Serial przeklęty, czyli jak zabito arcydzieło

Gazeta Wyborcza - Duzy Format - - Varga - Krzysztof Varga

Nigdy żadne horrory cię tak nie przerażą, żadne kryminały tak tobą nie wstrząsną, a żadne pornosy tak nie zniesmaczą jak porządny serial polityczny. Czymże bowiem są potwory i mutanty, czymże straszliwe morderstwa i szatańskie perwersje w porównaniu z działaniami ludzi mieniących się politykami?

Jeśli kto sądzi, że zabieram się do pisania o najnowszym i zarazem ostatnim sezonie serialu „House of Cards”, ten ma absolutną rację, niestety.

Przez pięć lat śledziłem lojalnie dzieje małżeństwa Underwoodów, opowieść o nieznającym granic manipulacji zbrodniczym Franku i jego zimniejszej niż Królowa Śniegu żonie Claire. Śledziłem zajadle wszystkie ich machinacje i życzyłem im straszliwej klęski, okrutnej śmierci, a przynajmniej wieloletniego więzienia, czekając cierpliwie, aż sprawiedliwość ich dopadnie, aż los się wypełni. Nie wpadłem jednak na to, że można ukarać ich, kręcąc tak cudaczny sezon finałowy, który unieważnia cały trud wkładany przez aktorów w granie, a nade wszystko trud nas, widzów, czyli wyborców, w śledzenie tej opowieści. Bo czymże jest oglądanie filmów, jak nie głosowaniem na aktorów, scenarzystów, reżyserów, kimże my, widzowie, jesteśmy, jak nie elektoratem artystów? Byłem wiernym wyborcą „House of Cards”, mitrężyłem poranki, wieczory i noce na przygody Franka, Claire, Douga Stampera i setki innych postaci, a teraz siedzę zdruzgotany i nie umiem się podnieść. Finałowy sezon oglądałem bowiem w ponurym zdumieniu, wręcz w biblijnym osłupieniu żony Lota, gdyż tak niedorzecznej intrygi nie widziałem najpewniej od lat. Więcej: tak niedorzecznego ostatniego odcinka jakiegokolwiek serialu nie dane mi było zobaczyć bodaj nigdy, a obejrzałem setkę zakończeń seriali.

Z tej przyczyny ostatecznie i nieodwołalnie zarzuciłem na całe dwa dni oglądanie jakichkolwiek seriali.

Claire Underwood zostaje pierwszą kobietą prezydentem Stanów Zjednoczonych, wyrzuca z roboty, kogo tylko napotka, a szczególnie mężczyzn, w wyrachowanej zajadłości wygłasza mizoandryczne komunały, tworzy rząd składający się wyłącznie z kobiet, realizując marzenia wszystkich feministek. Zarazem zleca zabójstwa swych współpracowniczek, ginie przecież pani sekretarz stanu, ginie doradczyni do spraw zagranicznych, giną też dziennikarze, co więcej, niektóre zbrodnie popełniane są we współdziałaniu z Rosjanami. I co z tym zrobić? Może stać się Claire ikoną walki o równość czy raczej niekoniecznie? Toczy szlachetną walkę z bezwzględnymi oligarchami, wpływającymi na politykę rządu, czy prowadzi wojnę na śmierć ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa? I skąd się w końcu wzięło to piekielne rodzeństwo Shepherdów, z którymi Underwoodowie byli związani przez lata, choć w żadnym z poprzednich 65 odcinków nie było o nich ni słowa?

Wszyscy tu są szaleńcami, mordercami, względnie zwykłymi imbecylami, w niektórych przypadkach nie jest jasne, gdzie przebiega granica między zbrodniczym szaleństwem a klinicznym kretynizmem. Było nie mordować postaci Franka Underwooda, powiem więcej: było nie wyrzucać Kevina Spacey’ego z tej produkcji, było zamknąć tę opowieść rok temu. Bo jasno widać, że tylko on łączył fabułę z prawdopodobieństwem, nawet jak dokonywał czynów podłych – dziś każde jego przestępstwo zdaje mi się głęboko racjonalne. Kiedy zabrakło Franka, zabitego w Białym Domu, nić łącząca serial ze światem realnym została brutalnie przerwana. Zwycięstwo zamieniono w oszałamiającą klęskę.

Kto zabił Franka? Nie chcecie, żebym wam powiedział, prawda? Wolicie poczekać do ostatniej sceny, kiedy wszystko się wyjaśnia? Jeśli wam powiem, uznacie to za podłość z mojej strony. Zdarzało się wam wszak obrzucać mnie inwektywami, że ulegam nałogowi ujawniania zakończeń filmów. Dobrze, męczcie się, ale lepiej żebyście wiedzieli: zabił go Doug Stamper. A Douga Stampera w ostatniej scenie zabiła Claire. Jesteście wolni, nie musicie już oglądać, a jeśli obejrzeliście, to czujecie się tak jak ja i współodczuwacie ze mną.

Tak się właśnie kończy ta opowieść, choć po prawdzie w ogóle się nie kończy, to jest jakiś koniec zastępczy, w którym najmniejszego sensu znaleźć się nie da. Jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło tak wielkiej przykrości tak wielu widzom.

Jest prezydentka Claire osobą obłąkaną czy też po prostu bezwzględną? Czy mi się wydaje, że autorzy tego kuriozum dyskretnie sugerują, że znajdująca się w (niedorzecznej ma się rozumieć) ciąży pięćdziesięcioparoletnia Claire urodzi Antychrysta, a nad historią unosi się cień „Dziecka Rosemary”? Wywoła w końcu wojnę atomową pani prezydentka czy się łaskawie powstrzyma? Frank był gotów wywołać wojnę konwencjonalną w Syrii, ale kogo dziś obchodzą wojny konwencjonalne? Autorzy scenariusza każą zatem stanąć nam na progu nuklearnej zagłady – w tym momencie nawet serialowy Putin osłupiał.

Bo kto jest najdojrzalszym emocjonalnie, najbardziej przewidywalnym, profesjonalnym i skutecznym politykiem w tym serialu, jak nie prezydent Rosji Petrow? Putin ostoją rozsądku w świecie zaludnionym przez cyników oraz idiotów? Amerykańska elita to rosyjscy agenci czy tylko głupki, którymi Petrow kręci, jak chce? Zimni zawodowcy, potrafiący schrzanić literalnie każdą operację? Wywiad i kontrwywiad, które jeśli w istocie istnieją, to do niczego się nie nadają, i lepiej jest, żeby w ogóle nie podejmowały żadnych akcji, bo lepiej nic nie robić, niż się ośmieszać?

Znamienne, że właściwie nie ma tu polityki rozumianej jako służba społeczna. Zdaję sobie sprawę, że właśnie wzbudziłem eksplozję śmiechu, że wywołałem erupcję rechotu, lecz mam odwagę przyznać: dopiero teraz doznałem olśnienia, iż w „House of Cards” nie występuje w zasadzie coś takiego jak społeczeństwo, niczego się o życiu społecznym dowiedzieć nie można. Istnieje wyłącznie naród, ale nie ma społeczeństwa. Działalność żadnego z bohaterów serialu nie jest ukierunkowana żadną miarą na sprawy społeczne. Wiek XXI nie będzie wiekiem społeczeństw, lecz jedynie narodów, nie będzie wiekiem polityki, lecz wyłącznie polityków.

Naturalnie nawet największe idiotyzmy w filmie fabularnym mogą występować w świecie rzeczywistym jako norma, mamy bowiem do dzieł fikcyjnych, jak się zdaje, mniej wyrozumiałości niż do prawdziwej polityki. To, co w serialu wydaje nam się mroczną bzdurą, w realnej polityce kwitujemy wzruszeniem ramion i szybko zapominamy. Nasza wyrozumiałość dla prawdziwych postaci ze świata władzy jest większa niż do tych wymyślonych. Niedorzeczny jest taki scenariusz, bo żaden członek rządu nie może być obcym agentem albo regularnym wariatem i piastować przy tym kluczowych stanowisk? Szef partii nie może być niekumającym rzeczywistości sklerotykiem, a zarazem najpotężniejszym człowiekiem w całym państwie?

Samobójcze jest to zakończenie serialu, który zdawał się największym dziełem o polityce i czerpał przecież z prawdziwej polityki. Jeśli warto obejrzeć ostatni sezon „House of Cards”, to jedynie z tej przyczyny, by zrozumieć, iż każde arcydzieło da się zniszczyć, pogrzebać i w zasadzie unieważnić. Całe kręcenie i całe oglądanie na nic, wszystkie nasze emocje, nasze zachwyty i oburzenia, nasze spory, jakie prowadziliśmy przez pięć lat – do kosza. Jest finałowy sezon prawdziwą zemstą Franka zza grobu, a może nawet jest straszliwą zemstą Kevina Spacey’ego za wyrzucenie z obsady. Spodziewam się, że jego ostatnie słowa na planie brzmiały: „Przeklinam ten serial”.

Newspapers in Polish

Newspapers from Poland

© PressReader. All rights reserved.