wtedy możesz zostać zbawiony. Nic innego nie musisz robić. Nic innego nie możesz zrobić. Żebyś nie wiem jak się starał, musisz najpierw uwierzyć. Szczerze, bezgranicznie uwierzyć w moc Jezusa Chrystusa, naszego Pana.

Steinþór prawił jak kaznodzieja. Przytakiwałem mu, nawet nie próbując dyskutować. W końcu jednak przemogłem się i zapytałem: – A Merton? Czy czytał pan jego książki? Zdaje się, że on nie był tak pewny siebie, choć przecież był zakonnikiem.

– Nie możesz mieć wątpliwości, bo wątpliwości oznaczają, że brak ci wiary. Merton nie uwierzył do końca. Zatrzymał się pośrodku drogi szarpany zwątpieniem, dokładnie tam, gdzie nie ma na nie miejsca – odpowiedział i kontynuował swój monolog o wierze, grzechu, piekielnej karze i zbawieniu.

– Uczono mnie, że wątpliwości są częścią drogi do wiary. Kto ich nie ma, ten nie wierzy. A poza tym liczą się też czyny i to, jak żyjemy – wyszeptałem.

– Żadne dobre uczynki ci nie pomogą. – Jego głos brzmiał niczym grzmot. – Tylko wiara w Niego, jedynego zbawcę. Pełna, pozbawiona wątpliwości wiara. W momencie, w którym w Niego uwierzysz, zostaniesz zbawiony. To, co było wcześniej, przestanie mieć znaczenie. To, co potem, zresztą też, bo znikną niepewność i strach.

Kiwałem głową, lecz w rzeczywistości przestałem go słuchać i patrzyłem przez okno na otaczający nas świat. Skryty za białym welonem, zza którego tu i ówdzie wyłaniały się tylko porosłe marmurkowym mchem głazy, wyglądał na skończony i doskonały. Niczego nie było w nim za wiele.

– Czy nigdy nie miałeś wątpliwości? – zapytałem.

– Oczywiście, że tak. W poprzednim życiu. Gdy miałem jeszcze żonę i dwie dorosłe córki. Minęły już dwie dekady, odkąd je opuściłem. Rozstanie nie było łatwe, choć są w życiu sytuacje, gdy nie mamy wyboru. Musimy podjąć decyzję i się z nią pogodzić – w tonie jego głosu nie doszukałem się żalu ani smutku. Mówił o tym tak, jakby opowiadał historię obcej osoby albo czytał poranne wiadomości. Był już po drugiej stronie rzeki, którą za życia udaje się przekroczyć tylko nielicznym. – Trzeba się modlić, szczerze i żarliwie, modlić się każdego dnia i prosić o łaskę, a wtedy być może zostanie nam ona dana.

Naprawdę nic. Nuda! – żalił się pełnym irytacji głosem dwudziestokilkuletni Amerykanin, z którym dzieliłem tylną kanapę w samochodzie. – Nieco życia pojawia się w barach w centrum miasta wieczorem, ale poza tym... nic, pustynia. Wracam pierwszym możliwym samolotem.

Mijał już drugi tydzień jego pobytu na Islandii.

– Co w takim razie tutaj robisz? – zapytałem.

– Długo śpię, a potem moczę się w basenach z gorącą wodą – odpowiedział po chwili namysłu i zaraz potem dodał: – Tak, to chyba najprzyjemniejsza rozrywka w tym kraju.

– A byłeś gdzieś poza Reykjavíkiem?

– Nie ma po co. Popatrz przez okno. Ciągle leje. Ledwie deszcz przestaje padać, po chwili zaczyna na nowo. Dzień w dzień. Do tego to zimno. Tylko w gorącej kadzi można o nim zapomnieć. Tu naprawdę nie da się długo wytrzymać. Zresztą sam się wkrótce przekonasz!

Jechaliśmy krętą szosą w dolinie. Krople deszczu spływały po zaparowanej szybie, przez którą udało mi się wypatrzyć tylko plamy.

Þingvellir. Dolina zgromadzeń. Tu stykają się dwie wielkie płyty tektoniczne, europejska z północnoamerykańską, odsłaniając niewidzialną na co dzień granicę między kontynentami, tym samym czyniąc abstrakcję realnością. Szeroki na kilkanaście metrów ryft wyglądał jak wyryta olbrzymim lemieszem bruzda. To była ziemia niczyja. Nie nadawała się do zamieszkania, ale – ze względu na swą wyjątkowość – doskonale pasowała do roli symbolu jednoczącego naród. Rozumieli to najstarsi osadnicy, którzy tu właśnie, przez ponad osiemset pięćdziesiąt lat, od roku 930 do 1799, zwoływali islandzkie zgromadzenie narodowe Althing. Tu, u podnóża Skały Praw, Lögberg, głoszono nowe prawa, rozstrzygano spory i sądzono winnych. Tu pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery, nie przelawszy kropli krwi, porzucono pogańskich patronów i przyjęto wiarę w Jezusa z Nazaretu. To tu w 1874 roku uroczyście obchodzono tysiąclecie zasiedlenia wyspy, w 1944 roku proklamowano jej niepodległość, a 55 lat później świętowano milenijną rocznicę chrztu.

Z Amerykaninem pojechałem jeszcze do kanionu, którym płynęła rzeka koloru mleka, z wodospadem Gulfoss. Stamtąd dotarliśmy do doliny Haukadalur – ojczyzny gejzerów, gdzie jeden z nich o nazwie Strokkur co kilka minut wyrzucał 30-metrowy słup wrzątku, a potem opadał przy akompaniamencie okrzyków zachwytu i trzasków migawek aparatów fotograficznych.

Mój markotny towarzysz ruszył spod gejzeru w powrotną drogę do stolicy, a ja pomaszerowałem w odwrotnym kierunku, na południowy wschód, do Flúðir. Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki zniknęli turyści i smród spalin. Zostawiłem skaliste wzgórza za sobą. Przede mną rozciągała się zielona równina. Minąłem pierwszy most, potem drugi i następny, a gdy w końcu znalazłem właściwe skrzyżowanie, okazało się, że przeszedłem cztery kilometry. Od Flúðir dzieliło mnie kolejne dwadzieścia pięć kilometrów bitej drogi.

Po godzinie czekania na okazję, gdy chłód zaczął brać górę nad silną wolą i uporem, a ja powoli godziłem się z myślą o powrotnym marszu w stronę gejzeru, zatrzymał się nieduży samochodzik. Trzy krągłe dziewczyny zawiozły mnie na pole namiotowe we Flúðir.

– Nieźle zmarzłeś. – Roześmiały się, widząc, jak trzęsę się z zimna. – Mamy w tym roku wyjątkowo okropne lato. Ale to w końcu Islandia. My wkrótce wybieramy się do Hiszpanii. Do słońca i upału!

Pole namiotowe okazało się trawiastą łąką o dwóch poziomach oddzielonych rzędem niskich brzóz. Bliżej szosy stały trzy namioty, a poniżej skupisko wyglądających jak larwy białych przyczep kempingowych z zatkniętymi na dachach flagami Islandii. Nie dostrzegłem wokół żywej duszy, nie dotarł do mnie też choćby strzęp rozmowy czy szept.

Wbijałem w ziemię ostatniego śledzia, gdy o tropik zastukały pierwsze krople deszczu.

Ze Skógar zabrało mnie młode małżeństwo wracające ze wschodu kraju do stolicy.

– Okropna pogoda – rzucili na powitanie. – Lato na południowym zachodzie jest nie do wytrzymania. Deszcz, wiatr i mgła. Kto może, ucieka na wschód i północ.

– Tam jest ładniej? – zapytałem.

– Tak – odpowiedzieli chórem. – Tam latem jest więcej słońca. Za to zimy są surowe.

– Czy zawsze jest tu tak zimno? – kontynuowałem rozmowę.

Zamilkli na krótką chwilę, jakby zastanawiali się nad odpowiedzią, po czym mężczyzna odparł: – To najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat.

Musieli zobaczyć moją niewyraźną minę, bo zanim wysadzili mnie na skrzyżowaniu Jedynki z lokalną drogą nr 249, dziewczyna powiedziała: – Zapowiadają rozpogodzenia. – Kiedy? – zapytałem.

– Może już jutro? – uśmiechnęła się, a zaraz potem westchnęła i dodała: – A może nie? W Islandii nikt nie wierzy prognozom pogody. Chyba że norweskim!

Zerknąłem na kierowcę, czy przypadkiem nie ma zamiaru gwałtownie odbić w bok i rozbić samochodu o skały

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.